Thursday, July 08, 2021

Upał...

 

Świetny polski film! *^-^* Znacie? Lubicie? Ja bardzo!

 

 

I kocham upały, więc aktualnie jestem w swoim naturalnym środowisku. Koty trochę zdechłe... Pewnie też bym była, gdybym cały czas chodziła w kożuchu! >0<

 


 

Czy jest mi gorąco, nie mam czym oddychać i pot płynie mi po wszystkim strumieniami? Oczywiście! Ale jestem osobą, która NIENAWIDZI, kiedy jest jej zimno, chłodno nawet, więc temperatury powyżej 30 stopni przyjmuję z całym dobrodziejstwem inwentarza. Gdyby tylko w Polsce było trochę więcej wilgotności w powietrzu, byłabym jeszcze szczęśliwsza, bo poznałam mokre jak szmata do podłogi japońskie lato i w takiej aurze oddycha mi się dużo łatwiej niż w suchym gorącym powietrzu, podejrzewam, że jeszcze fajniej byłoby mi w lesie w Amazonii. Być może mam w sobie coś z ryby?... ^^*~~

 

 

Jak jest upał, to trochę mi się nie chce. Gotować, piec, chleb ostatnio kupuję, o ile nie piekę foccacii, bo nie chce mi się stać pół dnia w kuchni i wyrabiać, i zagniatać, a potem godzinę grzać mieszkanie piekarnikiem. Za to co tydzień jest pizza, bo tu akurat ciasto robi się w zasadzie samo przez 24 godziny a pieczenie trwa kilka minut! Kupiłam drugi dzbanek do tego mniejszego, który już miałam i nastawiam kawę cold brew - bardzo lubię z mlekiem owsianym ale też z plastrem pomarańczy, zaskakujące, wiem, ale pyszne! ^^*~~ Sypiemy kostki lody do kubków termicznych i zalewamy wodą, i wypijamy dziennie morze wody - przy okazji polecam bardzo ten sposób na wypijanie dużej ilości wody! Kiedy sypałam sobie lód do szklanki i zalewałam wodą, to jakoś mnie to wcale do picia nie zachęcało, a kiedy woda jest tak samo chłodna przez 12 godzin to ciągle po nią sięgam i dopełniam nowe porcje. *^o^* (oczywiście ona nie stoi 12 godzin, bo znika błyskawicznie we mnie, ^-^,  ale mogę sobie zrobić wodę z lodem na noc, i rano jest tak samo chłodna jak była wieczorem)

Zjedliśmy już ostatnią porcję szparagów w risotto, następne za rok!



Zrobiłam chińską pomidorową z jajkiem, a Robert zakrzyknął "Dlaczego mnie tak ciągle nie karmisz?!...", no więc chyba smakowała, to dzielę się pomysłem. *^0^*

- usuń skórkę z 5-ciu dużych dojrzałych pomidorów, pokrój je w kostkę, podsmaż chwilę na oleju z dodatkiem zmiażdżonego ząbka czosnku przez około minutę  

- osobno ugotuj makaron, odcedź (u nas japoński somen)


- do pomidorów dodaj 1,5 szkl. bulionu, 1 Ł sosu sojowego, 1 Ł cukru, garść yuby (suszony kożuch z mleka sojowego, źródło białka i smaku! ^^*~~),  gotuj kilka minut 

- zrób łyżką w zupie wir i wlej powoli dwa roztrzepane jajka, dodaj sól i pieprz do smaku, podaj z makaronem posypane szczypiorkiem

Smacznego! 


