Wednesday, December 31, 2014

Robótkowe podsumowanie 2014 roku

Nadszedł czas na robótkowe podsumowanie 2014 roku.
It's time for a craft sum up of 2014. 

Wydziergałam tylko sześć sztuk odzieży... Jakoś mało... Nie wiem, dlaczego ten akurat rok był taki mało drutowy, dobrze się zaczęło pierwszego stycznia szalem dla męża, niedługo potem mogłam pokazać sweterek testowy i zrobiłam grafitowy Mały Sweterek w lutym i czerwony otulacz w marcu, a potem miałam dłuuugą przerwę do października! Nadrobiłam nieco braki kończąc fioletowy Mały Sweterek, drugą rękawiczkę do kompletu i czapkę dla męża (czarny orzeszek, nie mam zdjęcia), i końcówka roku znowu nie za piękna, ale tu przynajmniej mam powód - tygodniowy wyjazd i trzytygodniowa grypa zjadły mi cały grudzień!
I only knitted six items... Not too many... I don't know why last year wasn't a knitting year. I started nicely with the finished scarf on 1st January, then I could finally show the test knitted sweater, in February I finished the anthracite Tiny Cardi and the red bolero in March. And then there was a looong break till October! Then I finished a violet Tiny Cardi, a second glove and a simple black beanie hat, and the end of the year is ridiculously knittingless, but at least I have an excuse because the one week holidays and three weeks flu ate my December! 



Szyciowo wygląda to zdecydowanie lepiej. *^o^*
Do lipca trwał mój projekt "Sukienka na miesiąc" a w październiku po wakacjach zaczęłam realizować nowy pomysł, który niestety chwilowo został odłożony do nowego roku. Poza sukienkami uszyłam jedną bluzkę, jedną koszulę dla męża, męskie spodnie wełniane i rybaczki, torbę, letnią narzutkę oraz sukienkę dla przyjaciółki.
It's been much better as far as sewing. *^o^*
Till July I had my "Dress a Month" project and after holidays in October I started a new sewing challenge which is currently on hold till the new year. Apart from dresses I made one blouse, one shirt for my husband, man's suit trousers and Summer shorts, a bag, a Summer bolero and a dress for my friend.





Oczywiście moja głowa jest pełna planów na przyszły rok! W nowy rok wejdę z parą pleców do dwóch swetrów i początkiem przodów (wczoraj pan listonosz przyniósł mi zapas bordowej alpaki!) oraz wyciętą nową sukienką. *^o^* Zamierzam szyć, dziergać, haftować, gotować, wrócić wreszcie do moich pięknych lalek, pisać listy, podróżować, uprawiać zioła, dekorować mieszkanie, uczyć się języków, czytać, tulić Ryszarda i po prostu żyć szczęśliwie. Czego i Wam wszystkim życzę! *^O^*~~~
Of course my head is full of plans for the new year! I'll start 2015 with two finished backs of two knitting projects and beginnings of the fronts (yesterday I got additional skeins of the alpaca!), plus cut pieces of a new dress. *^o^* I'm going to sew, knit, embroider, cook, finally go back to my beautiful dolls, write letters, travel, grow herbs, decorate my apartment, learn languages, read books, hug Ryszard and jut live happily ever after. And I wish you all a happy new year! *^O^*~~~



A przy okazji, ponieważ jest środa, to w ramach Dziergania i Czytania pokazuję najnowszy stosik pobrany wczoraj z biblioteki - to ostatnie książki Marininy, których do tej pory nie przeczytałam, więc postanowiłam to nadrobić i mieć już z głowy! *^-^*~~~ Problem z książkami Marininy jest taki, że jak się zacznie ją czytać, to nie można książki odłożyć, bo chce się wiedzieć, co było dalej!... ^^
By the way, it's Wednesday so it's Knitting and Reading at Makneta's. So, here is my latest library haul, these are the last books by Marinina that I haven't read yet, so I decided to take them and just read them finally. *^-^*~~~ The problem with Marinina's book is that when you start reading you just cannot put it away, you want to know what's next and how's going to end!... ^^

***

Jak spędzacie Sylwestra? My w domu, bo Robert na dyżurze pod telefonem, w razie czego musi być gotowy do zasiądnięcia przed komputerem i ratowania świata serwerów... Dlatego postanowiłam przygotować jakieś fajne menu na wieczór. Zaczniemy może od przystawki z wędzonego łososia na zimowej grzance z sosem chrzanowym?
(robimy normalne grzanki z chleba tostowego i zaraz po wyjęciu ich z tostera wycinamy foremką kształt śniegowej gwiazdki, resztki chleba kruszymy drobno i dosypujemy do pojemnika z bułką tartą; na sos chrzanowy mieszamy kwaśną śmietanę z tartym chrzanem w proporcjach odpowiadających naszemu smakowi)
How do you spend New Year's Eve? We stay at home because Robert is on call duty and he'll have to be ready to save the server world if anything terrible happens to them... That's why I decided to feed us something delicious. We may start with a smoked salmon on a toast, with a horseradish/cream sauce.(prepare the toast is usual and then cut the snowflake shape with a metal cookie cutter - optional, of course; to make a sauce mix shredded horseradish with cream in the proportions to your taste, I like mine sharp)



A wieczór filmowy umili nam czerwony barszcz według rodzinnego przepisu podarowanego mi przez MaroccanMint (cudowny prezent!!!) z towarzyszeniem pieczonych pierogów z przepisu Sakurako z mięsno-grzybowym nadzieniem.
The movies in the evening will be accompanied by a beetroot soup, I got a wonderful present from MaroccanMint that is her family's recipe for that soup! I'll pair it with the baked dumplings with meat/mushroom filling. 



 ゚・:*:・。♪☆ Życzę Wam szampańskiej zabawy, gdziekolwiek spędzacie tę ostatnią noc w starym roku i pierwszą w nowym!!!  (´ー´*)  ゚・:*:・。♪☆
 ゚・:*:・。♪☆ Have a wonderful time wherever you spend the last night of the old year and the first one of the new year!!! (´ー´*)  ゚・:*:・。♪☆

Monday, December 29, 2014

Baa, baa, tasty sheep...

