Monday, March 18, 2019

Nic ciekawego

Gdyby nie to DOJadanie, to nie miałabym o czym ciekawym Wam napisać... *^o^* Poprzedni tydzień zszedł mi na próbach opanowania mojego kataru, nawet nie wiem, kiedy minęło te siedem dni! Wydaje się, że jestem już na ostatniej prostej do zwalczenia choróbska.
Dzisiaj byłam na USG ręki, pan doktor nie znalazł żadnych niepokojących zmian, zresztą po dwóch tygodniach brania leków przeciwzapalnych i smarowania bolącego miejsca Voltarenem, po tygodniu noszenia ortezy i oszczędzaniu ręki (niestety nie wytrzymałam dłużej niż siedem dni, o zimnych okładach 6 razy dziennie nawet nie wspomnę, kompletnie wylatywało mi to z głowy...) ból prawie ustąpił. Tak mi się wydaje. Leki już mi się skończyły, ale będę jeszcze stosować maść i zobaczymy co dalej. W tym tygodniu chcę już powoli zabrać się za druty. ^^*~~

***

DOJadanie

Drugi tydzień w jadłospisie, częściej sięgałam po przepisy na które trafiłam w Sieci - na Instagramie zobaczyłam kilka smakowitych pomysłów i znalazłam fajne wegańskie blogi! Przekonałam się, że tak jak uwielbiam tofu pod różnymi postaciami to nie lubię tofucznicy... Nieustannie tęskniłam za jajkami...
Z tego tygodnia zostają nam w menu dwa hity! Wegańskie burgery z ciecierzycy i kukurydzy Jamiego Olivera oraz klopsiki z tempeh i soczewicy z bloga Rabbit and Wolves (linki poniżej), smakują świetnie, a klopsiki moim zdaniem nie różnią od wersji mięsnej! *^v^*

poniedziałek, 11 marca
śniadanie: owsianka z owocami (Robert nic nie jadł)
lunch: kupne pierogi z kapustą i grzybami, okraszone kokosowym bekonem
kolacja: barszcz ukraiński na warzywnym bulionie, pieczywo

wtorek, 12 marca
śniadanie: Robert jadł kanapki z rukolą, pomidorami, pestkami dyni i wegańskim serem, ja kanapki z pastą z fasoli, pora i gruszki (książka Nowa Jadłonomia) z sałatką pomidorową, i z guacamole


lunch: hinduskie dania z niedzielnego lunchu
kolacja: sticky lemon tofu, ryż (z warzywami - batat, kalafior, kiełki, warzywa to mój dodatek, jak można zrobić danie, które składa się wyłącznie z tofu i ryżu...)



środa, 13 marca
śniadanie: ja - kasza manna na mleku owsianym z kleksem masła orzechowego i zawijasem z soku malinowego, Robert - grzanki natarte czosnkiem, z groszkiem (zblanszowany, potem chwilę marynowany w soku z cytryny, oliwie, z rozmarynem) i serem feta Violife


lunch: mieszanka Inna Bajka: komosa, jagły i zioła, plus warzywa i wegańska feta
kolacja: sos grzybowy z dzikim ryżem inspirowany tym przepisem (rozgotowałam dziki ryż...)



czwartek, 14 marca
śniadanie: kanapki z guacamole i sałatką z pomidorów


lunch: ryż basmati z kalafiorem i hinduskimi przyprawami, kotlety z ziemniaków i komosy ("Wegańska kuchnia indyjska" Richa Hingle), raita na mleku kokosowym z ogórka i rzodkiewki
kolacja: burgery Jamiego Olivera, (dałam dwa razy tyle przypraw) - zjedliśmy je z ketchupem, musztardą, rukolą, pomidorem, sałatą rzymską, guacamole, w dyniowej bułce.