O sprawach mieszkaniowych na razie nie będzie, bo nic nowego się nie wydarzyło. Załatwiamy kwestie kredytowe i czekamy na decyzje banków, niestety może być tak, że nie zaczniemy remontu przez kilka dobrych miesięcy, bo w grę wchodzą zmiany w księdze wieczystej, które podobno teraz trwają... DZIEWIĘĆ MIESIĘCY!!!..... *^H^*


Za to w zeszły weekend Robert wyjechał pierwszy raz od dwóch lat na imprezę historyczną, a ja zebrałam jego komputery z mojego stołu krawieckiego i usiadłam do szycia! *^V^* Miałam wyciętą jedną parę spodni i wyciętą częściowo zszytą sukienkę, a dodatkowo Robert poprosił mnie o przeróbkę w swoich spodenkach. I nawet całkiem produktywnie spędziłam ten czas! *^v^*

 


 

Sukienkę już znacie, to Burda wydanie 05/2009 i model 123, tutaj oczywiście wersja zmodyfikowana -  dekolt tym razem jest łagodnym owalem zamiast szpica a rękawy straciły bufki, za to dostały długości poza łokcie. ^^*~~

 



 

Materiał to interlock bawełniany drukowany na zamówienie w Cotton Bee, całkiem przyjemny w pracy i w noszeniu, chociaż nie jest aż tak elastyczny jak jersey czy dresówka. A zdjęcia w pełnym słońcu, więc słabo widać wzór, ale widać kształt, a zbliżenie na materiał macie tutaj (przy okazji możecie zobaczyć spodnie z dresówki, którym brakuje tylko gumki w pasie, ale to nie jest strój na aktualną pogodę, więc zdjęcia na ludziu pojawią się w stosownym czasie! ^^*~~):

 


 

Na dzisiaj tyle, idę pić wodę, leżeć przed wiatrakiem, oglądać lipcowy turniej sumo i planować nową sukienkę, na którą inspiracja przyszła do mnie z Instagrama. *^v^*


Tuesday, June 22, 2021

17 lat minęło jak jeden dzień!

Tak w ogóle, to 29, ale od dnia ślubu 17 lat nam minęło! *^V^*

 


 

W związku z tym zdecydowaliśmy wyrwać się na chwilę z Warszawy i pojechaliśmy na weekend do Kazimierza Dolnego. Nigdy tam nie byłam, Robert tylko przejazdem, a to takie piękne miasteczko!!! *^0^* Oczywiście, ultra-turystyczne, więc po pierwsze, należy się nastawić na tłumy wszędzie, szczególnie latem i w weekendy, co na przykład oznacza, że niesamowicie trudno znaleźć miejsce parkingowe. Są miejskie parkingi, są prywatne na podwórkach, wszystko płatne, a kiedy rezerwujecie pokój na kwaterach prywatnych to koniecznie upewnijcie się, że zapewniają miejsca parkingowe, bo nie wszyscy to robią, a potem może być bieda (my mieliśmy takie miejsce). Pierwszy raz byłam w miejscu, gdzie naprawdę NIE MA gdzie zaparkować na dziko, na piątego, tylko się przytulę na chwilę. Uliczki są wąskie, płoty posesji dochodzą do chodnika albo jezdni, wszędzie zobaczymy tabliczki z zakazem parkowania. I dobrze, bo inaczej całe to piękne miasteczko byłoby zaklejone samochodami!...

 


 

Kiedy szukaliśmy noclegu zależało nam na odrobinie dorosłego minimalistycznego fajnego luksusu, w końcu to była nasza rocznica ślubu! Cena w zasadzie nie grała roli, chcieliśmy dać się trochę porozpieszczać przez dwie noce. I tu było nasze pierwsze zdziwienie - w Kazimierzu nie za bardzo istnieje coś takiego jak luksusowy butikowy hotel... Szukaliśmy na agoda.com i booking.com, na jakichś polskich serwisach noclegowych, szukaliśmy po mapie wybierając co nam się wyświetliło... Niezależnie czy był to duży hotel czy pokoje do wynajęcia, wystrój przeważnie był obrzydliwy - seledynowe lub pomarańczowe ściany, dywany i pościel w obrzydliwe mazaje albo meble jak pozbierane na wyprzedaży garażowej, paździerz i tandeta. Czy Polakom jest naprawdę wszystko jedno, w jakich warunkach spędzają wakacje/wolne dni?... *^n^*  Udało nam się wyszukać dwa miejsca oferujące przyjemne dla oka apartamenty, i w jednym z nich zarezerwowaliśmy pokój, mianowicie w Marine Rooms