Z książkami Nigela Slatera się nie rozstaję, więc testuję już jego przepisy, modyfikując je nieco do moich smaków i składników. Na pierwszy ogień poszły pomysły na lekkie przekąski, idealne na śniadania. Jeśli chodzi o śniadania, to pewnie już wiecie bo pisałam nie raz, że jestem z nich przysłowiową "nogą"... Nie mam fajnych pomysłów na śniadania, bo rano jestem kompletnie nieprzytomna. Zapytajcie mnie o śniadanie, to powiem "jajecznica", "sadzone", "na miękko", "owsianka na mleku", "naleśniki z cukrem", koniec pomysłów. A mój mąż lubi śniadania kombinowane, wieloskładnikowe, z różnymi kolorami i teksturami, i czasami sam się bierze za ich przygotowanie, bo wiadomo, że na mnie nie zawsze można w tej kwestii liczyć.
I haven't put away the Nigel Slater's books even for a moment so I already started to test the recipes, modifying them a bit to my needs. Everybody knows I suck at breakfasts. I'm just not inspired in the morning to think about some elaborate food, when you ask me about the breakfast ideas I will say "scrambled eggs", "fried eggs", "soft boiled eggs", "porridge", "crepes with sugar", that's it. And my husband likes fancy breakfasts, with many ingredients, different colours and textures, and often he prepares the food in the morning because it's obvious I'm not good at it.

Zaczęłam od sałatki z krojonej w plasterki gruszki z szynką gotowaną (u Nigela - parmeńska, ale mąż nie przepada za wędlinami dojrzewającymi), z dressingiem z octu winnego, soku z cytryny i musztardy francuskiej (książka "Eat"). Ponieważ to śniadanie, podałam tę sałatkę z sadzonym jajkiem posypanym tymiankiem cytrynowym.
First I decided upon the light salad for breakfast - thinly slice the pear, mix it with Parma ham (in my version it was a cooked ham because my husband doesn't like dried meat), add a vinegar/lemon juice/grainy mustard dressing. (from the book "Eat"). I added an egg for more nutritious dish. 



Śniadanie z innego dnia, znowu trochę tu mojej interpretacji zamiast wiernego podążania za przepisem - kroimy mozarellę w plastry i zalewamy mieszanką oliwy, świeżych liści bazylii, siekanego czerwonego chilli i czarnego pieprzu, zostawiamy na 30 minut. W tym czasie podsmażamy kilka cebulek dymek lub szalotek aż zmiękną i nieco się przypalą. 
Kroimy foccacię na pół (u mnie chleb Venecja), wcieramy w obydwie połówki oliwę w której marynowała się mozarella, układamy na jednej połówce szynkę parmeńską (u mnie domowy wędzony schab), potem plastry mozarelli z bazylią, przysmażone cebulki, posypujemy wszystko drobno tartym parmezanem lub cheddarem, przykrywamy drugą połówką pieczywa i wstawiamy do piekarnika na 180 stopni/20 minut. (książka "Real Food")
Breakfast from another day and again it's more my interpretation than just blind following the recipe - slice mozarella and marinate in olive oil/a handful of basil leaves/one chopped red chilli/some ground black pepper for about 30 minutes. In the meantime grill or fry some Spring onions or shallots till soft and even blackened in some spots.
Cut the foccacia bread in half (flat bread in my case), rub both pieces with olive oil from mozarella marinade, place the Parma ham on one half of bread (home smoked pork in my case), then mozarella with basil leaves, then the onions, add a good portion of shredded Parmesan or Cheddar, cover with the other half and bake in 180 C for about 20 minutes. (from the book "Real Food")



Robert od razu wymyślił nową wersję tej kanapki - no bo skoro już zamieniłam szynkę parmeńską na wędzony schab, to jeszcze można by zamienić mozarellę na oscypka posmarowanego obficie konfiturą z żurawiny, a tuż przed podaniem pod wieczko włożyć sadzone jajko, żeby żółtko rozpłynęło się po kanapce, mniam!... *^o^* Do przetestowania niebawem!
Robert immediately invented another version of that sandwich - because I switch Parma ham with smoked pork slices he proposed to change mozarella and add lamb's cheese oscypek generously covered with cranberry jam, and just before serving to add a fried egg under the top bread part so the running yolk would melt through all the layers, yummy!... *^o^* To be tested soon!


Ale nie samym śniadaniem człowiek żyje! A ponieważ "zagęsiliśmy" się w święta u rodziny (mój tata upiekł najlepszą gęś na świecie!...), na poświąteczny weekend upiekłam dla nas udziec jagnięcy. Mięso kupiłam już doprawione, nafaszerowane czosnkiem i rozmarynem, chociaż dorzuciłam jeszcze więcej ziół. *^v^* Cztery godziny w 160 stopniach, po 3 godzinach dorzuciłam pokrojone marchewki, mięso wyszło przepysznie rozpływające się w ustach! 
But you cannot live only on breakfasts! We ate a lot of goose these holidays (my father roasted the best goose ever!...) so for the after Christmas weekend I made a lamb's leg. I bought the meat already seasoned with garlic and rosemary, I just added more herbs. *^v^* Four hours in 160 C, after 3 hours I added the carrots cut in quarters. The meat was just divine!



Jagnięcy udziec nie jest tani, ale ten kawałek ważący 1,60 kg wystarczył nam na dwa porządne obiady i jeszcze została porcja do pudełka lunchowego do pracy. Podałam go w sobotę z kaszą jęczmienną a w niedzielę z pure ziemniaczano-selerowym, do tego różne surówki (tarta marchewka albo mizeria), domowa ćwikła i chutney z agrestu autorstwa mojego taty. 

Zrobiłam też sos i jeśli kiedykolwiek myślicie o robieniu sosów do pieczeni z torebki, to zastanówcie się dwa razy! *^v^* Po zdjęciu mięsa z blaszki, w której się piekło, postawiłam ją na gazie, soki z mięsa i przypieczone kawałeczki podlałam kieliszkiem czerwonego wina i odparowując skrobałam drewnianą łyżką, żeby wszystko ładnie odlepiło się od dna naczynia. Po chwili dorzuciłam kilka kawałków zimnego masła, dodałam sól i pieprz, rozmieszałam wszystko porządnie i sos był gotowy! Można go przecedzić albo przetrzeć przez sito, jeśli chcecie idealnie gładką konsystencję, ale ja zostawiłam go tak jak zszedł z blaszki.

