Friday, September 17, 2021

#holidayscelebrate

Skoro wciąż nie możemy pojechać do Japonii, to na wakacje wybraliśmy inny ulubiony kierunek, który gwarantował piękne widoki, dobre jedzenie i pyszne piwo i wino! *^v^*

 


 

Czyli, Czechy. Okazało się, że mimo jesiennych prognoz pogody przez wszystkie 12 dni mieliśmy upalne lato, mogłam wziąć sandały i sukienki zamiast kilku par długich spodni i ciepłych bluz...

 

 

W zeszłym roku w październiku sytuacja covidowa była taka, że nie zdecydowaliśmy się na noclegi po stronie czeskiej a tylko na jednodniowe wypady na zwiedzanie i zakupy - i dobrze, bo pod koniec naszego wyjazdu ilość zachorowań się zwiększyła do tego stopnia, że Czesi zamknęli restauracje, i kto wie, jak by było z hotelami... Tym razem prognozy były bardziej pomyślne więc zarezerwowaliśmy trzy hotele w Czechach: w Turnowie, w Českým Krumlovie i w Kromeriżu.

 


 


Turnow to brama do Czeskiego Raju, regionu turystycznego na północny wschód od Pragi, pełnego skalnych miast i zamków, gdzie można odbywać niezliczone wycieczki piesze i rowerowe. Udało nam się połazić po górach i skałkach, odwiedzić kilka zamków i oczywiście smakować czeskiej kuchni i lokalnego piwa - Turnowa i Svijanego! Wakacje zaczęliśmy od razu z wysokiego C, bo pierwszego dnia zrobiliśmy mały spacer dla rozruszania nóg czyli... 18 km po górach, bez gotówki "bo na pewno przy obiektach turystycznych będzie można płacić kartą!" (otóż, nie!), bez zapasów wody czy przegryzki "bo na pewno przy obiektach turystycznych będzie można kupić jedzenie i picie!" (otóż nie, bo patrz punkt pierwszy - nie wzięliśmy gotówki!...). Ja miałam przy sobie 300 ml wody, pastylki na gardło i paczkę miętówek, i tym dzieliliśmy się we cztery osoby... Kolejne dni to już był relaks - muzeum w Turnowie, potem wycieczki samochodem na zamek Kost i na zamek Trosky, do Jicina do Rumcajsa i Hanki, a przede wszystkim wizyta w browarze Svijany, gdzie Robert prawie oszalał ze szczęścia i nakupił sobie ciuchów i gadżetów rowerowych z ich piwnym logo w sklepie firmowym! *^O^* 

 

 



Po kilku dniach, z przystankiem w Kutnej Horze w Kostnicy Sedlec przenieśliśmy się na południe do Českego Krumlova, przepięknego miasteczka powstałego wokół wijącej się rzeki Wełtawy. Krumlov wygląda jak z (czeskiej) bajki - kamieniczki, uliczki, kwiaty w doniczkach, kawiarenki i restauracje, wijąca się malowniczo rzeka i zamek górujący nad miastem. 




 

Ostatni przystanek przed powrotem do domu to Kromeriż, podobno najpiękniejsze miasto w Czechach, czego nie możemy potwierdzić, bo miasto jak miasto, jest takich w Czechach tysiące, Krumlov zrobił na nas dużo większe wrażenie!  

 

 

Tym razem skupiliśmy się na odpoczywaniu i chłonięciu widoków na miejscu zamiast uwieczniać wszystko dla potomności więc tylko tak symbolicznie pokazuję trochę widoków, żeby Was zachęcić do samodzielnego odwiedzenia tych miejsc. Zresztą i tak zdjęcia nie oddadzą piękna i rozmachu Skalnego Miasta czy uroku bajkowych uliczek Krumlova, trzeba to zobaczyć na własne oczy. *^-^*~~

Przed wyjazdem poczytaliśmy na stronach MSZ-tu jakie warunki należy spełnić żeby przekroczyć czeską granicę - wszyscy mamy paszporty szczepionkowe, wypełniliśmy formularz pobytu z adresami naszych hoteli, zaopatrzyliśmy się w wymagane maski FFP2/N95 bez zaworów (nie wolno używać innych, w tym samoróbek z materiału) i ruszyliśmy w drogę. Na granicy nie było nikogo, kto chciałby nas skontrolować, przejechaliśmy ją nawet nie zauważywszy, że już jesteśmy w Czechach. Na miejscu dopytaliśmy w hotelu jakie są zasady noszenia masek - podobnie jak u nas na zewnątrz nie trzeba ich zakładać pod warunkiem, że zachowamy dystans do innych osób, nosimy maski w komunikacji i budynkach. A jak to się ma do rzeczywistości? Ludzie noszą maski wszelakie, również jednorazówki chirurgiczne, które zresztą można wszędzie kupić. Recepcjonistki i obsługa w hotelach/restauracjach były bez masek, kiedy kolega w restauracji wstał od stolika żeby iść do toalety i założył maskę, przechodząca kelnerka powiedziała mu, że nie musi się maskować, tak samo było w sklepie z pamiątkami. Ale w sklepach spożywczych rzeczywiście wszyscy maski mieli. W muzeach przy kasie biletowej pytali nas "Jesteście zaszczepieni?", "Tak, pokazać paszport?", "Nie, wierzymy wam!". *^v^* No i tak, pod tym względem wyjazd nie okazał się więc uciążliwy! Podejrzewam też, że ponieważ skończył się sezon wakacyjny i nie było już takich tłumów jakie przewalały się zapewne przez atrakcje turystyczne w lipcu i sierpniu, zasady też trochę łagodzono na własną rękę, bo wszyscy są już maskami zmęczeni.


