Showing posts with label mieszkanie. Show all posts
Showing posts with label mieszkanie. Show all posts

Monday, May 07, 2012

Kupić czy wynajmować?

Niedzielny poranek zaczął się niewinnie lekko pochmurnym niebem po nocnym deszczu i łagodnie przeszedł w słoneczne przedpołudnie. I nagle, zupełnie znienacka - zerwała się wichura i jak nie lunie!
Zamknęłam drzwi balkonowe (bo padało zakosami do mieszkania) i patrzymy na moją plantację.
"Pomidory obrywają!..." - krzyczy mąż. "Ale się trzymają!" Pomidory jeszcze wytrzymałam, ale kiedy silny podmuch położył na płask moją piękną sadzonkę chilli Jalapeno Purple (która wykiełkowała mi tylko jedna!...), nie wytrzymałam!
Pobiegłam do przedpokoju po parasol, z otwartym parasolem wskoczyłam na bosaka na balkon i najpierw zabrałam do domu dwie tacki z sadzonkami pomidorów (były na obrzeżach balkonu), a potem zgarnęłam jak najbliżej wejścia do mieszkania dwie tacki z sadzonkami chilli i doniczki z sałatą rzymską i chią. Schowałam się do środka ale zostałam z parasolem w otwartych drzwiach osłaniając roślinki przed siekącym zewsząd deszczem i wiatrem. Reszta skrzynek została na pastwę losu, bo już nie miałam więcej rąk do trzymania parasoli...
A mój mąż, zamiast mnie jakoś wspomagać, złapał za aparat i robił mi zdjęcia, że niby będą na bloga... ^^



No to proszę - ja w piżamie, z maseczką olejową na włosach, na bosaka na ręczniku (bo tuż po powrocie z mokrego balkonu),  z parasolem nad sadzonkami chilli, pomidory jak widać są już bezpieczne. Na zdjęciu rzeczywistość za balkonem wydaje się słoneczna i pogodna, tak naprawdę trwała siekąca targana wichrem ulewa, a cały mój prawy bok był mokry od stania na balkonie i ratowania pomidorów, wszak parasol miałam tylko jeden i zasłonił mnie tylko z jednej strony...

Mam nadzieję, że pomidory i chilli odwdzięczą mi się za moją ofiarność i obficie zaowocują! *^v^* Przez najbliższe kilka dni zamieszkają w środku na parapecie, bo prognozy zapowiadają zimne noce i takie sobie dni.

***

Dzisiaj coś z zupełnie innej beczki - pofilozofujmy. ~*^v^*~
Do napisania tego wpisu natchnęły mnie nasze niedawne wydarzenia mieszkaniowe i spowodowane nimi rozmowy z mężem i znajomymi. Mianowicie, pytanie brzmi: kupić na kredyt czy wynajmować mieszkanie?

Wiadomo, że ceny za metr mieszkania oraz ceny za wynajem będą zależały od wielu czynników - mniejsze lub większe miasto, stary lub nowy budynek, stan mieszkania, jego wielkość, położenie bliżej lub dalej od centrum miasta, bliskość komunikacji i innych udogodnień. Kiedy moja koleżanka z pracy kupowała mieszkanie na obrzeżach Warszawy 15 lat temu, płaciła 2600 zł za metr kwadratowy, obecnie w tej okolicy ceny oscylują w granicach 7-8 tys za metr kw. Od razu więc można policzyć, że dzisiejsza rata kredytu będzie około 3 razy większa niż była 15 lat temu a pensje wcale aż tak nie wzrosły więc kredyty rozkładamy na więcej lat.