I jeszcze ciekawostka, cytat ze styczniowego numeru "Kuchni":
"Jeśli macie wybór, kupcie udziec prawy. W Nowej Zelandii, Australii, Argentynie jest nawet różnica w cenie między lewym a prawym. Dlaczego? Otóż owce przeważnie kładą się na prawym boku, by nie obciążać serca - mięśnie prawej nogi nie pracują, dlatego mięso z tego udźca jest delikatniejsze."
Nie wiem, czy miałam udziec prawy czy lewy, w Lidlu, gdzie go kupowałam, nie było to jasno napisane... ^^ 

Lamb's leg isn't cheap in Poland but this 1,60 kg piece was enough for us for two decent dinners and there were leftovers for the lunchbox. I served it on Saturday with pearl barley and on Sunday with potato pure, plus different salads, homemade beetroot and horseradish salad and a gooseberry chutney made by my father. 
I also made a gravy and if you ever thought about making the gravy from the bag think twice! *^v^* After I removed the meat from the baking form I placed the form on the stove, added a glass of red wine and scraped all the remains off the bottom of the pan. Then I added some pieces of cold butter, slat and pepper to taste and gave it a good stir, and it was ready! You could strain the gravy if you want to smooth and fancy, I just left it as it was.
And one more interesting thing I read today in the January issue of Polish culinary magazine "Kuchnia": 
"If you have the choice, buy the right leg. In New Zealand, Australia, Argentina there is a difference in prices for left and right lamb's legs. Why? Lambs usually rest on the right side so not to strain the heart. The right leg's muscles do not work so the meat on that leg is much tender."
I don't know whether I bought the right leg or the left one, it didn't say on the package... ^^

Chciałabym jeszcze przypomnieć, że na górnym pasku bloga pod bannerem znajduje się link do podstrony "Gotowanie", znajdziecie tam linki do wszystkich (mam nadzieję) przepisów, jakie pokazywałam na blogu. Jeśli czegoś tam nie ma, a pamiętacie, że coś takiego gotowałam, to proszę się upomnieć i będę uzupełniać. *^v^*
I'd like to remind you that just below my blog's banner there is a link to the subpage called "Gotowanie" (Cooking), it's a collection of all the recipes I've ever presented on my blog. If something's missing and you remember that I cooked something and there's no link to that dish, just let me know and I'll add it. *^-^*

***



Od 26 grudnia mamy w Warszawie zimę! *^O^* Przestało wiać i skończył się deszcz, spadł śnieg i zrobiło się naprawdę zimno, minus 7. Co mi w sumie wcale nie przeszkadza, bo jestem na zimę dobrze przygotowana odzieżowo, siedzę sobie właśnie z poranną herbatą (w kubku termicznym, dzięki czemu prawie do końca jest gorąca ^^), zapaliłam lampki choinkowe zawieszone dookoła mojego pokoju dziennego, wosk w kominku pachnie mi choinką, patrzę za okno na wirujące płatki śniegu i cieszę się, że niedługo wyjdę do sklepu. *^-^* Ale zanim to nastąpi, podziergam sobie sweterek, lada dzień powinna już przyjść zamówiona alpaka, czas ruszyć z robótkami!

Since 26th December we have Winter in Warsaw! *^O^* The wind and rain stopped, snow came and the temperature dropped really low, minus 7 C. I'm not unhappy about that because I'm well prepared for Winter weather, with coats, shawls, hats, gloves, boots... I've been sitting with my morning tea now (in the thermal mug so it stays hot almost till the end ^^), I switched on the Christmas lights that I had hanged around my livingroom, Yankee Candle wax keeps spreading the scent of a Christmas tree. I look outside the window on the twirling snowflakes and I'm almost happy I'll go grocery shopping later. *^-^* But before that I'll do some knitting, my alpaca yarn should be here soon so it's time to catch up with my sweater!

Friday, December 26, 2014

Nigel, Nigel, Nigel...

Myślałam, że nie da się pisać o jedzeniu i gotowaniu w bardziej seksowny i apetyczny sposób, niż robi to Jamie Oliver. Och, jakże ja się myliłam!.... *^o^*~~~
I thought the sexiest and yummiest cooking books were written by Jamie Oliver. I was so wrong!.... *^o^*~~~


Oglądałam wszystkie serie kulinarne Nigela Slatera pokazywane w naszej telewizji i jako prezent podchoinkowy kupiłam sobie jego trzy książki. Kupiłam na amazon.co.uk, bo oferuje on najlepsze ceny i wybrałam trzy pozycje - "The Kitchen Diaries II", "Real Food" i "Eat". ("Eat" w księgarni w Dublinie kosztowała prawie 39 euro... Na amazonie z wysyłką zapłaciłam 12 funtów!) Zanim książki trafiły w moje ręce, zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam biorąc od razu trzy książki tego samego autora, bo istniało niebezpieczeństwo powtarzania się przepisów, ale kiedy przyszła przesyłka i zaczęłam przeglądać każdą z książek wiedziałam, że to był świetny wybór! 
I've watched all the cooking tv series by Nigel Slater that were shown on Polish tv and as a Christmas gift I choose to have three of his books. I bought them on amazon.co.uk and decided upon "The Kitchen Diaries II", "Real Food" and "Eat". (They offered the best prices, I saw "Eat" in the book store in Dublin for almost 39 euro... On amazon I got it for 12 pounds including shipping!) Before the books came I thought maybe I had done the wrong thing choosing three books by the same author because the recipes might be repeated but when I got the books I knew it was the perfect choice!



