Sunday, December 21, 2014

Burda 01/2015

Proponuję ciasteczko i rzut oka na zapowiedź styczniowej Burdy. *^o^*
Have a cookie and let's have a look at January's Burda. *^o^*



Nie ma w niej dla mnie prawie nic ciekawego, może robię się z wiekiem coraz bardziej wybredna?...
No fireworks for me in that issue, maybe I'm becoming more and more picky with age?...

Widzę siebie w spódnicy 108b, z jakiejś ładnej kraty:
I can see myself in skirt 108b made from some nice checkered wool:




Sukienka 126 ma krój z dawnych lat, ale wydaje mi się, że coś jest nie tak z przodem/marszczonymi rękawami, za dużo materiału. Poczekam, aż Marchewkowa uszyje i się zobaczy! *^o^*
Dress 126 has a nice vintage shape but I feel there's something wrong with the front/gathered sleeves, too much fabric. 




Reszta modeli dla mnie nieciekawa, większość to dwa zszyte prostokąty (też mi magazyn z wykrojami, phi!...), a modele Plus są wyjątkowo brzydkie i nietwarzowe! Niewykluczone, że stanie na pierwszej spódnicy, chociaż rozważam skrócenie tyłu i wydłużenie przodów. *^v^*
Oczywiście ze względów zdrowotnych wciąż nie uszyłam projektów z listopada i grudnia. Nadrobię to kiedy mi się uda, cóż, czasami tak w życiu bywa.
The rest is not interesting for me at all, most of the patterns are just two rectangles put together (and they call themselves a sewing magazine!...), and the Plus patterns are just hideous and unflattering! I might make the skirt 126b but I've been considering shortening the back and adding some length to the fronts. *^v^*  
Of course because of my health problems I still haven't finished my November and December projects. Oh well, I'll catch up when I'm able to, that's life.

Na koniec chciałabym się pochwalić, że Burda ponownie zamieściła moją sukienkę w galerii czytelników, w numerze grudniowym 2014. *^O^* Dziękuję za zauważenie mojego projektu pośród tylu innych pięknych do wyboru!
I just want to add that Burda awarded me with another publications of my dress in the December's issue! *^O^* Thank you very much, Burda people, for noticing my sewing efforts!

Thursday, December 18, 2014

Zielona Wyspa

We're still sick with a flu, sneezing, coughing and being very weak, but I promised some photos from our recent trip so here they are. I don't have the strength to translate a full post into English, I'm sorry, but I'll just sum up here what I said below. We went to Dublin because our friends invited us to stay at their place. It was a great reunion after almost one year of not seing each other (although we kept in contact everyday). We were fed like kings and shown around the city, and we even had the opportunity to meet a fellow blogger Inna who lives in Dublin! *^v^*
Dublin is a sweet little city, with traditional terraced houses, milions of pubs, great butcher's shops and Asian Food shops, with friendly people and great infrastructure for cyclists. Could I live there? I'm not sure, there was no chemistry between us, but I'd love to visit Dublin more times, maybe in the Summer when the weather is nicer and there's no flu in the air... *^o^*

***

Grypa wciąż trzyma się mocno, sama nie wiem, co myśmy z tej zagranicy przywlekli... Gorączki już wprawdzie nie mamy od tygodnia, ale wciąż jest katar, kaszel, a dzisiaj obudziłam się z bolącym gardłem.... I jestem tak słaba, jak nie byłam nigdy w życiu, dobrze, że nie organizuję świąt tylko idziemy do moich rodziców, bo i tak nic by z tego nie było, nie mam kompletnie siły ani nastroju na szał zakupów i gotowania. I nie umyję okien, świat się nie zawali!

Udało nam się ogarnąć zdjęcia z wyjazdu, więc wreszcie obiecana relacja z naszych krótkich wakacji. 2 grudnia rano stawiliśmy się na lotnisku w Modlinie, skąd odlatywał nasz samolot do Dublina. *^o^*



Ile ja się o tych tanich liniach Ryanair naczytałam - jak to mają specjalne bramki na bagaż podręczny, i jeśli nam się bagaż w nich nie zmieści, to za nic go do samolotu nie wpuszczą!... Widziałam u ludzi walizki na pewno przekraczające dopuszczalne wymiary i baby z torebkami wielkimi jak stodoła, pies z kulawą nogą się tymi bagażami nie zainteresował, nikt ich ani nie ważył, ani nie mierzył. Za to zaobserwowałam inne zjawisko, które wywołało u mnie mieszane uczucia...

Tanie linie dlatego są tanie, bo płaci się za goły bilet. Jak się chce coś więcej, to trzeba dopłacić - za oznaczone miejsce, za bagaż dodatkowy, za kartę pokładową, za pierwszeństwo wejścia na pokład... To ostatnie kosztuje tylko 10 zł i za tę kwotę mamy spokój ducha, przychodzimy sobie na 15 minut przed otwarciem bramki, siadamy na krzesełku (bo jest dużo wolnych miejsc) i patrzymy, jak 80% pasażerów naszego samolotu stoi w długiej kolejce do bramki, i stoją tak być może już od godziny czy półtorej, bo im wcześniej stanęli, tym bliżej początku kolejki się znajdują i tym wcześniej będą mogli wejść do samolotu PO TYM, jak już wejdą pasażerowie z wykupionym pierwszeństwem wejścia. 

Oczywiście to jest indywidualny wybór, czy chcemy te 10 zł dorzucić do ceny naszego biletu czy też nie, ale komfort tego, że nie muszę stać w kilometrowym ogonku tylko przychodzę, kiedy mi wygodnie tuż przed odlotem, siedzę sobie w poczekalni, potem pani prosi do samolotu w pierwszej kolejności, w spokoju znajduję miejsce i bagaż podręczny leci ze mną w kabinie - dla mnie bezcenny! Reszta pasażerów biegnie do samolotu, zajmuje pozostałe miejsca na zasadzie komórek do wynajęcia, no i nie wszystkie bagaże podręczne mieszczą się w szafkach kabinowych i muszą lecieć w luku, do którego nie ma dostępu podczas przelotu.