***


 

No i wróciliśmy do domu. Koty się kleją do ludzi, a za oknem jesień...

 


 

Zmęczona jedzeniem mięsa, mięsa i mięsa przez prawie dwa tygodnie, no bo Czesi surówek raczej nie szanują..., na pierwszy posiłek po przekroczeniu polskiej granicy zjadłam pomidorową na Orlenie! *^V^* 

 


 

W domu ugotowałam już barszcz ukraiński.

 


 

Genialny wegański gulasz gołąbkowy z przepisu Weganona!!!

 


 

I pomidorową galette, bardzo polecam! 




Kupiłam roślinkę doniczkową i szykuję się na zimę. Nie to, żeby te dwa fakty miały ze sobą coś wspólnego, tak tylko o tym wspomniałam. ^^*~~

 


 

W kwestiach remontowych zmian na razie brak, w kwestii mojego zdrowia raczej też, na wakacjach nie biegałam po skałkach jak kozica, oj nie!... *^w^* Ale sytuacja jest rozwojowa. 

Mam kilka uszytków, ale te pokażę Wam w osobnym wpisie, część zabrałam ze sobą do Czech i tam obfotografowałam, dwa zostały w domu, więc jeszcze czekają na zdjęcia, ze wszystkich jestem bardzo zadowolona! ^^*~~



Wednesday, September 01, 2021

Marzenia sprzeczne

Marzenia sprzeczne. 

Marzy mi się mieszkanie bardzo wysokie, jasne i przestrzenne. Z drewnianymi i kamiennymi podłogami, z białymi oknami wykuszowymi od podłogi do sufitu, pełne roślin o pięknych liściach, z monsterą nawet w łazience bo łazienka byłaby z oknem! Z piękną klatką schodową i elementami architektonicznymi z przeszłości, kiedy je budowano, może nawet 100 lat temu? Z dużym balkonem zapełnionym zielonością na którym jadalibyśmy śniadania w słońcu i kolacje pod gwiazdami, z widokiem na zieleń, na drzewa i wodę. W cichym zakątku miasta, najlepiej w naszej dzielnicy. 

 


 

Skąd sprzeczność? 

Takie mieszkania zdarzają się w kamienicach w centrum miasta, a nie w blokach z lat 70-tych ani w nowoczesnych budynkach bez charakteru, a centrum Warszawy absolutnie nie wchodzi w grę. Na Ursynowie takiego nie znajdę, być może Mokotów albo Żoliborz?... No cóż, podobno marzyć wolno o czymkolwiek, w naszej głowie nic nas nie ogranicza! A jak się coś powie na głos i zapisze, to są większe szanse na spełnienie takiego marzenia, więc kto wie... *^-^*~~

 ***

W każdym razie, jedziemy na wakacje. Do końca ten wyjazd balansował na ostrzu noża, bo cały sierpień mijał pod znakiem kocich dolegliwości, i nie chciałam zostawiać chorych kotów opiekunowi na głowie. Ostatnie dni to były już niezłe nerwy, bo rezerwacje hotelowe można było odwołać do 29 sierpnia, a potem już przepadło... Na szczęście wszystko się naprawiło na dwa dni przed wyjazdem i ze spokojem mogliśmy się spakować i ruszać w podróż. ^^*~~

Będę na bieżąco wrzucać zdjęcia na mój Instagram, a jak ktoś chciałby poczekać, to na blogu zrobię podsumowanie po powrocie, czyli po 12 września. Trzymajcie się ciepło i do następnego wpisu! *^o^*

Tuesday, August 24, 2021

Trzeba kuć żelazo póki gorące!