Każda z nich jest inna, pokazuje gotowanie od innej strony. "Real Food" to przedruk przepisów wydanych po raz pierwszy w 2000 roku i jest zbiorem klasyków - mamy tu rozdziały poświęcone np.: ziemniakom, czosnkowi, serom, kurczakowi, deserom czekoladowym. Proste lecz jednocześnie niesamowicie działające na wyobraźnię kubków smakowych, zresztą sami widzicie, ile już zaznaczyłam przepisów do wypróbowania w pierwszej kolejności! *^o^*
Each one of them is a bit different and presents cooking from different perspective. "Real Food" is a reprint of the recipes published in 2000 and is a collection of all time classics - there are chapters devoted to for example potatoes, garlic, cheese, chicken, chocolate desserts. Simple but so mouthwatering ideas, you can see how many I already marked to try out first! *^o^*



"The Kitchen Diaries II" to kucharska książka nietypowa, bo pokazuje cały rok w przepisach. Nigel Slater na podstawie swoich notatników zebrał (podobnie jak w pierwszej części "The Kitchen Diaries I") wspomnienia kulinarne z prawie 365 dni swojego życia. Nie jest to jak w części pierwszej jeden i ten sam rok, tylko poszczególne dni z przestrzeni kilku lat. Na początku za tę właśnie książkę zabrałam się jako pierwszą, ale potem pomyślałam, że świetnie będzie być z Nigelem w kuchni dzień po dniu, więc po przeczytaniu kilku pierwszy dni stycznia odłożyłam lekturę do nowego roku, kiedy to będę czytać ją od początku i wypróbowywać niektóre potrawy.

"The Kitchen Diaries II" is a non-typical cooking book because it shows one year in recipes. Nigel Slater took his notes from almost 365 days in his life (as he did in "The Kitchen Diaries I") and composed a culinary memoir. This time, unlike in the first book from this series, it's not only one specific year, these are days chosen from among several years of his notes. I started to read this book at first but then I thought it would be a good idea to spend each day with Nigel in the kitchen so I put it away till 1st January. I'm going to read it day by day and try some of the recipes.



"Eat" ma z kolei podtytuł 'The little book of fast food", i rzeczywiście znajdziemy tu przepisy na dania szybkie do przyrządzenia. Może nie tak jak u Jamiego w 30 lub 15 minut, ale autor obiecuje, że najpóźniej w godzinę od wejścia do kuchni zasiądziemy do stołu. Dania jak zawsze u Nigela są proste, składające się z kilku zaledwie składników, ale tak perfekcyjnie dobranych, że nawet bez zdjęć (nie każdy przepis jest podparty obrazkiem) ślinka napływa nam do ust od samego czytania. Wiele przepisów opatrzonych jest dodatkowymi modyfikacjami, propozycjami małych zmian, które następnym razem odmienią danie. Pomysłów na same kanapki jest ponad 40 stron! Niby nic takiego - zrobić kanapkę, a niektóre z połączeń smakowych zaskakują do tego stopnia, że chce się od razu biec do kuchni, żeby przekonać się, jak to ze sobą zagra!

"Eat" has the subtitle 'The little book of fast food" and we find here the dishes to make quickly. Not like Jamie's 30 minutes or even 15 minutes cooking, but the author promises that we will eat within the hour at most from the moment we enter the kitchen. As usual in Nigel's cooking, the food is simple, consisting of only a few ingredients but so perfectly composed that even without the photos (not every recipe has a picture) we want to eat everything we read about! Many recipes have additional thoughts on tasty modifications. We have more than 40 pages of only sandwich ideas! What's a big deal, you might say, to make a sandwich, but some of the flavour combinations make you want to run to the pantry and check how it all tastes like!



"Real Food" jest w miękkich okładkach kartonowych, natomiast dwie pozostałe książki są w twardych obwolutach z płótna, dzięki czemu są miękkie i ciepłe w dotyku. Ręce same się do nich wyciągają, chce się ich dotykać, przeglądać, trzymać w dłoniach, noszę je ze sobą po domu z kuchni do sypialni i z powrotem, wciąż zaglądam, wyszukuję przepisy, napawam się ich ciężarem i zawartością.

"Real Food" is a paperback but the other two are hardbound in linen so the books are soft and warm to the touch. The hands want to feel them, to hold them, to look through the pages, I carry them around the house, keep on checking the recipes, I submerge in the contents.



Kupowanie książek kucharskich takich autorów jak Nigel Slater czy na przykład Sophie Dahl to nie tylko uczta kulinarna, to także uczta językowa, albowiem w ich książkach znajdziemy nie tylko suche listy składników i wypunktowane polecenia, jak co przyrządzić. To są całe opowieści o jedzeniu i życiu, pełne anegdot, cytatów, pisane takim cudownym brytyjskim angielskim, że nigdy w życiu nie odebrałabym sobie tej przyjemności czytania w oryginale na rzecz tłumaczenia na polski.

Buying cooking books by the authors like Nigel Slater or for example Sophie Dahl is not only a culinary feast but also a linguistic bliss because in their books we won't find just the lists of ingredients and impersonal do-this, do that in bullets. These are the stories about food and life, full of anecdotes, citations, written in such a beautiful British English that I wouldn't deprive myself of that reading pleasure by buying the Polish translations of those books.



Książkom Nigela Slatera towarzyszyły dziś ciasteczka razowe z przyprawą korzenną. *^v^*

Today the Nigel Slater's books were accompanied by the wholemeal spicy cookies. *^v^*





Poza tym, święta święta, i po świętach, bez śniegu za to z ciepłą i wietrzną pluchą, bleh..., tradycyjnie przejedzone, moja mama coraz bardziej zamienia się w swoją mamę co objawia się bezustannym namawianiem na dokładki i jest nieco wyczerpujące... Dobrze, że dzisiaj możemy już w spokoju leżeć w domu na kanapie i jeść (albo nie jeść) dokładnie tyle, na ile mamy ochotę! *^w^*
A co Wy fajnego robiliście i co znaleźliście pod choinką?

Apart from that Christmas holidays are over, without snow but with a warm and windy rain, bleh... Traditionally we ate a lot and because I was still weak after a long sickness and my mother kept adding me food on the plate, the whole situation was a bit stressful... I'm glad today we can finally rest at home on the sofa and eat (or not eat) exactly as much as we want! *^w^* 
How did you spend the last few days and what did you find under the Christmas tree? 