Inne śmieszne zjawisko zaobserwowaliśmy stojąc już na płycie lotniska. Ryanair to tak naprawdę powietrzny autobus, przywozi pasażerów z Dublina do Modlina, oni wysiadają, my czekamy niemalże przed schodkami, jak już samolot jest pusty, to wtedy od razu wsiadają pasażerowie do Dublina a w tym czasie ładowane są bagaże i tankowane jest paliwo, i fruuuuu, maszyna leci z powrotem do Irlandii. *^o^* 
Muszę przyznać, że samoloty są nowoczesne i wygodne, obsługa przemiła i chyba powoli wymierają mistrzowie obciachu - samolotowi klaskacze, w Dublinie tylko jedna pani wyrwała się z biciem braw po wylądowaniu ale zaraz ucichła, gdy się zorientowała, że jest w tym osamotniona... Naród oswoił się z technologią i już nie uważa szczęśliwego lądowania za cud! *^w^*

***

Dublin powitał nas rześkim jesiennym wieczorem i świątecznymi dekoracjami w sklepach na ulicy O'Conell, gdzie zatrzymał się autobus z lotniska, ale pierwszego dnia niewiele zobaczyliśmy, bo od razu przemieściliśmy się tramwajem do domu naszych gospodarzy, którzy zaprosili nas na kilka dni pod swój dach. Karmieni byliśmy jak królowie, na przykład zajadaliśmy się taką oto jagnięcą nogą! *^o^* Robert dostał domowy tort z okazji urodzin!



A kolejnego dnia poczęstowano nas tradycyjnym śniadaniem z dwoma rodzajami kaszanki - jasnej i ciemnej. Irlandzka kaszanka jest inna niż nasza, mocniej doprawiona ziołami, o nieco innej konsystencji, pyszna!




Następnego dnia po przylocie wybraliśmy się na spacer po mieście. Dublin jest malutki, wielkości Radomia, więc spokojnie można go przejść wzdłuż i wszerz pieszo, chociaż można też skorzystać z jednej z dwóch linii tramwajowych albo autobusów. Jednak chodzenie pozwala na robienie zdjęć i obejrzenie wielu zakątków miasta, a to lubimy najbardziej. 
Dublin ma niewysoką zabudowę, w dużym stopniu tradycyjną chociaż jest też część zupełnie nowa, ale o tym potem. Budownictwo mieszkaniowe to domy szeregowe, w bogatszej dzielnicy wyższe, ciekawsze architektonicznie, z dużymi ogródkami.




Całe miasto jest pełne tradycyjnych pubów, a wiele z nich ma piękne fasady i wnętrza. Kiedy zaszliśmy do jednego z nich na kawę po irlandzku przy regulowaniu rachunku okazało się, że barmanem był tam Polak! *^v^* (Zresztą język polski słyszy się tutaj na każdym kroku.)



Stare doki zostały zrównane z ziemią i na ich miejscu powstała nowoczesna dzielnica biurowo-mieszkaniowa. Gdybym musiała wybierać, chciałabym mieszkać właśnie tutaj! *^v^*







Oczywiście nie mogłam sobie odmówić wizyty nam morzem, i chociaż akurat był odpływ, to i tak byłam niesamowicie szczęśliwa mogąc pogrzebać czubkiem buta w piachu z muszelkami i pogapić się na lśniącą w oddali wodę!.... *"o"*







I wreszcie zrozumiałam, dlaczego to miejsce zwą Zieloną Wyspą!....
W centrum Dublina są cztery sklepy z żywnością azjatycką, w tym genialnie zaopatrzone warzywniaki z wyborem pak choi, mizuny, dymki i inszej zieleniny, o której w Polsce mogę sobie tylko pomarzyć.....  ;-)

W sobotę byłam już na tyle chora, że leżałam w łóżku, a Robert wybrał się na wycieczkę do Muzeum Irlandzkiej Whiskey, w którym było też testowanie różnych gatunków tego trunku!



Podsumowując, to była przemiła wycieczka! Niewiele udało nam się zobaczyć, no bo co można zwiedzić w kilka dni?... Wiele miejsc pominęliśmy z braku czasu i chętnie to kiedyś nadrobimy. Prawie nic sobie nie kupiliśmy, bo ceny w euro nas po prostu zmiażdżyły!
Dublin to urocze małe miasteczko z niską zabudową, wieloma terenami zielonymi, niesamowicie wielokulturowe, przyjazne rowerzystom, z uśmiechniętymi mieszkańcami chętnymi do pomocy, cudownymi sklepami azjatyckimi i takimi rzeźnikami, że aż mi oczy stawały w słup!... Z drugiej strony, walczy z problemem narkomanii i żebractwa, a miejscami jest tu bardzo brudno na ulicach (i nie przyjmuję argumentów, że to miasto nad morzem i wiatr rozwiewa śmieci, bo byłam w innych miastach nad morzem i było czysto, np.: w Helsinkach, Kopenhadze, Malmo). Jest za co Dublina nie lubić, ale jest też za co podziwiać.




Czy chcielibyśmy zamieszkać w Dublinie na stałe? Raczej nie... I to nawet nie chodzi o to, że to nie Tokio, bo wiadomo, że Tokio jest tylko jedno. *^v^* Ale po tych kilku dniach nie było między nami a miastem tej chemii, która zachęciłaby nas do natychmiastowego pakowania walizek i przenoszenia się tam na stałe. Natomiast chętnie przyjedziemy jeszcze kiedyś w odwiedziny, może latem na festiwal krewetek, jak zapraszali nas nasi gospodarze, bo to wizyta u nich, a nie sam Dublin była głównym celem naszego przyjazdu. Zobaczymy! *^o^*

Wednesday, December 10, 2014

Kasłanie i czytanie

Kochane, serdecznie dziękuję za życzenia zdrowia! Na razie wciąż odsmarkujemy sobie nosy i wykasłujemy płuca... Ja to ja, ale tak mi żal męża, który traci właśnie drugi tydzień urlopu na poważne chorowanie, ech... Lecz cóż, czasami tak bywa. Człowiek narobi sobie planów, a życie i tak pójdzie swoim torem. Kiedyś mówiłam "nigdy nie choruję na grypę" i była to szczera prawda! Owszem, łapałam grypę żołądkową, był jeden dzień wymiotowania, gorączkowania, odespania i następnego ranka byłam jak nowa. Moją specjalnością były anginy, takie naprawdę paskudne, często miałam ciągnące się w nieskończoność katary (przepraszam za niezamierzoną grę skojarzeń... *^v^*) ale nie grypa. No to mam, wyjechałam za granicę, a tamtejsza grypa o tym po prostu nie wiedziała!
W każdym razie, powoli dochodzimy do siebie, dzisiaj spróbuję wreszcie posegregować zdjęcia i opisać naszą wycieczkę, a na razie szybki raport robótkowo-czytelniczy.
So, the flu continues, we still sneeze and cough like crazy. I'm so sorry for my husband, he looses his second week of holidays on being ill... But that's life I guess, we may make plans and it's going to be what's going to be. I used to say "I never get flu" and it was true! Of course I caught stomach flu once or twice, there was one day of vomiting, fever, sleeping and on the next day I was like it never happened. I keep having the never ending colds. My specialty is the nasty tonsillitis, I used to have it very often in my life, but never a flu. Well, I went abroad and the foreign flu just didn't know that!
Anyway, we are trying to recover from it, I'll try to organise the photos from our trip today and since it's Wednesday I'll just write a short report on crafting and reading.