piątek, 15 marca
śniadanie: tofucznica z kurkami ("Poranne Inspiracje" Viola Urban)


lunch: klopsiki w sosie z ziemniakami i marchewką z groszkiem (blog Rabbit and Wolves) *^o^*


kolacja: 3 kanapki - z pastą z fasoli z porem i gruszką oraz ogórkiem kiszonym, z serem cheddar w plastrach Violife, rukolą i pomidorem, z masłem orzechowym i domowymi konfiturami z czerwonych porzeczek

sobota, 16 marca
śniadanie: placki z jabłkami i malinami
lunch: Robert miał spotkanie z grupą odtwórstwa historycznego, więc dostał na wyjazd upieczony placek drożdżowy z nadzieniem z kaszy gryczanej z grzybami i zielonym groszkiem a do tego butlę zakwasu buraczanego, który nastawiliśmy tydzień wcześniej, ja zjadłam resztę klopsików w sosie, z makaronem i marchewką z groszkiem
kolacja: frytki, burgery Jamiego Olivera (z piątku zostały nam dwie sztuki), podałam na talerzu obok frytek, z sałatką z kiszonych zielonych pomidorów od teściów, ketchupem, musztardą, itp.

niedziela, 17 marca
śniadanie: miałam kryzys śniadaniowy, tym bardziej, że śniło mi się, że nadtłukłam jajko i tak w nie patrzyłam z lubością... więc śniadanie mąż zrobił! *^V^* szakszuka czyli duszone: świeże pomidory, cebula, suszone pomidory, czosnek, papryka, dużo chilli, groszek mrożony, trochę wędzonego tofu, zioła - wygarniał z lodówki co pasowało i w sumie wyszło pyszne ostre danie do chleba!
Idealnie by do tego pasowało wbić jajko, ech...


lunch: gulasz warzywny z kluchami na parze - pampuchami? knedlami?... (kluchy genialne!!! blog Rabbit and Wolves)



kolacja: Robert zjadł kanapkę z masłem orzechowym i konfiturami z porzeczek, ja już nie jadłam


Dodatkowo w niedzielę szliśmy do znajomych z wizytą, a ponieważ nie chciałam ich obciążać naszym weganizmem upiekłam wegańskie ciasto, które zabraliśmy ze sobą - piernik według przepisu Mai the Bee (miała kiedyś kanał na Youtube), bardzo proste:

Zmieszać razem:
- 2 szkl. mąki pszennej razowej
- 1/3 szkl. oliwy
- 3/4 szkl. syropu klonowego
- 1/4 szkl. soku pomarańczowego
- 1 szkl. musu jabłkowego
- 1 ł sody
- 4 Ł przyprawy do piernika
- 1/2 ł kardamonu

Wlać do natłuszczonej foremki, piec ok. 1 godz. w 180 C (ja piekłam 50 minut i sprawdzałam patyczkiem.
Ciasto trochę mi się nie podniosło i był zakalec, ale i tak było bardzo smaczne! Muszę dopracować ten przepis, dam znać, jeśli upiekę je ponownie.

Thursday, March 14, 2019

Książki kucharskie - przewodnik subiektywny III

Dwie poprzednie części przewodnika znajdziecie tu i tu.

***

Kuchnia gruzińska. Mam dwie książki jej poświęcone, jedna świetna, druga trochę inna. (mam jeszcze trzecią, małą chudą książeczkę bez zdjęć, wydaną przez KAW w 1990 roku, pamiętacie takie żółte okładki?)
Zacznijmy od tej dobrej - "Kaukasis" Olii Hercules.



Trochę Gruzja, trochę okolice. Rodzina autorki to Ormianie, którzy wyemigrowali na Ukrainę i jej pierwsza książka kucharska to "Mamushka", zebrała w niej przepisy ukraińskie (jeszcze nie mam *^v^*). Teraz wróciła do korzeni i podczas podróży po krajach Kaukazu zgromadziła tradycyjne dania z tego regionu, odwiedzając krewnych rozsianych po tamtych terenach. 