Wednesday, December 24, 2014

Sunday, December 21, 2014

Burda 01/2015

Proponuję ciasteczko i rzut oka na zapowiedź styczniowej Burdy. *^o^*
Have a cookie and let's have a look at January's Burda. *^o^*



Nie ma w niej dla mnie prawie nic ciekawego, może robię się z wiekiem coraz bardziej wybredna?...
No fireworks for me in that issue, maybe I'm becoming more and more picky with age?...

Widzę siebie w spódnicy 108b, z jakiejś ładnej kraty:
I can see myself in skirt 108b made from some nice checkered wool:




Sukienka 126 ma krój z dawnych lat, ale wydaje mi się, że coś jest nie tak z przodem/marszczonymi rękawami, za dużo materiału. Poczekam, aż Marchewkowa uszyje i się zobaczy! *^o^*
Dress 126 has a nice vintage shape but I feel there's something wrong with the front/gathered sleeves, too much fabric. 




Reszta modeli dla mnie nieciekawa, większość to dwa zszyte prostokąty (też mi magazyn z wykrojami, phi!...), a modele Plus są wyjątkowo brzydkie i nietwarzowe! Niewykluczone, że stanie na pierwszej spódnicy, chociaż rozważam skrócenie tyłu i wydłużenie przodów. *^v^*
Oczywiście ze względów zdrowotnych wciąż nie uszyłam projektów z listopada i grudnia. Nadrobię to kiedy mi się uda, cóż, czasami tak w życiu bywa.
The rest is not interesting for me at all, most of the patterns are just two rectangles put together (and they call themselves a sewing magazine!...), and the Plus patterns are just hideous and unflattering! I might make the skirt 126b but I've been considering shortening the back and adding some length to the fronts. *^v^*  
Of course because of my health problems I still haven't finished my November and December projects. Oh well, I'll catch up when I'm able to, that's life.

Na koniec chciałabym się pochwalić, że Burda ponownie zamieściła moją sukienkę w galerii czytelników, w numerze grudniowym 2014. *^O^* Dziękuję za zauważenie mojego projektu pośród tylu innych pięknych do wyboru!
I just want to add that Burda awarded me with another publications of my dress in the December's issue! *^O^* Thank you very much, Burda people, for noticing my sewing efforts!

Thursday, December 18, 2014

Zielona Wyspa

We're still sick with a flu, sneezing, coughing and being very weak, but I promised some photos from our recent trip so here they are. I don't have the strength to translate a full post into English, I'm sorry, but I'll just sum up here what I said below. We went to Dublin because our friends invited us to stay at their place. It was a great reunion after almost one year of not seing each other (although we kept in contact everyday). We were fed like kings and shown around the city, and we even had the opportunity to meet a fellow blogger Inna who lives in Dublin! *^v^*
Dublin is a sweet little city, with traditional terraced houses, milions of pubs, great butcher's shops and Asian Food shops, with friendly people and great infrastructure for cyclists. Could I live there? I'm not sure, there was no chemistry between us, but I'd love to visit Dublin more times, maybe in the Summer when the weather is nicer and there's no flu in the air... *^o^*

***

Grypa wciąż trzyma się mocno, sama nie wiem, co myśmy z tej zagranicy przywlekli... Gorączki już wprawdzie nie mamy od tygodnia, ale wciąż jest katar, kaszel, a dzisiaj obudziłam się z bolącym gardłem.... I jestem tak słaba, jak nie byłam nigdy w życiu, dobrze, że nie organizuję świąt tylko idziemy do moich rodziców, bo i tak nic by z tego nie było, nie mam kompletnie siły ani nastroju na szał zakupów i gotowania. I nie umyję okien, świat się nie zawali!

Udało nam się ogarnąć zdjęcia z wyjazdu, więc wreszcie obiecana relacja z naszych krótkich wakacji. 2 grudnia rano stawiliśmy się na lotnisku w Modlinie, skąd odlatywał nasz samolot do Dublina. *^o^*



Ile ja się o tych tanich liniach Ryanair naczytałam - jak to mają specjalne bramki na bagaż podręczny, i jeśli nam się bagaż w nich nie zmieści, to za nic go do samolotu nie wpuszczą!... Widziałam u ludzi walizki na pewno przekraczające dopuszczalne wymiary i baby z torebkami wielkimi jak stodoła, pies z kulawą nogą się tymi bagażami nie zainteresował, nikt ich ani nie ważył, ani nie mierzył. Za to zaobserwowałam inne zjawisko, które wywołało u mnie mieszane uczucia...

Tanie linie dlatego są tanie, bo płaci się za goły bilet. Jak się chce coś więcej, to trzeba dopłacić - za oznaczone miejsce, za bagaż dodatkowy, za kartę pokładową, za pierwszeństwo wejścia na pokład... To ostatnie kosztuje tylko 10 zł i za tę kwotę mamy spokój ducha, przychodzimy sobie na 15 minut przed otwarciem bramki, siadamy na krzesełku (bo jest dużo wolnych miejsc) i patrzymy, jak 80% pasażerów naszego samolotu stoi w długiej kolejce do bramki, i stoją tak być może już od godziny czy półtorej, bo im wcześniej stanęli, tym bliżej początku kolejki się znajdują i tym wcześniej będą mogli wejść do samolotu PO TYM, jak już wejdą pasażerowie z wykupionym pierwszeństwem wejścia. 

Oczywiście to jest indywidualny wybór, czy chcemy te 10 zł dorzucić do ceny naszego biletu czy też nie, ale komfort tego, że nie muszę stać w kilometrowym ogonku tylko przychodzę, kiedy mi wygodnie tuż przed odlotem, siedzę sobie w poczekalni, potem pani prosi do samolotu w pierwszej kolejności, w spokoju znajduję miejsce i bagaż podręczny leci ze mną w kabinie - dla mnie bezcenny! Reszta pasażerów biegnie do samolotu, zajmuje pozostałe miejsca na zasadzie komórek do wynajęcia, no i nie wszystkie bagaże podręczne mieszczą się w szafkach kabinowych i muszą lecieć w luku, do którego nie ma dostępu podczas przelotu.