Wciąż nie dotknęłam drutów, nie mam siły do myślenia koncepcyjnego a obydwa zaczęte swetry mają warkoczowe schematy do śledzenia. Ale jest dobra wiadomość! *^O^* Burgundowa alpaka wróciła na moment do asortymentu sklepu! A ponieważ (bez szczególnej nadziei) zaznaczyłam kiedyś na stronie, żeby otrzymać powiadomienie mailem, jeśli by się tak stało, to owo powiadomienie dostałam, szybciutko kupiłam paczkę (mam wrażenie, że doprodukowali tylko te sześć sztuk składające się na jedną paczkę...) i już sobie do mnie wędruje z Turcji. *^v^* Zatem, moja Burgundia uratowana, teraz nawet będę mogła wydziergać sobie rękawy do kostek, gdyby zaszła takowa potrzeba. ^^*~~
I still haven't toughed the knitting needles, I don't have the strength to follow the charts of the cable patterns just yet but there is a good news on the knitting front! The burgundy alpaca was back in the store, I got an email notice about it, bought the pack (I feel they only made one pack of six, just for me, *^v^*, because there was only one pack available) and now it's been travelling to me from Turkey. So I am a happy camper and my Burgundy's sleeves can be as long as I need them. ^^*~~



Nie mam siły dziergać, ale za to leżę plackiem i czytam. Jak już przestałam tylko spać i spać, to wzięłam się za dokończenie "F.M." Akunina i jestem tą lekturą zachwycona! *^v^* Wielowątkowa wielopostaciowa rasowa intryga kryminalna, wątek literacki (sama nie wiem, którą powieść czytałam z większym zainteresowaniem, tę główną czy tę wewnętrzną, która jest przyczyną całej zagadki!) i specyficzna atmosfera rosyjskiej rzeczywistości magicznej jaką znajdziemy na przykład w "Mistrzu i Małgorzacie" Bułhakowa. 
A jak tylko Akunin mi się skończył, to pół nocy czytałam następną Marininę, tym razem starszą powieść "Zabójca mimo woli". Akurat i tak nie spałam, tylko kasłałam, to co mi szkodziło sięgnąć po książkę. ^^ Tu jak zwykle nie ma niespodzianki, od pierwszego rozdziału jest genialnie!
I'm not strong enough to knit so I just lay flat in bed and read. When I stopped sleeping all the time I reached for the novel "F.M." by Akunin. I already finished it and I'm in love! *^v^* A very good criminal intrigue with many interesting characters and plots, the surprising literary plot and the specific Russian magical reality feeling that you get while reading "The Master and Margarita" by Bułhakow for example.
When I finished Akunin I took another good old Marinina - this time one of the older books, "Killer Against His Will" (I don't know the official English title or whether it was at all translated and published in any English speaking country...). As expected, this book is great from the first chapter!

Tyle na dzisiaj, bo już mi nieco słabo, zapraszam następnym razem na naszą wycieczkę!
That's all for today because I feel I need to lie down now for a while, next time come and read about our trip!

Monday, December 08, 2014

...

Chciałam tylko zameldować, że pojechaliśmy i wróciliśmy, a nic nie piszę, bo wróciliśmy ze straszliwą grypą!.... Jak tylko będę w stanie dłużej usiedzieć przed komputerem, czyli pewnie za kilka dni, to porządnie opiszę nasz wyjazd. 
I just wanted to let you know that we went and came back, but we came back with a terrible flu, both of us!.... As soon as I'm capable of sitting at the computer for a longer period of time, I'll write about our trip.

Monday, December 01, 2014

Pleśniak




Jadłyście kiedyś pleśniaka? A piekłyście?
Have you ever tried the cake called "Mildew"?...



U mnie w domu rodzinnym takie ciasto było nieznane. Mama nigdy nie piekła ciast, tata zaczął dopiero kilka lat temu, długo po tym, jak się wyprowadziłam a babcia trzymała się kilku klasyków - makowiec, sernik, drożdżowe, biszkoptowe pół na pół z kakao. Ta nazwa obiła mi się o uszy kilka razy, ale nie miałam okazji go spróbować (albo tego zupełnie nie pamiętam...). Aż zobaczyłam wpis na blogu Małgosi i te apetyczne zdjęcia! *^v^*
I know the name isn't the preview of a tasty food!... *^v^* This cake wasn't known in my family home. My mother never baked, my father started only a few years ago and my grandmother stuck to classics - poppy seed cake, cheesecake, yeast pie, light and cocoa cake. I've heard the name a few times in my life but I never ate it. But then a couple of days ago I saw these photos on Małgosia's blog  and I knew I had to try it!



Może powinnam była najpierw zjeść "cudzego" pleśniaka, u kogoś w domu albo z cukierni, żeby w ogóle mieć pojęcie, jakich smaków się spodziewać, ale nie mogłam dzwonić po znajomych, wypytywać czy znają takie ciasto i się na nie wprosić! *^w^* No to zabrałam się za własnoręczne upieczenie.
Maybe I should have tried somebody else's Mildew first to see what it should taste like, but I just couldn't start calling my friends and relatives asking whether they know this cake and could they bake it for me... *^w^* So I decided to give it a try!




Na szczęście nie jest to trudny przepis, ciasto półkruche jasne i z kakao, kwaskowa konfitura (ja użyłam domowej konfitury z czerwonej porzeczki), słodka piana z białek i orzechy włoskie, w warstwach. W połowie pieczenia przykryłam tortownicę folią aluminiową, bo mój piecyk lubi nadmiernie zrumienić wierzch. I to jest super deser - różnorodność smaków i tekstur daje ciekawy efekt, ciasto jest bardzo lekkie a nazwa pochodzi od piany, która rozłazi się po cieście i miejscami wygląda jak skupiska pleśni... ^^*~~
Lucky me it's not a difficult recipe, the semi-shortbread pastry light and with cocoa, sour jam (I used the homemade red currant jam), sweet whipped eggwhites and walnuts, layered. In the middle of baking I had to cover the cake with an alufoil because my oven tends to brown the tops. This cake is very nice - the variety of the tastes and textures make it very interesting, it's light and the name comes from the beaten eggwhites that crawl all over the layers and look like mildew... ^^*~~



Ale zanim dobraliśmy się do ciasta, trzeba było grzecznie zjeść obiad - na sobotę udusiłam karkówkę wołową, bardzo prosty przepis Marthy Stewart - wołowina, ziemniaki, pietruszka plus kilka podstawowych przypraw, a danie - niebo w gębie!
But before we got to a dessert we had to eat dinner - on Saturday I made a beef stew, a very easy Marthy Stewart's recipe - just beef, potatoes, parsnips plus some basic spices and it was sooo good! 