 
 


Kiedy przeglądałam tę książkę do tej recenzji to zorientowałam się, że zdecydowanie za rzadko do niej zaglądam. A są tu świetne przepisy na jedzenie, jakie uwielbiam - kiszonki, zupy, zapiekanki, dania mączne, dużo ziół. Mięso też jest, ale niewiele, czuć, że jest to kuchnia prostych ludzi, którzy przede wszystkim żywią się warzywami, zbożami i mlekiem/jego przetworami. Zdjęcia pokazują Gruzję zwyczajną, codzienną, swojską, nie ma fantazyjnych fotografii jedzenia zrobionych w studio, są gospodynie przy lepieniu pierogów (choć wydaje się, że te bluzki założyły specjalnie do zdjęć!... ^^*~~), kolorowa cerata na stole albo haftowane obrusy, takie życie mogło się toczyć równie dobrze w kuchni mojej babci pod Warszawą.


 


Drugą książkę upolowałam za 9 zł na promocji (ma trochę zabrudzoną okładkę), i nie jest zła, ale w sumie cieszę się, że nie wydałam na nią więcej pieniędzy... To "Gruziński Smak" Vaho Babunashvili i Radka Polaka.




To bardziej reportaż sentymentalny niż książka kulinarna, chociaż przepisy też są, jak sam autor twierdzi - jego pomysłu (a jednak znam te potrawy z tradycyjnej kuchni gruzińskiej!) Każdy rozdział to dawka historii podparta dużą ilością zdjęć - rodziny autora, różnych miejsc w Gruzji, i to jest oczywiście niesamowicie ciekawe i edukacyjne. Ale jeśli ktoś spodziewał się książki czysto i mocno kulinarnej, to się zawiedzie.


 

Niestety książka została wydana bardzo niechlujnie, Robert na chybił trafił zajrzał do kilku przepisów i są w nich błędy - mamy listę składników, a potem niektóre z nich są pominięte w opisie wykonania potrawy i nie wiemy, co z nimi zrobić i kiedy dodać. Redaktor naprawdę zawalił robotę! Zdjęcia też nie pomogą, bo są z kategorii "artystycznych ponad miarę", ogromne zbliżenia, fikuśne ustawienie składników.


 
 

***

Kolejnym brytyjskim kucharzem, którego książkę kupiłam to Sophie Dahl i jej "Miss Dahl's Voluptuous Delights".




Osobiste historie zaczynające każdy duży rozdział, prostota potraw, podział na pory roku a w każdej śniadania, lunche i kolacje. Sięgam do niej czasem i chyba chciałabym ją odkurzyć i znowu pogotować z przepisów panny Dahl. *^v^* Ta książka ma drugą część, której nie mam, ale się waham, czy nie nabyć, oraz trzecią wydaną niecały rok po drugiej (albo jest to kompilacja dwóch poprzednich, nie udało mi się tego ustalić...).


 
 
 

***

Śniadania.
Jestem z nich noga, jak dobrze wiecie. Moje opcje to: jajecznica na maśle, owsianka/jaglanka z owocami, naleśniki z powidłami albo cukrem. Kropka. Robert marudzi, że to nudy i ja go rozumiem, bo on lubi śniadania skomplikowane, wielowymiarowe, a ja rano nie mam siły na wymyślanie cudów-wianków!... *^w^* No to za jego poleceniem kupiłam książkę śniadaniową - "Poranne inspiracje" Violi Urban (autorka jest dietetykiem).




Książka podzielona jest na śniadania z lodówki - puddingi, nocne owsianki, hummus, pasty na kanapki; z patelni - omlety, placki, jajka smażone, naleśniki, frittaty, tofucznica, itp.; z rondelka - owsianki, kasze, budynie; pieczone - jajka zapiekane, tosty, muffiny, gofry; z blendera - koktajle. Przy każdym przepisie znajdziemy informacje, czy jest to danie np.: wegańskie, bez glutenu, bez jaj, bez laktozy, białkowo-tłuszczowe czy węglowodanowe, oraz kaloryczność i rozpiskę na poszczególne składowe: białko, tłuszcze, węglowodany, błonnik.


 
 


Proste pomysły, smakowite zdjęcia, czego chcieć więcej? Ja jestem bardzo zadowolona, bo ta książka zdecydowanie wzbogaciła mój repertuar śniadań! *^V^*
W kwietniu tego roku Viola Urban wydaje drugą książkę "Dieta na wynos. 100 pomysłów na zdrowy lunch".