 

 

Poniżej widok na nasz taras z bulwaru nad Wisłą, który widzicie na zdjęciu powyżej. ^^*~~



Nasz apartament miał 21 m kw, taras wychodzący na Wisłę, klimatyzację, ogólnie był super tylko miał jedną zmorę polskich hoteli i kwater do wynajęcia - dwa pojedyncze zsunięte łóżka z miękkimi materacami, które rozsuwały się przy najmniejszym poruszeniu się! (tak, zarówno łóżka się rozjeżdżały jak i materace odpływały z łóżek!...) Tego nie potrafimy zrozumieć, co jest z tymi pojedynczymi łóżkami... To nie był pokój dla rodziny z dzieckiem, tylko apartament dla pary, dlaczego nie można było tam wstawić normalnego podwójnego łóżka? A poduszki to już w ogóle zaczniemy wozić swoje, bo my śpimy na profilowanych poduszkach zapewniających podparcie dla szyi i stabilizację głowy, a w hotelach i kwaterach prywatnych przeważnie trafiają się płaskie placki z luźnymi gulami wypełnienia w poszewce...

 





 

Nasze drugie zdziwienie związane z Kazimierzem - w piątek wieczór restauracje były pustawe, w sobotę bardziej zapełnione, ale bez problemu mieliśmy stolik w restauracji przy rynku o godz. 18:00. Nasze podejrzenia potwierdziła pani z recepcji hotelu - do Kazimierza walą tłumy głównie w sobotę w trakcie dnia i w niedzielę od rana, nie są to nocujący, tylko odwiedzający na pół dnia. Nie polecam wycieczki do Kazimierza w niedzielę po 12:00 samochodem, bo raz, że są tam wtedy tłumy, a dwa - na parkingach już szpilki się nie wciśnie! My wtedy właśnie wracaliśmy do domu. ^^*~~




Z restauracjami była inna zabawna historia - znalazłam dla nas dwa miejsca podające kuchnię żydowską (Bajgiel, U Fryzjera) i postanowiłam zrobić rezerwację. Obydwie restauracje mają strony internetowe a na nich system rezerwacji online, więc super! Wypełniłam dane, wysyłam - strona Bajgla ani drgnie... Dzwonię pod podany numer telefonu i mówię, że kliknęłam, ale nic się nie wydarzyło, a pan mi odpowiada, że... "a taaaaak... to nie działa, proszę pani..."

...

Wiedzą o tym, i nic z tym nie robią!

"A na kiedy chce pani stolik? Na sobotę po 18:00? To na pewno będą miejsca, bo obłożenie mamy między 12:00 a 16:00" - i rzeczywiście był!

U Fryzjera było inaczej - wypełniłam dane rezerwacji, klikam, poszło! Czekam na potwierdzenie. Kiedy minęła doba i nic się nie wydarzyło, w piątek już z drogi zadzwoniłam do nich i mówię, że nie mam potwierdzenia rezerwacji a pani mi na to "ach, tak, bo to szef ma dostęp do komputera ale on wyjechał i nic nam nie przekazuje"....  

No powiedzcie mi, jak można w ten sposób robić biznes?!!!......

Jeśli chodzi o jedzenie - U Fryzjera mamy mieszankę kuchni staropolskiej i żydowskiej, my wzięliśmy śledzie siekane po żydowsku (z jajkiem na twardo, bardzo smaczne), gęsie pipki z ziemniaczkami i mizerią, i kreplach z wołowiną, z cymesem i farfelkami. Jedzenie poprawne, do lubelskiej Mandragory mu daleko, ale niestety już zawsze będziemy do niej robić porównania, bo to według nas modelowa restauracja żydowska, pod wieloma względami!