Nie znoszę jazdy samochodem, a dłuższa trasa to dla mnie katorga. Cóż, tak mam. Ale żeby jakoś znieść te męczarnie, bo czasami gdzieś pojechać trzeba, stosuję metodę małych kroków to znaczy patrzę na tablice z wypisanymi nazwami miast i odległością, i staram się nie widzieć, że do docelowego miejsca mamy jeszcze 500 km... Trzymam się myśli, że najpierw do miasta A jest 50 km, a potem kiedy miniemy miasto A, to do miasta B jest już stamtąd 30 km, i tak dalej. I w ten sposób jakoś mi ta podróż mija w miarę bezboleśnie. *^-^*



Tak samo ostatnio zrobiłam z szyciem - zamiast nastawiać się na wykonanie danej rzeczy od początku do końca za jednym posiedzeniem, robiłam małe kroczki. Do pokoju dziennego przyniosłam maszynę, papier do kopiowania, pudło z tkaninami. W związku z tym zrobił się tam bałagan, no ale cóż, mieszkanie nie jest z gumy i go nie rozciągnę, żeby uzyskać dodatkową pracownię!... Każdego dnia (albo prawie każdego, jak mi kondycja pozwalała) robiłam troszeczkę - odrysowałam wykrój z Burdy na bluzę, albo wykroiłam elementy do szycia, albo tylko zaszyłam tunel na gumkę w spódnicy i wpuściłam tę gumkę. Nic na siłę i na szybko. W związku z tym miałam satysfakcję, że coś udało mi się tego dnia zrobić, i na dzień dzisiejszy po dwóch tygodniach mam gotową jedną bluzkę i spódnicę, druga bluzka jest wycięta w kawałkach, bluzie z kapturem brakuje mankietów i dołu, a spodnie jeansowe, które dłubię powoli od zeszłego roku urosły do etapu gotowych przodów i tyłów! *^v^*



Na razie pokazuję fragmenty, bo zabieram to wszystko ze sobą na wakacje we wrześniu i tam mam nadzieję będzie piękna słoneczna pogoda do obfotografowania nowych uszytków! Na razie do Warszawy przyszła mokra i wietrzna jesień, a jak u Was?

 


 

Brak energii zmęczył mnie na tyle, że zdecydowałam jednak zrobić badania. W zeszłą środę dostałam od lekarza skierowanie - morfologia, magnez, potas, żelazo, tarczyca, w piątek rano oddałam krew a po południu już wiedziałam, co mi jest. Nie uwierzycie!!!...

Nie mam żelaza, stąd ta senność, brak siły, zawroty głowy, łapanie oddechu jak ryba po przejściu kilkudziesięciu metrów. Znam też źródło tego problemu, ale nie będę się tu nam nim rozwodzić, w każdym razie jestem pod opieką lekarza, dostałam leki i z czasem będzie dobrze! *^O^*~~~

***

W zeszłą sobotę były moje imieniny i dałam się Robertowi namówić na wizytę u fryzjera... Wiem jak dziwnie to brzmi, normalne kobiety lecą do fryzjera z własnej inicjatywy, ale nie ja. Moje włosy są niestety trudne - cienkie, puszące się i falujące w dowolnie wybrane kierunki, i naprawdę trzeba być dobrych w swoim fachu, żeby wiedzieć jak dobrze obciąć takie włosy, dlatego całe życie noszę włosy cięte na prosto, długie, bez grzywek czy cieniowania, bo po prostu trafiałam na takich partaczy, że wychodziłam z zakładu z płaczem... 

Dałam się namówić, ale powiedziałam sobie, że jak mnie Siergiej od razu posadzi na stanowisku do mycia głowy zamiast najpierw obejrzeć moje włosy na sucho, poczesać, pomyśleć - to uciekam! Na szczęście nie posadził, najpierw skonsultowaliśmy co ja bym chciała i czy się tak da, a potem zaczął pracę. Efekt na zdjęciu poniżej widzicie wstępny, bo tuż po skończeniu byłam mocno wyprostowana na szczotkach i było dziwacznie, potem jak trochę sama i z pomocą wiatru pomiąchałam włosy, i troszkę się spociłam to zaczęły wracać do swojego naturalnego stanu czyli zaczęły się kręcić.


 

A teraz to już mam aktywator do loków i żel, i spróbuję popracować nad mocniejszym skrętem, żeby uzyskać efekt, na jakim mi zależało - lekkiego falowanego bałaganu. Mam nadzieję, że mi się uda, so stay tuned! *^v^*

Na imieninowy obiad poszliśmy do włoskiej Dziurki od Klucza w Forcie 8, zawsze są tam kolejki i już wiemy dlaczego - pyszne jedzenie, błyskawiczna kompetentna miła obsługa, czego chcieć więcej? ^^*~~ Na pewno wrócimy tam na pizzę!