Mam też "Śniadania świata" Beaty Pawlikowskiej.


Autorka dużo podróżuje i w tej książce znajdziemy wybór śniadań, z jakimi spotykała się w różnych krajach na całym świecie oraz jej propozycje na zdrowe sycące w dużym stopniu wegańskie śniadania: owsianki, jaglanki, gryczanki, komosanki, ryżanki, duszone warzywa, ciastka śniadaniowe, kanapki, muesli, placki. (autorka na co dzień żywi się wegańsko, ale bywa tak, że w podróży musi czasami iść na kompromisy bo nie ma nic czysto wegańskiego do zjedzenia)


 


Dużo zdjęć z podróży, takich zwyczajnych jakie robimy ja czy ty, czasami kiepskim aparatem, ale to świadczy o autentyczności przekazu, zdjęcia śniadań w przepisach też w stylu Pawlikowskiej - kolorowe, bez fanaberii i fikuśnej zastawy stołowej. 
Niekoniecznie must-have, raczej ciekawostka geograficzno-kulinarna ale przepisów jest tu sporo. ^^*~~




***

Mam jeszcze kilka innych książek, ale nie sięgam do nich często.
W przypadku "Big Table Busy Kitchen" Allegry McEvedy sytuacja jest podobna do "Jamie's Great Britain" - za dużo tutaj mięsnego gotowania w dużych ilościach, kupiłam ją odruchowo w TKMaxx bo była za grosze (tak, trafiają się tam książki kucharskie z brytyjskiego rynku w niskich cenach), zawsze lubiłam oglądać programy kulinarne tej kucharki, ale jej książka niezbyt mi się przydaje.




Z kolei "Kipi kasza" Pawła Łukasika i Grzegorza Targosza to całkiem fajny zbiór przepisów na potrawy z udziałem kasz wszelakich. Najpierw dostajemy historię kasz, krótkie opisy, sposoby gotowania, a potem kalejdoskop przepisów, coś tam kiedyś ugotowałam, pozaznaczałam przepisy do wypróbowania i zapomniałam o tej książce. Teraz jemy szczególnie dużo kasz, więc może wrócę do tych przepisów! *^v^*




Mam książki z przepisami na koktajle - zaglądam okazyjnie, myślę, że na wiosnę i latem będę częściej po nie sięgać.

O książkach kucharskich po japońsku, które przywiozłam z wakacji nie będę chyba pisać, bo i tak nie są u nas dostępne, chyba, że ktoś jest zainteresowany którymś tytułem w szczególności, to proszę dać znać. Znajdziecie je tutaj i tu.



Mam dwie książki z przepisami retro, na razie pozostają dla mnie ciekawostką, nic z nich nie ugotowałam, pisałam o nich tutaj.



I to na razie tyle książek kucharskich, które mam, do których zaglądam, z których gotuję lub planuję gotować. Jeśli macie jakieś pytania lub chcecie głębiej sięgnąć do którejś publikacji, to proszę pisać w komentarzach. *^o^*


Informacja z ostatniej chwili: w tym roku obok Nigela Slatera również Jamie Oliver zamierza wydać książkę poświęconą warzywom. Z opisu można wywnioskować, że będzie to kuchnia wegetariańska, premiera 22 sierpnia a tytuł "Veg: Easy and Delicious Meals for Everyone". *^o^*

Monday, March 11, 2019

Chora...

Znowu jestem chora, od piątku... W piątek cały dzień spędziłam na kanapie pod kocem, przysypiając, oglądając Netflixa, trochę też szkicowałam i udało mi się skończyć obrazek nad którym pracowałam z przerwami, żeby za bardzo nie obciążać ręki. 
I'm sick again, since Friday... I spent the whole day on the sofa under the blanket, sleeping, watching Netflix, I've been sketching a bit and I managed to finish the drawing I've been working on recently taking breaks to give my hand a rest.