 


 

W Bajglu zamówiliśmy na przystawkę również śledzia, tym razem śledziki cackies - kawałki śledzia matias ze złocistą cebulką smażoną na gęsim smalcu, w zalewie nalewkowo-miodowo-cytrynowej z bakaliami, podane z macą i chałką. Potem wybraliśmy pierś gęsią pieczoną i kaczkę duszoną w rosole z sosem wiśniowym - bardzo fajny pomysł, bo była mięciutka! Na deser wzięliśmy paschę. Wszystko było pyszne, ale znowu powtórzę - wciąż tęsknimy za lubelską Mandragorą... *^0^*

 



 

Ceny w restauracjach wysoko warszawskie... Nie wiem, jakie były kiedyś i czy jest to efekt odbijania sobie po zamknięciu koronawirusowym, czy zawsze tak było. W każdym razie, trochę mnie to zaskoczyło. Natomiast dużym plusem było w obydwu miejscach to, że w tle leciała muzyka dostosowana stylem do miejsca (polskie przeboje z lat 90-tych, muzyka żydowska), i to w takiej przyjemnej głośności, że było ją słychać ale nie trzeba było się z nią przekrzykiwać podczas rozmowy. *^o^*

Śniadania jedliśmy w Botanice (nie polecamy, drogo i ogólnie średnio, trzy półtosty to całe pieczywo, jakie każdy z nas dostał do śniadania, nie licząc kawałka suchego placka drożdżowego...) i w piekarni Sarzyński - tu zdecydowanie lepiej, zarówno jakościowo jak i cenowo! 

 

 

 

Kazimierz jest bardzo ładny, zadbany, jest pełno pięknych domów. Widać, że mieszkają tam ludzie, którym zależy na tym, jak wygląda ich podwórko i ich miasteczko. Sporo się tam dzieje - wystawy obrazów, koncerty, nie tylko plastikowa tandeta dla turystów (co oczywiście też znajdziemy). W sobotę zrobiliśmy sobie 5-kilometrowy spacer, najpierw uliczkami Kazimierza a potem krótki kawałek przez las i powrót nad jednym z kazimierskich wąwozów. Jest jeszcze spora część miasta, której nie widzieliśmy, upał trochę dał nam się we znaki i wróciliśmy do klimatyzowanego pokoju na sjestę wcześniej niż planowaliśmy. Robiliśmy mało zdjęć, chyba potrzebowaliśmy się trochę oderwać od codzienności i po prostu pobyć w danym momencie i chłonąć otaczającą nas rzeczywistość bez jej ciągłego dokumentowania. 

 






 

Przy okazji utwierdziliśmy się w przekonaniu, że klimatyzacja w nowym mieszkaniu to świetny pomysł! *^v^* Teraz mamy tylko wiatraki, fajna sprawa, ale to jednak nie to samo. W nowy tydzień weszłam z jakąś energią sama nie wiem skąd, chyba to słońce i upały tak mi naładowały akumulatory! 

 



Monday, June 14, 2021

Projekt: remont III i dużo jedzenia

Zaczynamy od deseru (lody), bo jesteśmy dorośli i kto nam zabroni?!... *^0^*

 


Ale teraz śniadanie, proszę bardzo! *^v^* Boczniaki podsmażone na czosnku, do tego szpinak, jajka, po zdjęciu z gazu: szynka parmeńska porwana i rzucona na wierzch i pomidory z oliwą i bazylią.




Drugi tydzień czerwca minął przede wszystkim pod znakiem drugiej dawki szczepionek.  Robert miał dostać swoją w piątek a ja w sobotę, ale moja wizyta została przeniesiona na środę. Tak samo jak po pierwszej dawce, tylko trochę nam zdrętwiały ręce, ale nie mieliśmy żadnych silnych efektów ubocznych. Czuliśmy się nawet lepiej niż po pierwszej dawce! *^v^*

I teraz domagam się otwarcia dla nas japońskiej granicy!!! ^^*~~


 

Przy okazji, tak wygląda fragment parkingu pod prywatną lecznicą w Sochaczewie, gdzie byłam na szczepionce... Ford tu zaparkowany przywiózł osobę na wózku inwalidzkim, więc jak najbardziej miał prawo stanąć w tym miejscu, pod znakiem. Jednak... ktoś bezmyślnie ustawił pod tym samym znakiem parkingu dla niepełnosprawnych wzdłuż rampy podjazdowej stojaki na rowery! Oto polska myśl architektoniczna!...