Inne śmieszne zjawisko zaobserwowaliśmy stojąc już na płycie lotniska. Ryanair to tak naprawdę powietrzny autobus, przywozi pasażerów z Dublina do Modlina, oni wysiadają, my czekamy niemalże przed schodkami, jak już samolot jest pusty, to wtedy od razu wsiadają pasażerowie do Dublina a w tym czasie ładowane są bagaże i tankowane jest paliwo, i fruuuuu, maszyna leci z powrotem do Irlandii. *^o^* 
Muszę przyznać, że samoloty są nowoczesne i wygodne, obsługa przemiła i chyba powoli wymierają mistrzowie obciachu - samolotowi klaskacze, w Dublinie tylko jedna pani wyrwała się z biciem braw po wylądowaniu ale zaraz ucichła, gdy się zorientowała, że jest w tym osamotniona... Naród oswoił się z technologią i już nie uważa szczęśliwego lądowania za cud! *^w^*

***

Dublin powitał nas rześkim jesiennym wieczorem i świątecznymi dekoracjami w sklepach na ulicy O'Conell, gdzie zatrzymał się autobus z lotniska, ale pierwszego dnia niewiele zobaczyliśmy, bo od razu przemieściliśmy się tramwajem do domu naszych gospodarzy, którzy zaprosili nas na kilka dni pod swój dach. Karmieni byliśmy jak królowie, na przykład zajadaliśmy się taką oto jagnięcą nogą! *^o^* Robert dostał domowy tort z okazji urodzin!



A kolejnego dnia poczęstowano nas tradycyjnym śniadaniem z dwoma rodzajami kaszanki - jasnej i ciemnej. Irlandzka kaszanka jest inna niż nasza, mocniej doprawiona ziołami, o nieco innej konsystencji, pyszna!




Następnego dnia po przylocie wybraliśmy się na spacer po mieście. Dublin jest malutki, wielkości Radomia, więc spokojnie można go przejść wzdłuż i wszerz pieszo, chociaż można też skorzystać z jednej z dwóch linii tramwajowych albo autobusów. Jednak chodzenie pozwala na robienie zdjęć i obejrzenie wielu zakątków miasta, a to lubimy najbardziej. 
Dublin ma niewysoką zabudowę, w dużym stopniu tradycyjną chociaż jest też część zupełnie nowa, ale o tym potem. Budownictwo mieszkaniowe to domy szeregowe, w bogatszej dzielnicy wyższe, ciekawsze architektonicznie, z dużymi ogródkami.




Całe miasto jest pełne tradycyjnych pubów, a wiele z nich ma piękne fasady i wnętrza. Kiedy zaszliśmy do jednego z nich na kawę po irlandzku przy regulowaniu rachunku okazało się, że barmanem był tam Polak! *^v^* (Zresztą język polski słyszy się tutaj na każdym kroku.)



Stare doki zostały zrównane z ziemią i na ich miejscu powstała nowoczesna dzielnica biurowo-mieszkaniowa. Gdybym musiała wybierać, chciałabym mieszkać właśnie tutaj! *^v^*







Oczywiście nie mogłam sobie odmówić wizyty nam morzem, i chociaż akurat był odpływ, to i tak byłam niesamowicie szczęśliwa mogąc pogrzebać czubkiem buta w piachu z muszelkami i pogapić się na lśniącą w oddali wodę!.... *"o"*







I wreszcie zrozumiałam, dlaczego to miejsce zwą Zieloną Wyspą!....
W centrum Dublina są cztery sklepy z żywnością azjatycką, w tym genialnie zaopatrzone warzywniaki z wyborem pak choi, mizuny, dymki i inszej zieleniny, o której w Polsce mogę sobie tylko pomarzyć.....  ;-)

W sobotę byłam już na tyle chora, że leżałam w łóżku, a Robert wybrał się na wycieczkę do Muzeum Irlandzkiej Whiskey, w którym było też testowanie różnych gatunków tego trunku!



Podsumowując, to była przemiła wycieczka! Niewiele udało nam się zobaczyć, no bo co można zwiedzić w kilka dni?... Wiele miejsc pominęliśmy z braku czasu i chętnie to kiedyś nadrobimy. Prawie nic sobie nie kupiliśmy, bo ceny w euro nas po prostu zmiażdżyły!
Dublin to urocze małe miasteczko z niską zabudową, wieloma terenami zielonymi, niesamowicie wielokulturowe, przyjazne rowerzystom, z uśmiechniętymi mieszkańcami chętnymi do pomocy, cudownymi sklepami azjatyckimi i takimi rzeźnikami, że aż mi oczy stawały w słup!... Z drugiej strony, walczy z problemem narkomanii i żebractwa, a miejscami jest tu bardzo brudno na ulicach (i nie przyjmuję argumentów, że to miasto nad morzem i wiatr rozwiewa śmieci, bo byłam w innych miastach nad morzem i było czysto, np.: w Helsinkach, Kopenhadze, Malmo). Jest za co Dublina nie lubić, ale jest też za co podziwiać.




Czy chcielibyśmy zamieszkać w Dublinie na stałe? Raczej nie... I to nawet nie chodzi o to, że to nie Tokio, bo wiadomo, że Tokio jest tylko jedno. *^v^* Ale po tych kilku dniach nie było między nami a miastem tej chemii, która zachęciłaby nas do natychmiastowego pakowania walizek i przenoszenia się tam na stałe. Natomiast chętnie przyjedziemy jeszcze kiedyś w odwiedziny, może latem na festiwal krewetek, jak zapraszali nas nasi gospodarze, bo to wizyta u nich, a nie sam Dublin była głównym celem naszego przyjazdu. Zobaczymy! *^o^*