I znowu obiad, który sam się robi! Kroimy mięso, cebulę, czosnek, ziemniaki i pietruszkę w dużą kostkę, stopniowo dorzucamy je do garnka zaczynając od obsmażenia przyprawionego i obsypanego mąką mięsa, i kiedy już wszystko jest w środku wstawiamy do piekarnika albo, jak w moim przypadku, dusimy pod przykryciem na małym ogniu. (Nie mam niestety małego garnka, który mogę wstawić do piekarnika, mam tylko wielki żeliwny gar, a to za duży gabaryt na obiad dla dwóch osób.)
Again the dish that practically cooks itself! You cut the meat and veggies into chunks, add them one by one starting with seasoned meat, and that's it, you put the pan into the oven or in my case, make a stew on the stove for about an hour. (I don't have a small pan that can go into the over, only a huge one and that's way too big for a dinner for two people.)




A dodatkowo jest to w zasadzie danie jednogarnkowe, bo ziemniaki duszą się razem z mięsem, nie trzeba już osobno gotować skrobiowego wypełniacza, dorobiłam tylko mizerię i wyłowiłam kilka ogórków kiszonych ze słoja. *^v^*
What's more, it's a one pot meal , the potatoes cook together with beef so you don't have to cook another carbohydrate to accompany the meat, I just prepared some fresh cucumber with sweet cream and took out the pickles from the jar. *^v^*





A na niedzielę przygotowałam coś nieco bardziej pracochłonnego, ale absolutnie wartego poświęconej pracy, kolejne danie koreańskie, galbijjim czyli duszone żeberka.
And on Sunday I made something more laborious but absolutely worth the time and effort, another Korean dish called galbijjim which is braised short ribs.




"Więcej pracy" oznacza, że najpierw żeberka gotujemy 30 minut z przyprawami (powstaje aromatyczny bulion), a dopiero potem zalewamy marynatą i dusimy z warzywami. Tylko tyle. (^o^) Tym razem nie ma w przepisie ostrej pasty gochujang ani płatków chilli (dziwne....), więc danie jest aromatyczne i słodkie! U nas spałaszowane z ryżem.
More work means that you cook the ribs first with some spices for about half an hour (you get a flavourful broth), and then you transfer them into a braising liquid, add vegetables and make a stew. That's it! (^v^) This time there's no hot gochujang paste in the recipe nor the chilli flakes (strange...) so this dish is fragrant and sweet! We ate it with rice.




***

Wyciągnęłam w niedzielę walizkę i zaczęłam pakowanie, niby jedziemy tylko na pięć dni, ale zawsze się martwię, czy wszystko zabrałam, czego zapomniałam... (nigdy mi się to nie zdarzyło! Za to Robertowi tak, nie wziął prywatnego telefonu do Japonii, na szczęście miał służbowy...) Oczywiście nie jadę na lodowiec tylko do cywilizacji, więc jeśli czegoś zapomnę to sobie kupię na miejscu. ^^ Mamy w planach zwiedzanie, próbowanie lokalnych przysmaków, długie patrzenie na morze (tak, jest tam morze! *^O^*), długie Polaków rozmowy, bo jedziemy w odwiedziny i w gości, bycie karmionymi pysznościami, jedno spotkanie międzyblogowe, być może zakupy. Dużo, jak na kilka dni! Nie biorę drutów, no nie mam żadnej robótki, którą mogłabym dziergać na ślepo, a w gościach nie wypada gapić się w schematy.
Następnym razem zamelduję się, jak już dolecimy na miejsce. *^o^*
On Sunday evening I took the suitcase from the balcony and started to pack our things before our short vacation. It's only five days but I'm always worried I forget something important (I never did! But Robert forgot his cellphone to Japan...). Of course we are not going to spend time on a glacier but in a city, so I can buy all the stuff I need there! The plans are for sight seeing, trying the local flavours, long stares at the sea (yes, they have the sea there, yikes! *^O^*), long talks with our friends we are going to be staying at, being fed with delicious home cooking, one blog meeting, maybe some shopping. A lot for just fives days! I don't take any knitting because I don't have any mindless project at the moment and you don't stare into charts while you're visiting someone.
Next time I'll talk to you from our holidays. *^o^*

Saturday, November 29, 2014

Ciasteczkowa Gorączka i Liebster Award

Zachorowałam na Ciasteczkową Gorączkę...
Piecze ostatnio ciastka YarnFerret, piecze MaroccanMint. I ja mam ochotę piec! Biorąc pod uwagę, że nie jestem dobra z wypieków, to może nie jest to najlepszy pomysł, żeby zacząć teraz przerabiać składniki na ciastka, ale mam na to wielką ochotę! Tym bardziej, że ciasteczka mogą być fajnym pomysłem na prezenty pod choinkę albo na ozdoby świątecznego stołu czy choinki. Poza tym, mam mnóstwo foremek i chyba czas ich poużywać!
I have a Cookie Fever...
YarnFerret baked the cookies recently, MaroccanMint too. And I want to bake the cookies! Taking into consideration the fact that I'm not too good at baking maybe it's not the best idea but I really really want it! Cookies can be also a good present or a Christmas decoration, so why not give it a try. And I have lots of cutters and mould to try, time to use them finally!




Już od dawna mam dwa zestawy foremek do wyciskanych chińskich ciastek księżycowych - większe okrągłe i mniejsze kwadratowe. Nigdy nie planowałam piec tradycyjnych wersji tych ciastek (możecie o nich poczytać tutaj), ale kupując te foremki miałam w planach wykorzystanie ich do słodkich ciastek albo pasztecików z nadzieniem. Na razie testuję różne przepisy i na pierwszy ogień poszedł przepis z niezawodnego bloga Moje Wypieki na najprostsze ciasteczka maślane. (miałam zacząć od innego przepisu, ale od dwóch tygodni nie mogę zapamiętać, żeby kupić mleko w proszku, skleroza mnie dopadła!... *^v^*)
For some time now I had those sets of mooncake moulds - round bigger ones and square smaller ones. I've never planned to make the traditional mooncakes (you can read about them here), but buying the mould I wanted to use them for sweet cookies or pates with meat filling. I've started to test different recipes and the first one was the recipe for the easiest butter cookies. (I wanted to try another recipe but for the past two weeks I kept forgetting to buy the powdered milk, oh my...... *^v^*)




Nie był to najlepszy wybór, jeśli chodzi o zastosowanie tych foremek, bo ciasto jest extra maślane, co oznacza, że idealnie odciśnięte kształty straciły ostre brzegi podczas pieczenia. Co nie zmienia faktu, że ciasteczka są genialne! Kruchutkie, idealnie słodkie, perfekcyjnie smakują w towarzystwie szklanki zimnego mleka. *^o^* Po wystudzeniu trzeba je trzymać w zamkniętej puszce, bo po pierwsze, tak pachną masłem, że ma się ochotę sięgać po kolejne i kolejne ciasteczko, przechodząc obok nich, a po drugie, ich zapach przyciąga okoliczne koty, które wsadzają w nie nos i różowy jęzor (no, jednego kota na pewno przyciągnęły! ^^*~~)
Dalsze eksperymenty z przepisami, w których da się zastosować foremki księżycowe niebawem.
It wasn't the best choice - that recipe with those moulds, because the batter is so full of butter that the perfectly pressed sharp edges of the cookies got melted a bit in the hot oven. But the recipe itself is great, the cookies are crusty, sweet, just perfect to go with a glass of milk. *^o^* After they're cooled down I recommend you keep them in a tight container because first, they smell so good that you want to reach out and grab next one and the next one, and second, their scent lures the cats who stick their nose and pink tongue in the cookies (okay, they lured one specific cat! ^^*~~).
Further recipe experiments to follow soon.