 


W piątek ubraliśmy się ładnie *^n^* i pojechaliśmy na spotkanie z panią architekt. 



Było ciekawe, chociaż... chyba należą się jej z mojej strony dodatkowe przeprosiny, bo zbyt radykalnie odrzuciłam jej pomysły na łazienkę... >0< No bo tak, rozumiem, że chciała dobrze, ale projektowała nie znając naszych potrzeb i nie trafiła zupełnie! Pokazała nam trzy pomysły przebudowy kawałka mieszkania, ale każdy z nich zawierał przeniesienie wc do łazienki (teraz jest w osobnym pomieszczeniu) i zmniejszenie sypialni (co w ogóle nie wchodzi w grę, bo w sypialni mam już "wstawioną" szafę, łóżko i komody, i miejsce jest wyliczone co do centymetra!). Nie mówiąc o tym, że na każdym planie był prysznic z brodzikiem a my chcemy po prostu odpływ w podłodze a obok wannę (może być krótka byle by była głęboka!), ta koncepcja była pani nieznana i zrobiła to co uważała za najlepsze rozwiązanie. Co najśmieszniejsze, na najlepszy pomysł wpadłam ja zupełnie znienacka, bo prawdopodobnie wystarczy przesunąć drzwi o 10-15 cm w prawo na tej ścianie na której już są, i wszystko nam się ładnie zmieści, nie trzeba będzie burzyć i budować ścian, ruszać wc ani zmniejszać sypialni. *^w^* Teraz nastąpi dłuższa przerwa w sprawach remontowych, bo my musimy załatwić trochę formalności a firma remontowa musi doprecyzować kosztorys pierwszej części prac, czyli kolejne wpisy remontowe zapewne pojawią się w lipcu.

Acha, najważniejsza wiadomość - można burzyć ścianę i zakładać klimatyzację!!! *^0^* Dostałam wytyczne ze spółdzielni i mam ochotę zrobić kilka zdjęć na osiedlu i zapytać, czy mieszkańcy tych mieszkać mają właściwie założone klimatyzatory PONIŻEJ linii barierki balkonu jak stoi w wytycznych... Bo raczej nie mają, pewnie nawet wcale nie pytali, czy wolno... WSZYSTKIE klimatyzatory wiszą wysoko obok drzwi balkonowych, niemalże na linii sufitu danego mieszkania. No, ale cóż...

 

Dodatkowo, taka moja refleksja a propos tego piątku - w ogóle w tym roku nie noszę sukienek i pantofli... Przed erą rowerów naszą aktywnością fizyczną poza domem były długie spacery, a na spacer iść w sukience można jak najbardziej! A od kiedy wszędzie jeździmy na rowerach - na wycieczki i na zakupy, nawet nie sięgam do szafy z sukienkami bo wiadomo, że muszę założyć coś wygodnego (legginsy lub spodenki) ze sportowych tkanin, bo z Robertem jeździ się żwawo i szybko będę spocona na wylot. Tak więc, wypatruję tych dni "sukienkowych" jak kania dżdżu, i w tym tygodniu takie dni przydarzyły się aż dwa! Środa, czyli wyprawa samochodem na moją szczepionkę do Sochaczewa, oraz piątek - czyli wizyta w siedzibie Gotowego Mieszkania i zaraz potem wyprawa samochodem na szczepienie Roberta do Milanówka. (nie pytajcie, dlaczego trafiły nam się szczepienia poza Warszawą, tak wyszło, a i tak się cieszę, bo prawie jechałam do Radomia...) 

Po szczepieniu pojechaliśmy na obiad do Osterii Piemonte w Ursusie. Byliśmy w restauracji pierwszy raz od października i czuliśmy się dziwnie... *^0^* 

 



 

Zupy średnie... (ta zielonkawa to miał być krem ze szparagów), ale lasagna i agnolotti pyszne!!!