Wednesday, December 10, 2014

Kasłanie i czytanie

Kochane, serdecznie dziękuję za życzenia zdrowia! Na razie wciąż odsmarkujemy sobie nosy i wykasłujemy płuca... Ja to ja, ale tak mi żal męża, który traci właśnie drugi tydzień urlopu na poważne chorowanie, ech... Lecz cóż, czasami tak bywa. Człowiek narobi sobie planów, a życie i tak pójdzie swoim torem. Kiedyś mówiłam "nigdy nie choruję na grypę" i była to szczera prawda! Owszem, łapałam grypę żołądkową, był jeden dzień wymiotowania, gorączkowania, odespania i następnego ranka byłam jak nowa. Moją specjalnością były anginy, takie naprawdę paskudne, często miałam ciągnące się w nieskończoność katary (przepraszam za niezamierzoną grę skojarzeń... *^v^*) ale nie grypa. No to mam, wyjechałam za granicę, a tamtejsza grypa o tym po prostu nie wiedziała!
W każdym razie, powoli dochodzimy do siebie, dzisiaj spróbuję wreszcie posegregować zdjęcia i opisać naszą wycieczkę, a na razie szybki raport robótkowo-czytelniczy.
So, the flu continues, we still sneeze and cough like crazy. I'm so sorry for my husband, he looses his second week of holidays on being ill... But that's life I guess, we may make plans and it's going to be what's going to be. I used to say "I never get flu" and it was true! Of course I caught stomach flu once or twice, there was one day of vomiting, fever, sleeping and on the next day I was like it never happened. I keep having the never ending colds. My specialty is the nasty tonsillitis, I used to have it very often in my life, but never a flu. Well, I went abroad and the foreign flu just didn't know that!
Anyway, we are trying to recover from it, I'll try to organise the photos from our trip today and since it's Wednesday I'll just write a short report on crafting and reading.



Wciąż nie dotknęłam drutów, nie mam siły do myślenia koncepcyjnego a obydwa zaczęte swetry mają warkoczowe schematy do śledzenia. Ale jest dobra wiadomość! *^O^* Burgundowa alpaka wróciła na moment do asortymentu sklepu! A ponieważ (bez szczególnej nadziei) zaznaczyłam kiedyś na stronie, żeby otrzymać powiadomienie mailem, jeśli by się tak stało, to owo powiadomienie dostałam, szybciutko kupiłam paczkę (mam wrażenie, że doprodukowali tylko te sześć sztuk składające się na jedną paczkę...) i już sobie do mnie wędruje z Turcji. *^v^* Zatem, moja Burgundia uratowana, teraz nawet będę mogła wydziergać sobie rękawy do kostek, gdyby zaszła takowa potrzeba. ^^*~~
I still haven't toughed the knitting needles, I don't have the strength to follow the charts of the cable patterns just yet but there is a good news on the knitting front! The burgundy alpaca was back in the store, I got an email notice about it, bought the pack (I feel they only made one pack of six, just for me, *^v^*, because there was only one pack available) and now it's been travelling to me from Turkey. So I am a happy camper and my Burgundy's sleeves can be as long as I need them. ^^*~~



Nie mam siły dziergać, ale za to leżę plackiem i czytam. Jak już przestałam tylko spać i spać, to wzięłam się za dokończenie "F.M." Akunina i jestem tą lekturą zachwycona! *^v^* Wielowątkowa wielopostaciowa rasowa intryga kryminalna, wątek literacki (sama nie wiem, którą powieść czytałam z większym zainteresowaniem, tę główną czy tę wewnętrzną, która jest przyczyną całej zagadki!) i specyficzna atmosfera rosyjskiej rzeczywistości magicznej jaką znajdziemy na przykład w "Mistrzu i Małgorzacie" Bułhakowa. 
A jak tylko Akunin mi się skończył, to pół nocy czytałam następną Marininę, tym razem starszą powieść "Zabójca mimo woli". Akurat i tak nie spałam, tylko kasłałam, to co mi szkodziło sięgnąć po książkę. ^^ Tu jak zwykle nie ma niespodzianki, od pierwszego rozdziału jest genialnie!
I'm not strong enough to knit so I just lay flat in bed and read. When I stopped sleeping all the time I reached for the novel "F.M." by Akunin. I already finished it and I'm in love! *^v^* A very good criminal intrigue with many interesting characters and plots, the surprising literary plot and the specific Russian magical reality feeling that you get while reading "The Master and Margarita" by Bułhakow for example.
When I finished Akunin I took another good old Marinina - this time one of the older books, "Killer Against His Will" (I don't know the official English title or whether it was at all translated and published in any English speaking country...). As expected, this book is great from the first chapter!

Tyle na dzisiaj, bo już mi nieco słabo, zapraszam następnym razem na naszą wycieczkę!
That's all for today because I feel I need to lie down now for a while, next time come and read about our trip!

Monday, December 08, 2014

...

Chciałam tylko zameldować, że pojechaliśmy i wróciliśmy, a nic nie piszę, bo wróciliśmy ze straszliwą grypą!.... Jak tylko będę w stanie dłużej usiedzieć przed komputerem, czyli pewnie za kilka dni, to porządnie opiszę nasz wyjazd. 
I just wanted to let you know that we went and came back, but we came back with a terrible flu, both of us!.... As soon as I'm capable of sitting at the computer for a longer period of time, I'll write about our trip.

Monday, December 01, 2014

Pleśniak




Jadłyście kiedyś pleśniaka? A piekłyście?
Have you ever tried the cake called "Mildew"?...



U mnie w domu rodzinnym takie ciasto było nieznane. Mama nigdy nie piekła ciast, tata zaczął dopiero kilka lat temu, długo po tym, jak się wyprowadziłam a babcia trzymała się kilku klasyków - makowiec, sernik, drożdżowe, biszkoptowe pół na pół z kakao. Ta nazwa obiła mi się o uszy kilka razy, ale nie miałam okazji go spróbować (albo tego zupełnie nie pamiętam...). Aż zobaczyłam wpis na blogu Małgosi i te apetyczne zdjęcia! *^v^*
I know the name isn't the preview of a tasty food!... *^v^* This cake wasn't known in my family home. My mother never baked, my father started only a few years ago and my grandmother stuck to classics - poppy seed cake, cheesecake, yeast pie, light and cocoa cake. I've heard the name a few times in my life but I never ate it. But then a couple of days ago I saw these photos on Małgosia's blog  and I knew I had to try it!