A propos pizzy, w niedzielę robiłam pizzę na lunch, pierwszy raz w życiu wyszły mi okrągłe!!! Natomiast co do piekarnika... Nagrzewałam piekarnik do maksymalnej temperatury czyli 280 stopni, kiedy osiągnął 277 - zgasła lampka, zatrzymał się wiatrak... Robert szybko wyłączył piecyk i zaczął przestawiać go na inne ustawienia, a ja rzuciłam się do ratowania pizzy, która już czekała na blacie do upieczenia! Włożyłam ją do szybko stygnącego piekarnika, żeby się jednak upiekła... O dziwo, po dwóch, trzech minutach piecyk się włączył!... Czyli przegrzał się, zadziałał bezpiecznik, a jak troszkę przestygł to mu się polepszyło i zaczął działać. Idiotyczna sprawa, najwyraźniej temperatura 280 stopni to tylko myślenie życzeniowe producenta, Amica nie potrafi zrobić piekarnika z prawdziwego zdarzenia. A zresztą, jak widzę reklamy tego piecyka w tv to mówią tam tylko o pieczeniu na parze, hm..... A już miałam nadzieję, że oddamy dziada do sklepu i dostaniem zwrot pieniędzy, i wreszcie kupimy porządny piekarnik innej firmy!

A pizze się na szczęście udały! *^o^*

 


 

 

Ostatnio w ogóle jadamy dużo włoskiego jedzenia, byliśmy z przyjaciółmi w Bottega del Gusto w Ursusie, pisałam już kiedyś o tym sklepie, ale jest to również restauracja z winem i pysznym jedzeniem!

 


 

A takie kolacje szykował mąż:




No i na dzisiaj tyle. Byle do września i byle się nie zaziębić w tych pluchach wietrznych, wtedy wsiadamy w samochód i uciekamy na południe! *^v^* Czego i Wam życzę!


Monday, August 09, 2021

Zimowy sen

Zapadłam w sen zimowy w środku lata. 

 


 

Nie wiem, co jest jego powodem, nic mi się nie chce - ani gotować, ani rowerować, tylko bym spała na okrągło, ale nocami nie mogę długo zasnąć. Nawet zmuszać się do niczego kreatywnego mi się nie chce, chociaż tutaj już pojawia się malutkie światełko w tunelu, bo zabrałam się za odświeżanie garderoby jesiennej - kupiłam kilka bluzek i bluz, a potem pomyślałam, że mogłabym wykorzystać resztki dresówek i jerseyów pozostałych po szyciu sukienek i sama uszyć sobie bluzki! *^v^* Wybrałam dwa wykroje i zobaczymy, co z tego będzie. Ostatni raz szyłam coś na początku lipca, kiedy Robert pojechał na cały weekend na imprezę historyczną, bo po spakowaniu jego komputerów miałam wygodny dostęp do mojego stołu do szycia. Niestety, na co dzień ten stół zajmuje jego stanowisko pracy, a czasami nawet też w weekendy, i trudno mi się rozłożyć z pracą nad szyciem gdzieś indziej, bo nie mam takiej powierzchni... Rozmawiałam o tym z przyjaciółką i zasugerowała, że może mam psychiczną blokadę do jakiejkolwiek twórczości kreatywnej bo symbolicznie straciłam moje miejsce do pracy? Kto wie, może coś w tym jest. Nic się jednak na to nie da poradzić, bo nie mamy nigdzie miejsca na dodatkowe biurko dla Roberta, musi zajmować stół do szycia w sypialni, no i bez sensu byłoby zmuszanie go do składania każdego wieczora po pracy komputerów, klawiatur, monitora, odstawianie ich sama nie wiem gdzie, żebym ja mogła poszyć po 19:00... W nowym mieszkaniu to się zmieni, ale do czasu przeprowadzki muszę sobie jakoś z tym psychicznie i logistycznie poradzić.

Za to rzuciłam się w wir sprzątania, pozbywam się rzeczy, chowam te co zostają, żeby mi nie zostały na widoku, najchętniej zamieszkałabym w kompletnie pustym pokoju w neutralnych barwach, z zamykanymi szafami na rzeczy. Wciąż kocham moje kwieciste kolorowe sukienki, ale jeśli chodzi o przedmioty w moim otoczeniu, to najchętniej przestałabym je widzieć - idealne byłyby szklane naczynia, jednobarwne meble i okładki książek na półkach, zero durnostojek i ozdobników. Chyba powinnam zrobić sobie przerwę od mediów społecznościowych, bo coś za dużo tych bodźców ostatnio miewam...

***

Remont wciąż się opóźnia i nie uwierzycie, co nam teraz przeszkodziło!..... Najpierw przez ponad miesiąc wstrzymywał nas bez sensu doradca kredytowy z Expandera - grzebał się z wyszukaniem ofert, potem miał jakieś problemy osobiste, źle nas poinformował w jednej kwestii a w pewnym momencie w ogóle zerwał się z nim kontakt... Na szczęście w innej firmie doradztwa kredytowego trafiliśmy na kompetentną panią i już prawie witaliśmy się z gąską, ale.... 