 


A potem były zakupy i deser w Bottega del Gusto, po sąsiedzku. ^^*~~ (przy okazji, jakby Wasi panowie szukali kaszkietów, to polecamy polską firmę z tradycjami Sterkowski, Robert nosi ich kaszkiety od lat, a teraz kupił nowy lniany model na lato!)

 


No i taki to był tydzień. Pogoda się poprawia, zaczęliśmy regularnie włączać wiatrak bo skradają się upały. Regularnie jadamy już szparagi i truskawki, i teraz czekam na polskie słodziutkie czereśnie. *^v^* Przypominam pomysł na pyszny wegański obiad - makaron ze szparagami, grzybami i kremowym sosem z tofu, przepis od Vegan Richa.

 


Poza tym jadamy dużo japońszczyzny, na przykład taki lunch - na ryżu ugotowanym z grzybami mun jest tuńczyk z puszki z majonezem, a kukurydzę najpierw ugotowałam, a potem zgrillowałam, smarując masłem i sosem sojowym. Szparagi lądują nawet w zupie miso, a w sobotę zawinęłam je w plastry włoskiej szynki i zalałam galaretą! *^o^*

 


Nawet na śniadanie w Konstancinie najfajniej jest zabrać domowe onigiri! ^^*~~ (No, tęsknię za tą Japonią jak szalona, nic na to nie mogę poradzić... Oglądam ją, zjadam, nawet mi się śni. Wiem, kiedyś znowu tam pojedziemy. Niech już będzie kiedyś!!!)

 



Na koniec informacja z podwodnego świata - japońscy naukowcy odkryli nowy gatunek meduzy - ma 1 cm średnicy, cztery macki, jest prawie przezroczysta i nazwali ją Wataboshi (綿帽子), od nazwy kobiecego ślubnego nakrycia głowy, które rzeczywiście przypomina! ^^*~~

 

 

A na sam koniec - nie uwierzycie, ale... w zeszłym tygodniu padła nam grzałka od suszarki w pralko-suszarce kupionej w styczniu i czekamy na kontakt z serwisem.... Tu przynajmniej urządzenie jest inteligentnie zaprojektowane i pokazało kod usterki, więc nie trzeba będzie szukać, co się zepsuło. Zaczynam się bać kupowania sprzętów agd!!!

Monday, June 07, 2021

Projekt:remont II i no to czerwiec!

Szparagi wciąż w natarciu, poniżej śniadanie - grzanka, na niej grillowane szparagi, jajka sadzone, boczek, wszystko posypane serem sirene i koperkiem. ^^*~~


 

Na stole pojawił się też pierwszy chłodnik - na bulionie z kurczaka (bo Robert lubi w chłodniku mięsko, zazwyczaj gotuję na cielęcinie, ale w Auchan nie było żadnych zupowych kawałków cielęciny, same sznycle i kotlety), botwinka, rzodkiewki, koperek, maślanka i jajka na twardo. Będą też inne chłodniki - ogórkowy bułgarski tarator z orzechami włoskimi, będzie koreański oinaengguk, japońska hiyajiru. Jeden z symboli nadchodzącego lata. *^o^*

Jak robicie chłodniki? Podzielcie się pomysłami. ^^*~~


 

A jak mam gorszy dzień, to rzucam się w wir gotowania rzeczy bardziej skomplikowanych żeby zająć głowę i ręce, na przykład robię domowy makaron, a do niego sos z pieczonych pomidorków koktajlowych (zblanszować przed pieczeniem i pozbawić skórki!) z klopsikami i peccorino. Przepis na sos z książki "Jamie cooks Italy", już go kiedyś robiłam i teraz sobie o nim przypomniałam. ^^*~~

 



***

Myślałam ostatnio o mieszkaniu po moich rodzicach - patrzę na zdjęcie kuchni i wcale nie czuję, że to był kiedyś mój dom! A dlaczego? Bo takiego wystroju kuchnia nabrała jakieś 15 lat temu, kiedy ja już dawno tam nie mieszkałam. "Moja" kuchnia była cała wyłożona jasną boazerią, szafki były w kolorze miodowego drewna, na podłodze leżało linoleum w mazaje. Kto miał boazerię w kuchni? *^v^* Albo i w przedpokoju?