Może powinnam była najpierw zjeść "cudzego" pleśniaka, u kogoś w domu albo z cukierni, żeby w ogóle mieć pojęcie, jakich smaków się spodziewać, ale nie mogłam dzwonić po znajomych, wypytywać czy znają takie ciasto i się na nie wprosić! *^w^* No to zabrałam się za własnoręczne upieczenie.
Maybe I should have tried somebody else's Mildew first to see what it should taste like, but I just couldn't start calling my friends and relatives asking whether they know this cake and could they bake it for me... *^w^* So I decided to give it a try!




Na szczęście nie jest to trudny przepis, ciasto półkruche jasne i z kakao, kwaskowa konfitura (ja użyłam domowej konfitury z czerwonej porzeczki), słodka piana z białek i orzechy włoskie, w warstwach. W połowie pieczenia przykryłam tortownicę folią aluminiową, bo mój piecyk lubi nadmiernie zrumienić wierzch. I to jest super deser - różnorodność smaków i tekstur daje ciekawy efekt, ciasto jest bardzo lekkie a nazwa pochodzi od piany, która rozłazi się po cieście i miejscami wygląda jak skupiska pleśni... ^^*~~
Lucky me it's not a difficult recipe, the semi-shortbread pastry light and with cocoa, sour jam (I used the homemade red currant jam), sweet whipped eggwhites and walnuts, layered. In the middle of baking I had to cover the cake with an alufoil because my oven tends to brown the tops. This cake is very nice - the variety of the tastes and textures make it very interesting, it's light and the name comes from the beaten eggwhites that crawl all over the layers and look like mildew... ^^*~~



Ale zanim dobraliśmy się do ciasta, trzeba było grzecznie zjeść obiad - na sobotę udusiłam karkówkę wołową, bardzo prosty przepis Marthy Stewart - wołowina, ziemniaki, pietruszka plus kilka podstawowych przypraw, a danie - niebo w gębie!
But before we got to a dessert we had to eat dinner - on Saturday I made a beef stew, a very easy Marthy Stewart's recipe - just beef, potatoes, parsnips plus some basic spices and it was sooo good! 




I znowu obiad, który sam się robi! Kroimy mięso, cebulę, czosnek, ziemniaki i pietruszkę w dużą kostkę, stopniowo dorzucamy je do garnka zaczynając od obsmażenia przyprawionego i obsypanego mąką mięsa, i kiedy już wszystko jest w środku wstawiamy do piekarnika albo, jak w moim przypadku, dusimy pod przykryciem na małym ogniu. (Nie mam niestety małego garnka, który mogę wstawić do piekarnika, mam tylko wielki żeliwny gar, a to za duży gabaryt na obiad dla dwóch osób.)
Again the dish that practically cooks itself! You cut the meat and veggies into chunks, add them one by one starting with seasoned meat, and that's it, you put the pan into the oven or in my case, make a stew on the stove for about an hour. (I don't have a small pan that can go into the over, only a huge one and that's way too big for a dinner for two people.)




A dodatkowo jest to w zasadzie danie jednogarnkowe, bo ziemniaki duszą się razem z mięsem, nie trzeba już osobno gotować skrobiowego wypełniacza, dorobiłam tylko mizerię i wyłowiłam kilka ogórków kiszonych ze słoja. *^v^*
What's more, it's a one pot meal , the potatoes cook together with beef so you don't have to cook another carbohydrate to accompany the meat, I just prepared some fresh cucumber with sweet cream and took out the pickles from the jar. *^v^*





A na niedzielę przygotowałam coś nieco bardziej pracochłonnego, ale absolutnie wartego poświęconej pracy, kolejne danie koreańskie, galbijjim czyli duszone żeberka.
And on Sunday I made something more laborious but absolutely worth the time and effort, another Korean dish called galbijjim which is braised short ribs.




"Więcej pracy" oznacza, że najpierw żeberka gotujemy 30 minut z przyprawami (powstaje aromatyczny bulion), a dopiero potem zalewamy marynatą i dusimy z warzywami. Tylko tyle. (^o^) Tym razem nie ma w przepisie ostrej pasty gochujang ani płatków chilli (dziwne....), więc danie jest aromatyczne i słodkie! U nas spałaszowane z ryżem.
More work means that you cook the ribs first with some spices for about half an hour (you get a flavourful broth), and then you transfer them into a braising liquid, add vegetables and make a stew. That's it! (^v^) This time there's no hot gochujang paste in the recipe nor the chilli flakes (strange...) so this dish is fragrant and sweet! We ate it with rice.




***

Wyciągnęłam w niedzielę walizkę i zaczęłam pakowanie, niby jedziemy tylko na pięć dni, ale zawsze się martwię, czy wszystko zabrałam, czego zapomniałam... (nigdy mi się to nie zdarzyło! Za to Robertowi tak, nie wziął prywatnego telefonu do Japonii, na szczęście miał służbowy...) Oczywiście nie jadę na lodowiec tylko do cywilizacji, więc jeśli czegoś zapomnę to sobie kupię na miejscu. ^^ Mamy w planach zwiedzanie, próbowanie lokalnych przysmaków, długie patrzenie na morze (tak, jest tam morze! *^O^*), długie Polaków rozmowy, bo jedziemy w odwiedziny i w gości, bycie karmionymi pysznościami, jedno spotkanie międzyblogowe, być może zakupy. Dużo, jak na kilka dni! Nie biorę drutów, no nie mam żadnej robótki, którą mogłabym dziergać na ślepo, a w gościach nie wypada gapić się w schematy.
Następnym razem zamelduję się, jak już dolecimy na miejsce. *^o^*
On Sunday evening I took the suitcase from the balcony and started to pack our things before our short vacation. It's only five days but I'm always worried I forget something important (I never did! But Robert forgot his cellphone to Japan...). Of course we are not going to spend time on a glacier but in a city, so I can buy all the stuff I need there! The plans are for sight seeing, trying the local flavours, long stares at the sea (yes, they have the sea there, yikes! *^O^*), long talks with our friends we are going to be staying at, being fed with delicious home cooking, one blog meeting, maybe some shopping. A lot for just fives days! I don't take any knitting because I don't have any mindless project at the moment and you don't stare into charts while you're visiting someone.
Next time I'll talk to you from our holidays. *^o^*