(Fajną rękawicę kuchenną kupiłam, co?.... *^v^*)
(Nice kitchen glove, right?... *^v^*)

***

Makneta nominowała mnie do Liebster Award! *^O^*
Bardzo dziękuję i od razu odpowiadam na pytania.
Makneta nominated me for the Liebster Award! *^O^*
Thank you very much! Here are my answers.






1.  Jak byś jednym słowem określiła swój blog?
Zapis (mojego życia). (wiem, to trzy słowa ^^)

2. Ile czasu spędzasz na tworzeniu nowych wpisów blogowych?
Trochę spędzam, choć to oczywiście zależy od tego, jak długi jest dany wpis. Staram się zrobić jak najlepsze zdjęcia, potem muszę je wyedytować i napisać treść wpisu w dwóch językach, dodać linki, itp. Rzadko tworzę wpisy za jednym podejściem, czasami najpierw powstaje tekst, a po jakimś czasie dodaję zdjęcia jak już mam gotowe to, co chcę pokazać na blogu.

3. Podaj jedną zaletę prowadzenia bloga?
Poznawanie wspaniałych ludzi z całego świata!
Oraz (nie mogę wymienić tylko jednej zalety, bo obydwie są równie ważne) mogę zajrzeć do archiwum i przypomnieć sobie, co robiłam kilka lat temu, gdzie byłam, co kiedy dziergałam, odnaleźć zagubiony przepis, znaleźć kontakt do kogoś z moich komentujących. ^^

4. Jak najlepiej zacząć dzień?
Od kubka mocnej herbaty!

5. Bez czego nie wychodzisz z domu?
Pomijając oczywistości (klucze, portfel, telefon) bez chusteczek do nosa, zawsze mam mniejszy czy większy katar niezależnie od pory roku.

6. Na której ręce nosisz zegarek?
Nie mam, nie noszę, szczęśliwi czasu nie liczą! *^O^* (ale gdybym nosiła, to na lewej)

7. Twoja ulubiona książka?
Nie mam takiej jednej książki, za to mam ulubiony gatunek - kryminały!

8. Co jest ważniejsze - słowa czy obrazy (zdjęcia)?
To zależy, co mamy na myśli. Na blogu - ważne po równo. Nie odwiedzam blogów, na których osoby piszące zamieszczają byle jakie zdjęcia z lenistwa, widywałam zdjęcia totalnie nieostre, kompletnie pomarańczowe od lampy czy nieobrócone do pionu (serio! osoba bez głowy, zdjęcie na boku), jak mam podziwiać kreatywność i pracę czyichś rąk, jeśli temu komuś nie chce się zrobić czytelnego zdjęcia?....

9. Gdzie byś pojechała w podróż marzeń?
Mam tylko jeden kierunek marzeń - Japonia! *^v^*

10. Wymień swoje 3 zalety.
Jestem oddanym przyjacielem, umiem nieźle gotować, szybko uczę się języków obcych.

11. Jesteś nocnym markiem czy rannym ptaszkiem? Jakie są zalety takiego trybu życia?
Zdecydowanie nocnym markiem, mogę być aktywna przez pół nocy a rano mogę spać do oporu, ale taki tryb życia nie ma zalet, bo rano i tak trzeba wstać, więc często chodzę niewyspana, a jesienią i zimą spanie do południa zabiera mi pół dnia ze światłem dziennym, niezbędnym do ładnych zdjęć i robótkowania. Wolałabym być ranny ptaszkiem, ale to nie zależy niestety od moich upodobań...


1.  How would you describe your blog in just one word? (My life's) record. (I know, it's three words ^^)
2. How long does it take you to write a post? It depends on the post, some are very short, some longer. I start with good photos (the best I can take), then I edit them, write the post in two languages,  add links, ect. I often write the text first and then add the photos when I finish what I want to show on my blog.
3. Give one pro of having a blog? Meeting friends from all over the world! And (I have to add another pro since it's equally important) I can go back in time and check where I was in the past, what I did some years ago, what I created, what I cooked, I can contact somebody who once commented on my post. ^^
4. What is the best way to start a day? Cup of strong tea!
5. Leaving home you always carry... Apart from the obvious (keys, wallet, mobile) it's (the handkerchiefs) the tissues, I meant paper tissues, linguistic mistake when your not a native speaker.... *^-^*, I always have smaller or bigger cold (or is it allergy?...).
6. On which hand do you wear your watch? I don't,  I don't even have one, as they say happy people don't pay attention to what time it is! *^O^* (but if I did, it would be the left hand)
7. Your favourite book? I don't have one favourite book, but I have favourite type - detective stories!
8. What's more important - words or pictures? It depends what we are talking about. On a blog - both are equally important. I don't visit blogs with crappy photos that are like that out of person's laziness. I saw photos totally out of focus, orange from the lamp light, not rotated vertically (seriously! somebody without the head, photo on its side). How can I admire the creativity and somebody's work like knitting or sewing when this person doesn't care how he/she shows it?...
9. What is your dream destination? There can be only one - Japan! *^v^*
10. Name three of your virtues.  I am a dedicated friend, I can cook, I learn foreign languages easily.
11. Are you a night owl or am early riser? What are the pros of such way of life? I am definitely a night owl, I can be active half a night and then sleep as long as it takes. But such lifestyle has no pros, I have to get up in the morning anyway so I'm often sleepy, and in Autumn and Winter when I sleep too long I loose half a day of good daylight that I could use for photos or crafting. I'd rather be an early riser but it's not really a matter of choice...