I teraz weźmy dla przykładu dwa małżeństwa około 30-stki: A i B (oparte na kilku uogólnionych przykładach z życia wziętych).
Małżeństwo A wynajmuje mieszkanie - dwupokojowe, w nowym budownictwie, po remoncie i wyposażone w podstawowe sprzęty więc wystarczy, że dokupią kilka ruchomych mebli, które w razie czego mogą zabrać ze sobą do innego wynajmowanego mieszkania. Jest ono wprawdzie daleko od centrum miasta, ale dojazd wieloma autobusami miejskimi do najbliższej stacji metra jest dobry, poza tym mają samochód (ale mogliby go nie mieć). Koszt wynajmu to ok. 1500 zł miesięcznie (czynsz jest już wliczony w tę cenę).
Małżeństwo B kupiło mieszkanie na kredyt - dwupokojowe lub małe trzypokojowe, w nowym budownictwie, musieli sami je wykończyć i wyposażyć od stanu developerskiego (dodatkowe niemałe koszty). Mieszkanie znajduje się bardzo daleko od centrum miasta (w zasadzie już pod miastem), nie chodzą tamtędy autobusy miejskie tylko podmiejskie 700-setki i to rzadko, samochód jest w zasadzie niezbędny. Kredyt został wzięty na 30 lat a rata wynosi około 2500 zł miesięcznie plus ok. 500 zł za czynsz czyli w sumie ok. 3000 zł miesięcznie.

I teraz powstaje pytanie - która para jest w lepszej sytuacji?

Owszem, kiedy wynajmujemy mieszkanie, właściciel może w każdej chwili kazać nam się wyprowadzić i trzeba szukać nowego lokum, które być może nie będzie tak atrakcyjne lokalizacyjnie ani cenowo. Jeśli ktoś kupił mieszkanie, to jest jego i nikt go stamtąd nie wyprosi (a raczej będzie jego, kiedy za 30 lat spłaci ostatnią ratę, bo na razie to należy do banku i bank nas może "wyprosić" kiedy nie damy rady spłacać rat. Przekonanie, że kupione na raty mieszkanie jest już NASZE jest bardzo złudne. No właśnie...). 

Osoba wynajmująca "płaci komuś zamiast płacić za swoje" - ale jest bardziej niezależna: może się w dowolnym momencie spakować i przeprowadzić np.: do innego miasta, gdyby pojawiła się interesująca propozycja pracy. Osoba z kredytem na głowie nie ma takiej swobody, co więcej - jej wybory dotyczące pracy są uzależnione od konieczności spłacania ogromnych rat, więc nie może próbować nowych niepewnych choć być może ciekawych ścieżek kariery, jest uwiązana do miejsca a strach przed nagłą utratą pracy, co w dzisiejszych czasach nie jest takie niemożliwe, jest dużo większy.

To prawda, że po 30 latach małżeństwo B będzie miało spłacone własne mieszkanie, które zostawi dzieciom w spadku - jednak koszt w wysokości 3000 zł miesięcznie to ogromna suma ponad średnią krajową pensję, więc jeśli nawet stać ich było na płacenie takiej sumy, to oznacza, że przez te 30 lat wielu rzeczy sobie odmawiali (nie mówimy o Bardzo Bogatych Ludziach tylko o przeciętnych Kowalskich). Małżeństwo A miało przez porównanie potencjalne 1500 zł  miesięcznie niezagospodarowane, a pieniądze te mogli przeznaczać na wakacje, odłożyć na edukację dzieci, dobre polisy ubezpieczeniowe, fundusze inwestycyjne, itd. W wieku 60 lat nie będą wprawdzie mieli własnego mieszkania, ale być może te "luźne" 1500 zł miesięcznie pozwolą im na inwestycje bankowe przynoszące przez 30 lat takie zyski, żeby w jesieni życia kupić sobie mieszkanie?

Powyższe przykłady i rozważania są teoretyczne, bo nie znam żadnej pary, która ukończyłaby już ten okres 30 lat na kredycie, znam tylko osoby na początku tej drogi (zarówno kupujących jak i wynajmujących).
Obydwa rozwiązania mają swoje plusy i minusy, ku któremu z nich się skłaniacie?

EDIT: Dziękuję za troskę, ale zaznaczam, że mnie te dylematy nie dotyczą, mam mieszkanie i nie muszę ani wynajmować, ani kupować, a temat do rozważań jest ściśle teoretyczny. *^v^*