Wypełniałam papiery do księgi wieczystej i spojrzałam na odpis o nabyciu spadku po tacie.

I zamurowało mnie!!!

Na odpisie był błąd. Zadzwoniłam do sądu i niestety potwierdziłam, że błędu nie popełnił referendarz robiąc odpis ale protokolant podczas sprawy spadkowej... Wpisał on, że nabyłam prawo do spadku po Zygmuncie Janie Kostrzewa. A Kostrzewa to moje nazwisko po mężu, mój tata nazywał się zupełnie inaczej!!!..... 

Złożyłam już wniosek o sprostowanie omyłki pisarskiej, ale oczywiście sądowi poprawienie tego błędu zajmie 30 dni, a jakże!..... (coś najśmieszniejsze, taki błędny odpis wysłałam do Urzędu Skarbowego i do spółdzielni, nikt się nie zorientował, nikt nie czyta tych dokumentów?......)

(Nawet nie pytajcie, dlaczego ja tej pomyłki od razu nie zauważyłam... Nie mam pojęcia! Mózg dopisuje sobie to co mu się wydaje, rzuciłam okiem na odpis, zobaczyłam Zygmunt Jan i dalej już nie zawracałam sobie głowy sprawdzaniem, czy nazwisko ojca się zgadza...)

No więc tak to na razie wygląda. Przebolałam pierwsze załamanie i staram się już tym nie przejmować, w końcu nigdzie nam się nie spieszy, mamy dach nad głową, widocznie tak musiało być i się opóźnić.

***

Pierwszy raz wyszliśmy z domu na miasto, poszliśmy do czeskiej piwiarni a potem do klubokawiarni na koncert piosenek kryminalnych zespołu N/N, w którym gra nasz kolega. ^^*~~ Nawet byłam zaskoczona, bo był piątkowy wieczór a ludzi w tych dwóch miejscach była umiarkowana ilość. Nie wiem, może tłumy gromadzą się na bulwarach nad Wisłą? Tydzień później spotkałam się z przyjaciółką w restauracji i mimo środy tam już było więcej ludzi. W każdym razie, to był bardzo przyjemny powrót do rzeczywistości.

 


 

Z innych atrakcji w lipcu mieliśmy jeszcze awarię hydrauliczną, wizytę z Fukim u weterynarza i włamanie do piwnicy, na szczęście awaria została usunięta i wygląda na to, że z Fukim idzie ku poprawie. Piwniczny złodziej przepiłował kółko od skobla i niczego nam nie ukradł (bo też nic cennego tam nie przechowujemy) poza ... kłódką!!! >< Lipiec był też miesiącem oglądania sumo i Igrzysk Olimpijskich, śledziliście występy naszych sportowców? *^v^*

***

Zarezerwowaliśmy wakacje, trzymajcie kciuki żeby do początku września nie było czwartej fali! Tym razem spróbujemy spędzić urlop całkowicie w Czechach i nadrobić to co nie udało nam się zrobić w zeszłym roku. Na Japonię wciąż nie ma szans, chociaż jesteśmy w blokach startowych i jak tylko otworzą granicę to lecimy!!! *^0^*


***

Chciałabym Wam jeszcze coś polecić, bo trafiłam na pyszności! Lubicie miód? Ja kocham miłością wielką i zawsze w domu jest kilka słoików różnych odmian miodu. Kupujemy tylko polski miód z oznaczonych pasiek, a ponieważ nasza miodowa budka na bazarku miała wakacyjny urlop akurat wtedy gdy nam się pokończyły zapasy, kupiłam miód online. 

 


 

Znalazłam ich przypadkiem, poprzez jakąś reklamę na Instagramie, Pasieki Sadowskich to miody z upraw na Mazowszu i Kujawach, oferują czyste miody ale też mieszanki z owocami oraz coś co pokochałam od pierwszej łyżeczki - miód z cytryną!!! *^O^* Smaruję nim chleb z masłem, dodaję do herbaty a najchętniej zajadam łyżeczką ze słoika. ^^*~~ Zrobiłam od nich już dwa zamówienia i na pewno będę tam robić zakupy w przyszłości. Znalazłam też drugą ciekawą firmę sprzedającą miody i miody smakowe, i zamierzam też ją przetestować.

Tyle na dzisiaj ode mnie, pomyślałam, że dam znać, że u nas wszystko w porządku. Do następnego razu! *^o^*~~~

Thursday, July 08, 2021

Upał...

 

Świetny polski film! *^-^* Znacie? Lubicie? Ja bardzo!