Chciałabym nominować następujące blogi/I nominate the following blogs:

Aleksandra Above the Arctic Circle
All Shades of Blue
Amanita Land
Frecia walka z drutami i szydełkiem
Herbimania
MaroccanMint
Półsłupkiem, pół serio
Sheepie Knits


Moje pytania:

1. Na jakich portalach społecznościowych się udzielasz?
2. Jakie kolory najbardziej lubisz na sobie/w swoim otoczeniu?
3. Zaśniesz w skarpetkach czy nigdy w życiu?
4. Czego chciałabyś się jeszcze w życiu nauczyć?
5. Kawa czy herbata?
6. Czy masz zwierzaka? Jakiego? A może chciałabyś mieć?
7. Gdybyś mogła wybrać, w jakiej epoce i miejscu na świecie chciałabyś żyć?
8. Od kiedy piszesz bloga i czy zamierzasz kiedyś przestać?
9. Bez czego jesteś jak bez ręki?
10. Trzy ulubione potrawy z trzech różnych kuchni świata?
11. Szklanka zawsze do połowy pełna czy do połowy pusta?


My questions:
1. Are you social? (FB, Instagram, Twitter, ect?)
2. What colours are your favourite (on clothes and around you)?
3. Do you sleep in socks or never ever?
4. What would you like to learn in the future?
5. Coffee or tea?
6. Do you have a pet? What is it? Maybe you would like to have one?
7. If you could choose any epoch and place to live, when and where would it be?
8. When did you start writing your blog? Do you plan to ever stop writing?
9. What is the most handy tool you are lost without?
10. What are your three favourite dishes from three different world cuisines?
11. Glass half way full or half way empty?

Thursday, November 27, 2014

Dzierganie i włoska zupa weselna

Znowu spóźniona, ech...
Szybki raport z czytania i dziergania w poprzednim tygodniu - plecy Settlera rosną, jeszcze dwa, trzy dni i będą gotowe. Wzór na mojej wersji jest mniejszy niż na oryginale, bo dziergam na drutach 4 mm, co daje mi zwartą ciepłą dzianinę. I w ogóle idzie mi szybciej niż się spodziewałam, bo myślałam, że biorąc pod uwagę wielkość swetra (męża mam wielkiego!) i skomplikowany wzór, będę to dłubać dłubać do maja..... *^o^*
I'm late again!...
Quick update on my reading and knitting in the previous week - Settlera's back is almost finished, two or three days and it'll be done. The motives on my version is smaller than on the original because I've been knitting with 4 mm needles and the fabric is dense and warm. I must admit it's growing much faster than I expected, taking into consideration the size of my husband's (he's big!) and the complicated cabled pattern, I seriously thought I'd knit this till May next year.... *^o^*



Jeśli chodzi o czytanie, to porzuciłam "Sokoła i Jaskółkę" Akunina. Zaczął się intrygująco, ale po pierwszych kilku rozdziałach akcja przeniosła się w przeszłość a głównym bohaterem i narratorem stała się papuga. Mógłby to być fajny zabieg, ale.... nagle język się zmienił i książka stała się opowieścią dla dzieci!... (albo to wina autora albo tłumacza) Nie dałam rady, zmieniłam jednego Akunina na innego i teraz czytam "F.M."
As for the reading, I stopped reading "Falcon and Swallow" by Akunin. It started nicely and intriguing, after a few chapters we switched modern times to the past and the parrot became the main character and the narrator. It might have been a good literary trick but suddenly the language changed into a children's story!.... (I blame either the author or the translator) I couldn't bear it so I swapped one Akunin for another and now I've been reading "F.M."
***

Muszę, po prostu MUSZĘ Wam polecić coś, co znalazłam ostatnio na blogu Myriam a jest to włoska zupa weselna z klopsikami. (moje są o wiele za duże, powinny to być jak najmniejsze kuleczki, nie postarałam się...) 
I must, MUST show you this recipe, something I found on Myriam's blog recently, and it's an Italian wedding soup with meatballs. (mine are way too big, they should be teeny tiny, I must make them smaller next time...) 




Niby nic nadzwyczajnego, jarzynowa z kulkami z mielonego mięsa, szpinakiem dodanym tuż przed podaniem, posypana garścią tartego sera typu parmezan (u mnie coreggio). Ale jest w niej coś tak niesamowicie kojącego, tulącego, rozgrzewającego, jest moim zdaniem idealna po spacerze w mroźny dzień czy po powrocie wieczorem z pracy w listopadowy czy grudniowy wieczór. A jednocześnie jest banalna w przygotowaniu, nie potrzeba żadnych specjalnych zabiegów, sama się gotuje. *^v^* Ta zupa na stałe wchodzi do naszego jesienno-zimowego menu!
At first it's nothing oh so special, vegetable soup with meatballs, you add some spinach just before serving and a handful of grated cheese (parmigiano, coreggio, that type of cheese). But there's something soothing in the taste, warming up our body and soul, it's just perfect on a cold day after a long walk or when you come back home in the evening after work. And it's very easy to make, so what's not to love! *^v^* It'll be in our menu this Autumn and Winter for sure!




A na deser proponuję Blondie - z innego przepisu niż poprzednie Blondie, które piekłam kilka dni temu, chyba lepsze niż to poprzednie.
And the dessert - Blondie made from different recipe than the last one from a few days ago, I think this one's a bit better than the previous one.



I jeszcze update szyciowy - się szyje! Niestety nie mogę obiecać (sobie ani Wam), że zdążę przed końcem miesiąca.. Ale będę się starać! *^o^*
Last but not least, sewing. Yes, I've started to work on my November project but I cannot promise to manage to finish before the end of the month, but I'll try! *^o^*


Tuesday, November 25, 2014

Ludzie listy piszą!

Kocham kuchnię koreańską. Nawet bardziej niż japońską, tak, tak... *^-^*
Kocham ją za kolory, za ostrość i aromaty, za imbir, czosnek, pastę gochujang, miód i sos sojowy - mieszankę, która powoduje, że moje serce zaczyna bić szybciej! Kocham za kimchi, bez którego nie wyobrażam sobie, hm... żadnej pory roku! (chciałam napisać jesieni i zimy, bo wtedy jadamy zupy z kimchi, ale wiosną i latem kimchi pojawia się na naszym stole jako surówka/dodatek do obiadów) albo placuszki. 
I love Korean cuisine. Even more than I love Japanesen cooking, oh yeah... *^-^*
I love it for the colours, for the spiciness and flavours, for ginger, garlic, gochujang paste, honey and soy sauce mixture, it makes my heart skip a beat! I love it for kimchi, a must have for all the seasons, in Autumn and Winter we eat it in soups and in Spring and Summer I make kimchi pancakes and serve it as a salad/side dish with dinners.  




Pokazywałam już kilka potraw koreańskich, a w niedzielę spróbowaliśmy kolejnego pysznego dania - duszonego kurczaka z warzywami na ostro. Idealny balans smaków słodkiego i ostrego plus aromatyczny imbir, czosnek, dymka i chilli, i do tego mięso kurczaka które pięknie chłonie te wszystkie przyprawy! 
There are some Korean recipes on my blog and last Sunday we tried another delicious dish - a spicy chicken stew. An ideal balance between the sweetness and spiciness plus ginger, garlic, spring onion and chilli, and chicken meat which is a perfect base to be infused with all those flavours!