W sobotę poczułam się lepiej a ponieważ mieliśmy już kupione bilety na Whisky And Friends Festival to poszliśmy, i to był błąd, bo super wietrzna i deszczowa pogoda bynajmniej nie przysłużyła się mojemu zaziębieniu... Wręcz przeciwnie, pod wieczór do kataru dołączył kaszel i ból gardła, więc niedzielę postanowiłam spędzić w domu. Dodatkowo, festiwal okazał się niezbyt ciekawy, było mało wystawców, na dużej ilości stoisk większość alkoholi (albo wszystkie!) była osobno płatna do spróbowania, a w sklepie festiwalowym już w połowie dnia brakowało towaru (alkohole są często przecenione nawet o 50%, więc opłaca się iść na festiwal na zakupy). Nie podoba nam się taka polityka, same bilety wstępu nie są tanie, a z imprezy na imprezę jest coraz mniej ciekawych alkoholi do spróbowania w ramach biletu, firma goni w piętkę zapraszając coraz mniej wystawców i daje do kupienia bardzo limitowane ilości towaru. Mamy nadzieję, że jesienny festiwal Whisky Live, organizowany przez inną hurtownię, okaże się bardziej interesujący, zresztą właśnie na nim oferowane są moje ulubione whisky ze Szwajcarii, Tasmanii i duński rum! *^V^*
On Saturday I felt a bit better and because we already had tickets for Whisky And Friends Festival I decided to go. It was a mistake. The super windy weather and the rain didn't do any good to my sickness, on the contrary... In the evening the running nose was accompanied by the cough and sore throat, so I decided to stay home on Sunday. Also, this festival's edition was poor, just a few stalls and in some of them most of the samples (or all of them!) were not free but for the separate coupons. People often go to the festival to buy whisky in good prices but here in the middle of the day many brands were already gone! We can observe this practice from one event to another and we do not like it, the tickets themselves are not that cheap and you get less and less for the ticket... We hope the Autumn Whisky Live festival, organised by a different wholesaler, will be much better. They have my favourite whiskies from Switzerland, Tasmania and the Danish rum! *^V^*

kliknij żeby powiększyć / click to enlarge


W niedzielę pomiędzy chorowaniem nadrobiłam zaległości w praniu, oglądaliśmy zawody sumo i skoki narciarskie, ugotowałam hinduski obiad. Robert grał w Yakuzę na PS3. Spokojna domowa niedziela. ^^*~~
Chciałabym już wiosnę, ale taką porządną, upalną, do noszenia bawełnianych sukienek! Nie wiem, czemu w tym roku tak mi się spieszy, ale tęsknię za spacerami w ciepłym słońcu i kawą w kawiarnianym ogródku. I już nie chcę być chora!....
On Sunday in between being sick I caught up with my laundry, we watched sumo and ski jumps, I made Indian lunch.  Robert played Yakuza on PS3. A calm Sunday spent at home. ^^*~~
I've been waiting for Spring, but the real one, warm one, when you can go out in a cotton dress! I don't know why I am so impatient this year but I really miss long walks in the warm sun and coffee in the cafe's gardens. And I seriously don't want to be sick anymore!...

***
DOJadanie

Obiecałam dzielić się naszymi jadłospisami, tak więc pierwsze kilka wegańskich dni (nie dopisuję owoców, ale w trakcie dnia o różnych porach jadamy banany, jabłka, gruszki, pijemy też koktajle na bazie wegańskiego mleka albo jogurtu z owocami):

środa, 6 marca
śniadanie: smażony szpinak, burak liściowy, pomidory z przyprawami, z dodatkiem wegańskiej mozarelli, chleb, domowe konfitury 
lunch: ryż, kiszonki, warzywne japońskie curry (niestety, japońska kostka curry instant składa się m.in. z tłuszczu pochodzenia zwierzęcego i żelatyny, co doczytałam już po jedzeniu, inne wersje miewają anchovies albo bulion mięsny, więc nie będziemy więcej jedli kare raisu podczas DOJadania...)