 

 

I kocham upały, więc aktualnie jestem w swoim naturalnym środowisku. Koty trochę zdechłe... Pewnie też bym była, gdybym cały czas chodziła w kożuchu! >0<

 


 

Czy jest mi gorąco, nie mam czym oddychać i pot płynie mi po wszystkim strumieniami? Oczywiście! Ale jestem osobą, która NIENAWIDZI, kiedy jest jej zimno, chłodno nawet, więc temperatury powyżej 30 stopni przyjmuję z całym dobrodziejstwem inwentarza. Gdyby tylko w Polsce było trochę więcej wilgotności w powietrzu, byłabym jeszcze szczęśliwsza, bo poznałam mokre jak szmata do podłogi japońskie lato i w takiej aurze oddycha mi się dużo łatwiej niż w suchym gorącym powietrzu, podejrzewam, że jeszcze fajniej byłoby mi w lesie w Amazonii. Być może mam w sobie coś z ryby?... ^^*~~

 

 

Jak jest upał, to trochę mi się nie chce. Gotować, piec, chleb ostatnio kupuję, o ile nie piekę foccacii, bo nie chce mi się stać pół dnia w kuchni i wyrabiać, i zagniatać, a potem godzinę grzać mieszkanie piekarnikiem. Za to co tydzień jest pizza, bo tu akurat ciasto robi się w zasadzie samo przez 24 godziny a pieczenie trwa kilka minut! Kupiłam drugi dzbanek do tego mniejszego, który już miałam i nastawiam kawę cold brew - bardzo lubię z mlekiem owsianym ale też z plastrem pomarańczy, zaskakujące, wiem, ale pyszne! ^^*~~ Sypiemy kostki lody do kubków termicznych i zalewamy wodą, i wypijamy dziennie morze wody - przy okazji polecam bardzo ten sposób na wypijanie dużej ilości wody! Kiedy sypałam sobie lód do szklanki i zalewałam wodą, to jakoś mnie to wcale do picia nie zachęcało, a kiedy woda jest tak samo chłodna przez 12 godzin to ciągle po nią sięgam i dopełniam nowe porcje. *^o^* (oczywiście ona nie stoi 12 godzin, bo znika błyskawicznie we mnie, ^-^,  ale mogę sobie zrobić wodę z lodem na noc, i rano jest tak samo chłodna jak była wieczorem)

Zjedliśmy już ostatnią porcję szparagów w risotto, następne za rok!



Zrobiłam chińską pomidorową z jajkiem, a Robert zakrzyknął "Dlaczego mnie tak ciągle nie karmisz?!...", no więc chyba smakowała, to dzielę się pomysłem. *^0^*

- usuń skórkę z 5-ciu dużych dojrzałych pomidorów, pokrój je w kostkę, podsmaż chwilę na oleju z dodatkiem zmiażdżonego ząbka czosnku przez około minutę  

- osobno ugotuj makaron, odcedź (u nas japoński somen)


- do pomidorów dodaj 1,5 szkl. bulionu, 1 Ł sosu sojowego, 1 Ł cukru, garść yuby (suszony kożuch z mleka sojowego, źródło białka i smaku! ^^*~~),  gotuj kilka minut 

- zrób łyżką w zupie wir i wlej powoli dwa roztrzepane jajka, dodaj sól i pieprz do smaku, podaj z makaronem posypane szczypiorkiem

Smacznego! 


O sprawach mieszkaniowych na razie nie będzie, bo nic nowego się nie wydarzyło. Załatwiamy kwestie kredytowe i czekamy na decyzje banków, niestety może być tak, że nie zaczniemy remontu przez kilka dobrych miesięcy, bo w grę wchodzą zmiany w księdze wieczystej, które podobno teraz trwają... DZIEWIĘĆ MIESIĘCY!!!..... *^H^*


Za to w zeszły weekend Robert wyjechał pierwszy raz od dwóch lat na imprezę historyczną, a ja zebrałam jego komputery z mojego stołu krawieckiego i usiadłam do szycia! *^V^* Miałam wyciętą jedną parę spodni i wyciętą częściowo zszytą sukienkę, a dodatkowo Robert poprosił mnie o przeróbkę w swoich spodenkach. I nawet całkiem produktywnie spędziłam ten czas! *^v^*

 


 

Sukienkę już znacie, to Burda wydanie 05/2009 i model 123, tutaj oczywiście wersja zmodyfikowana -  dekolt tym razem jest łagodnym owalem zamiast szpica a rękawy straciły bufki, za to dostały długości poza łokcie. ^^*~~

 



 

Materiał to interlock bawełniany drukowany na zamówienie w Cotton Bee, całkiem przyjemny w pracy i w noszeniu, chociaż nie jest aż tak elastyczny jak jersey czy dresówka. A zdjęcia w pełnym słońcu, więc słabo widać wzór, ale widać kształt, a zbliżenie na materiał macie tutaj (przy okazji możecie zobaczyć spodnie z dresówki, którym brakuje tylko gumki w pasie, ale to nie jest strój na aktualną pogodę, więc zdjęcia na ludziu pojawią się w stosownym czasie! ^^*~~):

 


 

Na dzisiaj tyle, idę pić wodę, leżeć przed wiatrakiem, oglądać lipcowy turniej sumo i planować nową sukienkę, na którą inspiracja przyszła do mnie z Instagrama. *^v^*


Tuesday, June 22, 2021

17 lat minęło jak jeden dzień!