Przy okazji chciałabym polecić Wam strony z przepisami kuchni koreańskiej, z których korzystam od lat:
I'd like to share the Korean cooking websites that I've been using:

***

Dawno nie było pudełek lunchowych, bo ich nie robiłam. Mąż po przeprowadzce do nowego biura przez pierwsze dwa tygodnie nie miał w kuchni stołu ani krzeseł, więc chodzili z kolegami na obiady na zewnątrz (w nowej lokalizacji jest mnóstwo najróżniejszych barów do wyboru). Poza tym kilka razy pracował z domu. W tym tygodniu zrobiłam jeden lunch, w inne dni tak wyszło, że będzie znowu jadał na mieście a potem będzie dwutygodniowa przerwa urlopowa. *^v^*
I didn't post any lunch boxes for a while because I didn't prepare any. After my husband moved to a new office they didn't have any furniture in the kitchen so he ate outside in one of the many bars around. Plus, he worked from home couple of times. This week I'll finally cooked one lunch, then Robert will eat with friends outside and then there will be another two week break because of our holidays. *^v^*



Czy widać małe główki psa Snoopy na ryżu?... *^O^*
Can you see little Snoopy heads on the rice?... *^O^*

***

Kto ostatnio dostał list na papierze? I żadne rachunki i wyciągi bankowe się nie liczą! Mam na myśli towarzyski list od koleżanki, na ładnej papeterii, pisany ręcznie. *^o^*
Who recently got a letter in an envelope? But not some bills or bank statements! I mean, a handwritten letter from a friend, on some nice coloured paper. *^o^*


Ja niedawno dostałam dwa takie listy - jeden od MaroccanMint a drugi od Myriam. Obydwa pisane odręcznie i z małymi słodkimi dodatkami, które wysypały mi się z kopert - próbki włóczek, przywieszki, herbaty i cudna sowia zakładka do książki! Bardzo mi się podoba taka korespondencja, jest bardziej osobista niż maile. *^v^*
I recently go two letters - from MaroccanMint and from Myriam. Both handwritten and with some great small surprises, the yarn samples, the teas and the cutest owl bookmark! I like such way of communicating, it's much more personal than emails. *^v^*

Friday, November 21, 2014

Nie nadążam...

Jakoś zupełnie nie nadążam w tym tygodniu...
Ale nawet udało mi się całkiem sporo wydziergać, pleców. *^o^* Po pierwsze, ruszyłam ze swetrem dla Roberta i jestem już w połowie pleców Settlera w jedynym słusznym kolorze... ^^ Bardzo podoba mi się ta plecionka i po kilku powtórzeniach nieźle ją pamiętam i spokojnie mogę dziergać oglądając jednocześnie serial "Przyjaciele", rzucamy tylko okiem na schemat, żeby zorientować się, w którym jestem rzędzie i lecę! Dziergam z włóczki Yarn Art Shetland.
Ale żeby mi się ten motyw za szybko nie znudził, zabrałam się za drugi projekt, tym razem dla mnie i jest to Reciproca. Wybrałam na nią przepiękną alpakę z Ice Yarn w kolorze głębokiego burgunda (jak na miniaturce w rogu zdjęcia) i mam straszne przeczucie, że może mi tej włóczki nie wystarczyć, a nie mogę jej dokupić bo już jej nie ma w sklepie....... Na razie mam gotowe plecy, które w ogóle skróciłam o 7 cm, bo sweter wychodził za długi na mój gust, no i zobaczymy, co będzie dalej. Mam nadzieję, że wystarczy mi chociaż na miniaturowe rękawki (bo na cały korpus raczej mam wystarczającą ilość włóczki, tfu, tfu, nie zapeszając!)
I'm so late with everything this week...
But at least I managed to knit something. First, I started a cardigan for Robert and I'm already in the middle of the Settlera's back, in the one and only possible colour... ^^ I really like that cabled pattern and the chart is easy to memorize, I can watch "Friends" and knit at the same time, I only take  a glance at the current row at the chart from time to time. I've been using Yarn Art Shetland.
But I don't want to get bored with one pattern so I also started another project - this one is for me and it's Reciproca. I chose a beautiful dark burgundy Ice Yarn Alpaca (the correct colour is in the corner of the photo's) and I suspect I may not have enough.... And I cannot buy more because it's not in stock anymore! I finished the back (knitting 7 cm shorter than the pattern said because I didn't like it too long) and we'll see. I hope I can make at least very short sleeves because I think it's enough for the body (I very much hope so, please please please fingers crossed!...) 



Z czytaniem słabo, kładłam się spać późno, więc rzadko sięgałam po książkę i w Akuninie posunęłam się tylko o dwa rozdziały.
Reading wasn't my thing this week, I was going to bed late and I barely managed to read two chapter of the detective story by Akunin.

Za to upiekłam dziś ciasto według tego przepisu, zmieniłam białą czekoladę na karmelową  i dosypałam garść płatków migdałowych, i placek podejrzanie szybko znika z blachy, nie wiem, czy zostanie coś do niedzieli... *^v^*
But I baked a cake today, from that recipe, I used caramel chocolate instead of white one and added a handful of almond flakes, and the cake suspiciously quickly disappears from the baking form, I'm not sure there's anything left for Sunday dessert... *^v^*



I poczyniłam różne plany.
Po pierwsze, wybrałam projekt do uszycia na listopad (wiem, już 21 listopada, wiem!..... ale mam nadzieję, że zdążę przed końcem miesiąca.) Musiałam sięgnąć kilka lat wstecz i znalazłam prawdziwą perełkę - Burdę 11 z 2003 roku! Jest w niej kilka modeli, które spokojnie widziałabym na sobie, a wybrałam ... sukienkę! (Kto by się spodziewał?... *^v^*) Jest bardzo prosta, ale z powodu detali efektowna, materiał czeka, muszę tylko odrysować wykrój (nie znoszę tej części szycia, wrrr......)
I also made some plans.
First, I chose me November sewing project (it's already 21st November, I know!.... I hope to make it till the end of the month.) I had to dig well in the previous Burda's issues and I found a real McCoy - Burda 11 from 2003! There are a few projects I could easily wear and I chose... a dress (what a surprise!... *^v^*). It's simple but the details turn it into an eye-catcher, the fabric's been waiting, I only need to retrace the pattern from Burda and I really hate that part of sewing...