 

 

Kuchnia jak widać jest dość długa ale trochę nieustawna, bo ta pierwsza ściana po lewej przed kuchenką to jest szeroki komin wentylacyjny i słup konstrukcyjny (spokojnie mogłyby być na korytarzu, klatki schodowe w tym bloku są bardzo duże!) a tuż za zlewozmywakiem jest zbiór rur od wody i ogrzewania, które zostały zasłonięte ekranem, a które spróbujemy nieco skompresować (pozbywamy się z kuchni kaloryfera). Zamierzamy wprowadzić trochę zmian w ustawieniu wszystkiego, na przykład ściana po prawej stronie (którą kuchnia dzieli z pokojem dziennym) wylatuje! W jej miejscu stanie wyspa kuchenna i z tamtej strony będzie też wejście do kuchni, ponieważ... tu gdzie stałam robiąc zdjęcie będzie ścianka, za nią słupek z piekarnikiem i obok lodówka. *^v^* Przynajmniej takie są plany, czekam na pismo ze spółdzielni, czy możemy wyburzać ścianę!

Firma remontowa z jaką postanowiliśmy nawiązać współpracę to Gotowe Mieszkanie. Do tej pory było tak: znajomy nam ją polecił, bo wykańczała jego mieszkanie, napisaliśmy maila z prośbą o kontakt z ich strony, przez półtora tygodnia była cisza. Robert zadzwonił, pani bardzo przeprosiła za opóźnienie, tego samego dnia oddzwonił "pan pierwszego kontaktu", z którym spotkaliśmy się tydzień później w mieszkaniu. Jak już pisałam wcześniej pan był bardzo profesjonalny - obmierzył wstępnie wszystkie pomieszczenia, omówiliśmy każdy pokój - wysłuchał, doradzał, zapisywał wszystko, spędziliśmy w mieszkaniu ponad dwie godziny. Tydzień później przesłał mailem bardzo szczegółowy kosztorys z podziałem na wszystkie prace i pomieszczenia. W środę 2 czerwca oddzwoniliśmy z informacją, że chcemy ruszać z remontem został nam obiecany kontakt z architektem i tego samego dnia zadzwoniła do nas pani architekt, z którą umówiliśmy się na 11 czerwca na spotkanie w siedzibie firmy i omawianie projektu (można było wcześniej, ale nam nie pasowało). Piszę daty, żeby pokazać, że po wstępnym braku kontaktu wszystko zaczęło się dziać dość szybko, co mi się bardzo podoba.

Co do wystroju, mieszkanie będzie minimalistyczne, jasne, głównymi kolorami ścian, podłóg i mebli będzie biel i szarości. Z przyjemnością powitałabym jakąś ciemną/czarną ścianę albo nawet część mieszkania z surowego szarego betonu, ale do tego potrzebna jest wysokość czyli porządna przestrzeń, a tutaj od podłogi do sufitu mamy tylko 245 cm. Na pewno nie zobaczycie u nas beżów i pasteli, zwariowałabym w beżowym mieszkaniu!!! *^w^* Ale może jakieś drewno w ciepłym odcieniu? Zobaczymy. Tym razem kuchnia nie będzie czerwona bo... IKEA przestała produkować czerwony drzwi do szafek!!! Ale czuję, że chętnie odpocznę od tej czerwieni i sprawdzę, jak to jest otworzyć przestrzeń jasnymi szafkami. Łazienka znowu będzie miała japońskie rozwiązanie kąpielowe, chociaż chyba nie dokładnie takie jak teraz mamy. W sypialni planujemy tylko łóżko, szafę i dwie komody, za to pracownia będzie obstawiona regałami i półkami na książki, zmieszczą się tam też dwa biurka. 

Zostawiam Was na razie z zeszłotygodniowymi pizzami, zaczęliśmy je jadać regularnie, bo kto nie lubi pizzy?!... *^O^* Ciasto fermentowane i wyrastane w sumie około 24 godzin, wychodzi przepyszne.