Tak w ogóle, to 29, ale od dnia ślubu 17 lat nam minęło! *^V^*

 


 

W związku z tym zdecydowaliśmy wyrwać się na chwilę z Warszawy i pojechaliśmy na weekend do Kazimierza Dolnego. Nigdy tam nie byłam, Robert tylko przejazdem, a to takie piękne miasteczko!!! *^0^* Oczywiście, ultra-turystyczne, więc po pierwsze, należy się nastawić na tłumy wszędzie, szczególnie latem i w weekendy, co na przykład oznacza, że niesamowicie trudno znaleźć miejsce parkingowe. Są miejskie parkingi, są prywatne na podwórkach, wszystko płatne, a kiedy rezerwujecie pokój na kwaterach prywatnych to koniecznie upewnijcie się, że zapewniają miejsca parkingowe, bo nie wszyscy to robią, a potem może być bieda (my mieliśmy takie miejsce). Pierwszy raz byłam w miejscu, gdzie naprawdę NIE MA gdzie zaparkować na dziko, na piątego, tylko się przytulę na chwilę. Uliczki są wąskie, płoty posesji dochodzą do chodnika albo jezdni, wszędzie zobaczymy tabliczki z zakazem parkowania. I dobrze, bo inaczej całe to piękne miasteczko byłoby zaklejone samochodami!...

 


 

Kiedy szukaliśmy noclegu zależało nam na odrobinie dorosłego minimalistycznego fajnego luksusu, w końcu to była nasza rocznica ślubu! Cena w zasadzie nie grała roli, chcieliśmy dać się trochę porozpieszczać przez dwie noce. I tu było nasze pierwsze zdziwienie - w Kazimierzu nie za bardzo istnieje coś takiego jak luksusowy butikowy hotel... Szukaliśmy na agoda.com i booking.com, na jakichś polskich serwisach noclegowych, szukaliśmy po mapie wybierając co nam się wyświetliło... Niezależnie czy był to duży hotel czy pokoje do wynajęcia, wystrój przeważnie był obrzydliwy - seledynowe lub pomarańczowe ściany, dywany i pościel w obrzydliwe mazaje albo meble jak pozbierane na wyprzedaży garażowej, paździerz i tandeta. Czy Polakom jest naprawdę wszystko jedno, w jakich warunkach spędzają wakacje/wolne dni?... *^n^*  Udało nam się wyszukać dwa miejsca oferujące przyjemne dla oka apartamenty, i w jednym z nich zarezerwowaliśmy pokój, mianowicie w Marine Rooms

 

 

Poniżej widok na nasz taras z bulwaru nad Wisłą, który widzicie na zdjęciu powyżej. ^^*~~



Nasz apartament miał 21 m kw, taras wychodzący na Wisłę, klimatyzację, ogólnie był super tylko miał jedną zmorę polskich hoteli i kwater do wynajęcia - dwa pojedyncze zsunięte łóżka z miękkimi materacami, które rozsuwały się przy najmniejszym poruszeniu się! (tak, zarówno łóżka się rozjeżdżały jak i materace odpływały z łóżek!...) Tego nie potrafimy zrozumieć, co jest z tymi pojedynczymi łóżkami... To nie był pokój dla rodziny z dzieckiem, tylko apartament dla pary, dlaczego nie można było tam wstawić normalnego podwójnego łóżka? A poduszki to już w ogóle zaczniemy wozić swoje, bo my śpimy na profilowanych poduszkach zapewniających podparcie dla szyi i stabilizację głowy, a w hotelach i kwaterach prywatnych przeważnie trafiają się płaskie placki z luźnymi gulami wypełnienia w poszewce...

 





 

Nasze drugie zdziwienie związane z Kazimierzem - w piątek wieczór restauracje były pustawe, w sobotę bardziej zapełnione, ale bez problemu mieliśmy stolik w restauracji przy rynku o godz. 18:00. Nasze podejrzenia potwierdziła pani z recepcji hotelu - do Kazimierza walą tłumy głównie w sobotę w trakcie dnia i w niedzielę od rana, nie są to nocujący, tylko odwiedzający na pół dnia. Nie polecam wycieczki do Kazimierza w niedzielę po 12:00 samochodem, bo raz, że są tam wtedy tłumy, a dwa - na parkingach już szpilki się nie wciśnie! My wtedy właśnie wracaliśmy do domu. ^^*~~




Z restauracjami była inna zabawna historia - znalazłam dla nas dwa miejsca podające kuchnię żydowską (Bajgiel, U Fryzjera) i postanowiłam zrobić rezerwację. Obydwie restauracje mają strony internetowe a na nich system rezerwacji online, więc super! Wypełniłam dane, wysyłam - strona Bajgla ani drgnie... Dzwonię pod podany numer telefonu i mówię, że kliknęłam, ale nic się nie wydarzyło, a pan mi odpowiada, że... "a taaaaak... to nie działa, proszę pani..."