czwartek, 7 marca
śniadanie - ja zjadłam jaglankę z tartym jabłkiem i rodzynkami, Robert resztę wegańskich dań hinduskich, jakie gotowałam na początku tygodnia
lunch: zupa z soczewicy z przyprawami (mieszanka Florpak), chleb
kolacja: kalafior w przyprawach smażony, ryż, kiszone warzywa japońskie



piątek, 8 marca
śniadanie: ja zjadłam gryczankę z kakao, daktylami i owocami (książka "Nowa Jadłonomia"), Robert jadł kanapki z serkiem do smarowania i rzodkiewkami
lunch: sałatka na ciepło z kaszy gryczanej z przyprawami ("Dania Babci Zosi"), z fasolką szparagową i vegańską fetą Violife
kolacja: spaghetti z pesto z liści rzodkiewki (oprócz pestek słonecznika dałam też pestki dyni i resztkę płatków migdałowych), z awokado i wegańskim parmezanem Violife


sobota, 9 marca
śniadanie: tofucznica (Jadłonomia) z kokosowym bekonem (Jadłonomia), sałatka z różnych pomidorów, rzodkiewki, chleb, serek do smarowania Violife, domowe konfitury z białych porzeczek


lunch: na mieście - bar hinduski Punjab (Warszawa, Al. Krakowska 256, bardzo polecam wegetarianom i mięsożercom, autentyczna domowa kuchnia hinduska w której stołują się hinduscy kierowcy taksówek, *^v^*, niestety nie udało nam się zjeść czysto wegańskiego obiadu - dostaliśmy raitę do ryżu zrobioną na jogurcie, placki latcha paratha są smarowane masłem a masala chai zalana mlekiem...)
kolacja: kanapki z masłem orzechowym i domowymi powidłami śliwkowymi

niedziela, 10 marca
śniadanie: kiełbaski ziołowe BezMięsny, chleb, pomidory, ogórki i rzodkiewki, serek do smarowania Violife, guacamole
kolacja: kanapki - masło orzechowe z domowymi konfiturami, rukola z wegańską fetą, pieczonym burakiem, rzodkiewkowym pesto i kokosowym bekonem.



Jak na razie dwa potknięcia, ale ogólnie rzecz biorąc nieźle nam idzie. Pierwszy tydzień to dużo dań hinduskich bo bardzo lubimy tę kuchnię ale też dlatego, że łatwo mi je zrobić - tylko do ziemniaków z kuminem musiałam poprosić Roberta o obranie ziemniaków, żeby oszczędzać moją bolącą prawą rękę, tak samo jest z krojeniem chleba, reszta dań to było dodawanie przypraw, dosypywanie ryżu czy soczewicy, sama kroję miękkie warzywa. Pesto z liści rzodkiewki i dodatków zrobił za mnie blender a makaron sam się ugotował. ^^ Ale już marzą mi się pierogi, np.: z ziemniakami i bobem, indyjskie samosy, lasagna, wciąż chcę jeść rozgrzewające gęste zupy pełne warzyw i kaszy albo makaronu, risotta z grzybami.

Wednesday, March 06, 2019

DOJadanie

Today, as usual for the past few years, we are starting the Yearly Slimming of the Menu period that will last for 44 days. This year, because we have already been eating very healthy, we decided to try vegan diet. We'll see how it goes and if it changes anything in our health (I even did the blood tests for iron and B12 vitamin and I'm going to have them repeated at the end of April together with the test for calcium in my bones). It's just an experiment for now, to try something new, maybe something more healthy than flexitarianism, to loose some weight, to get fitter and have more energy. I'll post recipes and our progress, good and bad, on the blog. *^v^* 
Also, I wanted to bring my readers' attention to the importance of the aspect of reading the labels on the food we buy. Way too often we assume some products have only good natural ingredients and they don't, they're full of preservatives, colorants, thickeners, and who-knows-what-else... Let's be the conscious buyers and check what we get and feed our families! ^^*~~