Poza tym, poczyniliśmy plany wyjazdowe. Na początku grudnia Robert ma urodziny i w zeszłym roku zrodziła się nowa świecka tradycja, że wyjeżdżamy wtedy na kilka dni. Na razie nie zdradzę, dokąd jedziemy, ale bilety już kupione! *^o^* Można zgadywać, podpowiem tylko, że nie jest to Japonia ale inne fajne miejsce... ^^ (ci, co wiedzą, to niech nie mówią od razu!)
We also made plans for the short holidays. At the beginning of December Robert has his birthday and last year we started a tradition to go somewhere fun for a few days to celebrate it. I'm not going to say where we are going just yet but the tickets are booked and paid for! *^o^* You can make your guesses and I only can say at this point that it's not Japan, but another very nice place. ^^ Wallinna, you can start cooking that barszcz now... *^O^*


A w tę sobotę czeka nas wielkie świętowanie - pamiętacie grupę odtwórstwa historycznego, w której działaliśmy z mężem, o nazwie Draconia? Ja porzuciłam to hobby kilka lat temu i poświęciłam się innym rzeczom ale Robert nadal się tym aktywnie zajmuje wraz z grupą naszych przyjaciół, a w tym roku na jesieni mija 15 lat odkąd stworzyliśmy Draconię! *^O^* W sobotę w jednym miejscu spotka się wielu ludzi, którzy przewinęli się przez tę grupę i z nią sympatyzują. 
This Saturday we are having a big party at the club - do you remember the historic reenactment group we were part of, Draconia? I gave it up a few years ago and devoted my time to other hobbies but Robert has been very active till now together with a group of our friends. This Autumn it's a 15th anniversary of Draconia's, can you believe it?!... *^O^* This Saturday the people who created this group and many friends and supporters will meet and have fun.

Wednesday, November 12, 2014

Dzierganie i wiem dlaczego serial zebrał złe recenzje



Po przeczytaniu kilku rozdziałów "Wirusa" obejrzałam pierwszy odcinek serialu nakręconego na jego podstawie i wiecie co? Już wiem, dlaczego osobie recenzującej książka się spodobała a film wprost przeciwnie... W pierwszych pięciu minutach odcinka z ładowni samolotu wyskakuje wielka gumowa buka, za około dwadzieścia minut potwór pojawia się znowu, tym razem jest dłużej na ekranie więc bardziej widać, jak tandetnie jest wykonany! Poza tym, że w książce nie ma tych scen, to w filmie pojawiają się dodatkowe sceny pokazujące jacy to straszni bohaterowie są straszni albo jak główni bohaterowie mają się ku sobie, czego w książce znowu albo nie ma wcale, albo jest subtelnie zasygnalizowane, a tylko powodują one nic nie wnoszące dłużyzny. 
W książce jest dużo miejsca na wyobraźnię, jest oczekiwanie na to, co się wydarzy, cała ta historia jest podawana po kawałku, intryguje, zachęca do przejścia do następnych rozdziałów. Co nie zmienia faktu, że odłożyłam ją w połowie, bo moja ulubiona wizja wampirów to taka, jak w książkach Kim Newman czy w filmie "Only lovers left alive" a nie jakieś robaki przenoszące wirusa na ludzi i zmieniające ludzki organizm w jakieś bezkształtne masy z wyskakującą tutką ssącą... Literatura z gatunku gore nigdy nie należała do moich ulubieńców.
Teraz czytam poleconego mi przez Kalinę Borisa Akunina, w mojej bibliotece znalazłam "Sokoła i jaskółkę" i od niej zaczęłam. (I po pogrzebaniu w sieci widzę, że zaczęłam bez sensu, bo jest to czwarty tom cyklu "Przygody magistra", z którego mam jeszcze w domu tom trzeci, ech...).
After I read some chapters of "The Strain"'s I watched the first episode of the tv series based on that book and I know now why the person who liked the book didn't like the movie at all... In the first 5 minutes the rubber monster comes out from the plane's cargo bay, and then we can see it later for longer time, and it appears even more rubber and just stupid. In the book you don't have those scenes, and in the movie there are also other scenes that are just time fillers and add nothing to the story.
The book is really well written, you can use your imagination and the chapters are constructed in such a way that you really want to keep on reading to see what's going to happen. But I abandoned it anyway after half a book. Why? Because that's not my vision of vampires at all! I love the vampires from Kim Newman's books or from the movie "Only lovers left alive" , and not some slimy worms entering a human being to turn it into a shapeless creature with a sucking thing jumping out of the mouth... Gore literature was never my favourite.
Now I've been reading the author recommended to me by Kalina, namely Boris Akunin and the book I found in my library "Falcon and swallow", a detective story. (When I googled this author I found out that it's the fourth part of the series but I'm going to read it anyway, I also have the third part at home.)



Na drutach pustka...
Przez trzy dni robiłam sweter dla Roberta tylko po to, żeby po przymierzeniu zorientować się, że znowu, ZNOWU, po raz kolejny wychodzi za mały!.... Jakaś klątwa wisi nad tym swetrem, ale wybrałam już nowy wzór i chcę dzisiaj zrobić próbkę i mieć wreszcie pewność, że trafię z rozmiarem! 
There's nothing on my needles at the moment...
For three days I've been knitting a cardigan for Robert and when he tried it on it turned out it's too small again, AGAIN!... There's a curse on this sweater, I've been trying to knit this a few times now using different patterns and I cannot make the right size!... I decided on a new pattern and today I want to knit a proper swatch!


***

Na rosyjskiej stronie Burdy są już zdjęcia z grudniowego numeru i znowu nie jestem zadowolona...
Jakieś takie te modele bezpomysłowe i bezkształtne - sukienki niemalże z dwóch prostokątów, zebrane w talii paskiem... Najbardziej podoba mi się płaszcz! Z tego, co rozumiem z opisu wynika, że to wszystko piękne na jednej pole to jest aplikacja i to ona oraz wielki kołnierz i asymetryczne zapięcie tworzą cały efekt!
On the Russian Burda's webpage you can see the December's issue and again I'm not happy with it...
Most of the patterns is very simple and shapeless, two rectangles dresses gathers in the waist with the belt... I love that coat though! The applique, the collar, the asymetric buttons, that's what creates the effect! 





Z sukienek wpadła mi w oko 127a, wersja krótka, bo już ta sama sukienka przedłużona wcale mi się nie podoba.
As far as dresses, I quite like 127a, but only this short version because the long version is just weird for me.




Widziałam zachwyty nad sukienką od Znanego Projektanta, a moje zdanie? Bezkształtne pudełko mogę uszyć sobie bez wykroju!
I saw people in love with this dress from some Known Designer, and my opinion? Oh, please, I can invent a shapeless box myself without the pattern...




No i tak to wygląda. A ja wciąż zastanawiam się nad projektem listopadowym, mam kilku kandydatów z Burd z poprzednich lat, być może w tym tygodniu zdecyduję się wreszcie na konkretny model i zabiorę do pracy! *^o^*
So that's how it is in December's Burda. And I've been still thinking about the November project to sew, I have some candidates from the previous years and I hope to make a final choice this week and start working on this pattern. *^o^*