...

Wiedzą o tym, i nic z tym nie robią!

"A na kiedy chce pani stolik? Na sobotę po 18:00? To na pewno będą miejsca, bo obłożenie mamy między 12:00 a 16:00" - i rzeczywiście był!

U Fryzjera było inaczej - wypełniłam dane rezerwacji, klikam, poszło! Czekam na potwierdzenie. Kiedy minęła doba i nic się nie wydarzyło, w piątek już z drogi zadzwoniłam do nich i mówię, że nie mam potwierdzenia rezerwacji a pani mi na to "ach, tak, bo to szef ma dostęp do komputera ale on wyjechał i nic nam nie przekazuje"....  

No powiedzcie mi, jak można w ten sposób robić biznes?!!!......

Jeśli chodzi o jedzenie - U Fryzjera mamy mieszankę kuchni staropolskiej i żydowskiej, my wzięliśmy śledzie siekane po żydowsku (z jajkiem na twardo, bardzo smaczne), gęsie pipki z ziemniaczkami i mizerią, i kreplach z wołowiną, z cymesem i farfelkami. Jedzenie poprawne, do lubelskiej Mandragory mu daleko, ale niestety już zawsze będziemy do niej robić porównania, bo to według nas modelowa restauracja żydowska, pod wieloma względami!

 


 

W Bajglu zamówiliśmy na przystawkę również śledzia, tym razem śledziki cackies - kawałki śledzia matias ze złocistą cebulką smażoną na gęsim smalcu, w zalewie nalewkowo-miodowo-cytrynowej z bakaliami, podane z macą i chałką. Potem wybraliśmy pierś gęsią pieczoną i kaczkę duszoną w rosole z sosem wiśniowym - bardzo fajny pomysł, bo była mięciutka! Na deser wzięliśmy paschę. Wszystko było pyszne, ale znowu powtórzę - wciąż tęsknimy za lubelską Mandragorą... *^0^*

 



 

Ceny w restauracjach wysoko warszawskie... Nie wiem, jakie były kiedyś i czy jest to efekt odbijania sobie po zamknięciu koronawirusowym, czy zawsze tak było. W każdym razie, trochę mnie to zaskoczyło. Natomiast dużym plusem było w obydwu miejscach to, że w tle leciała muzyka dostosowana stylem do miejsca (polskie przeboje z lat 90-tych, muzyka żydowska), i to w takiej przyjemnej głośności, że było ją słychać ale nie trzeba było się z nią przekrzykiwać podczas rozmowy. *^o^*

Śniadania jedliśmy w Botanice (nie polecamy, drogo i ogólnie średnio, trzy półtosty to całe pieczywo, jakie każdy z nas dostał do śniadania, nie licząc kawałka suchego placka drożdżowego...) i w piekarni Sarzyński - tu zdecydowanie lepiej, zarówno jakościowo jak i cenowo! 

 

 

 

Kazimierz jest bardzo ładny, zadbany, jest pełno pięknych domów. Widać, że mieszkają tam ludzie, którym zależy na tym, jak wygląda ich podwórko i ich miasteczko. Sporo się tam dzieje - wystawy obrazów, koncerty, nie tylko plastikowa tandeta dla turystów (co oczywiście też znajdziemy). W sobotę zrobiliśmy sobie 5-kilometrowy spacer, najpierw uliczkami Kazimierza a potem krótki kawałek przez las i powrót nad jednym z kazimierskich wąwozów. Jest jeszcze spora część miasta, której nie widzieliśmy, upał trochę dał nam się we znaki i wróciliśmy do klimatyzowanego pokoju na sjestę wcześniej niż planowaliśmy. Robiliśmy mało zdjęć, chyba potrzebowaliśmy się trochę oderwać od codzienności i po prostu pobyć w danym momencie i chłonąć otaczającą nas rzeczywistość bez jej ciągłego dokumentowania. 

 






 

Przy okazji utwierdziliśmy się w przekonaniu, że klimatyzacja w nowym mieszkaniu to świetny pomysł! *^v^* Teraz mamy tylko wiatraki, fajna sprawa, ale to jednak nie to samo. W nowy tydzień weszłam z jakąś energią sama nie wiem skąd, chyba to słońce i upały tak mi naładowały akumulatory!