Jak co roku, dziś zaczynamy DOJadanie. Czy wszyscy gotowi? Lodówki i szafki kuchenne wyczyszczone ze słodyczy i przekąsek? Półki pełne warzyw, owoców, zbóż?
U nas z roku na rok jest coraz trudniej, bo na co dzień żywimy się już tak grzecznie, że nie za bardzo jest co odstawiać, żeby się oczyścić na wiosnę... *^^*~~ (no, na przełomie roku nie było tak grzecznie, święta u teściów były pełne jedzenia a potem karnawał, faworki i takie tam... *^w^*) Oczywiście na te kilka tygodni odstawimy alkohol i słodycze (papierosów mąż nie pali już od jesieni), ale w tym roku dodatkowa rewolucja - DOJadanie będzie trwało od 6 marca do 19 kwietnia i w tym czasie przejdziemy na weganizm. *^O^*~~
(z wyjątkiem dla festiwalu Whisky and Friends 9 marca, bo nie mamy wpływu na datę tego wydarzenia, a po festiwalu idziemy jak co roku na hinduskie jedzenie - wegańskie, jeśli się uda! ^^)
Będziemy się zajadać warzywami pod najróżniejszymi postaciami - gulaszy, placków, pierogów, w sałatkach i surówkach, gotowane, grillowane i duszone. Do tego zboża i strączkowe. *^V^*

~*~

Mała uwaga: Wiem, że czytelnicy mojego bloga to ludzie na poziomie i nie spodziewam się awantur w komentarzach, ale wiem też, że jedzenie to temat niesamowicie drażliwy i często ludzi w niezrozumiały dla mnie sposób uwiera to, dlaczego inni jedzą inaczej niż oni... Dlatego wolę na początku zaznaczyć, że to, że ja dokonuję takich wyborów nie oznacza, że usiłuję kogokolwiek do nich nakłonić czy prawić komuś kazania! Dodatkowo, nie zamierzam nazywać siebie wegetarianką ani weganką, bo nimi nie jestem - mimo, iż od kilku lat kupuję tylko kosmetyki i detergenty nie testowane na zwierzętach wciąż czasami jadam mięso (ryby i owoce morza to też mięso), jem jajka, nabiał, miód, noszę wełnę i skórzane buty. Nikogo nie oceniam, nie mówię, że jakiś sposób żywienia jest lepszy czy gorszy. Dzielę się moim pomysłem na życie, podpowiadam produkty na podstawie mojej aktualnej wiedzy ale nikogo nie zmuszam, żeby też jadł tak jak ja. Poznałam historie osób, którym żywienie wegańskie bardzo pasuje ale też osób, u których taki sposób żywienia wywołał szereg dolegliwości i musiały powrócić do jedzenia produktów odzwierzęcych. Dla nas to jest eksperyment, który na razie nie zakłada długiego okresu weganizmu, chcemy się oczyścić, odchudzić i przekonać, jak taki sposób jedzenia wpłynie na nas. Wiem, że są różne poglądy na to, co jest zdrowe a co nie, są różne sposoby pozyskiwania jedzenia bo zarówno produkty roślinne jak i zwierzęce mogą być np.: ekologiczne albo pełne niezdrowych dodatków przyspieszających i zwiększających produkcję ze szkodą dla roślin/zwierząt i zdrowia konsumenta, i szanuję to, że każdy wybiera swój sposób żywienia.
Dodatkowo, mimo, iż nasz "post" ze swoimi ograniczeniami zbiega się w czasie z postem przed Wielkanocą nie ma charakteru religijnego, jest raczej oczyszczeniem się na przedwiośniu i zmianą nawyków żywieniowych.

~*~

Książki m.in. pełne przepisów wegetariańskich i wegańskich.

Skąd taki pomysł? Po pierwsze, dlatego, że chcąc się oczyścić i uszczuplić przed wiosną chcemy z czegoś zrezygnować, a jak już pisałam na co dzień jadamy już mało mięsa i słodyczy, więc wybraliśmy troszkę bardziej radykalną drogę.
Po drugie, jest to eksperyment zdrowotny. Na wizycie u osteopaty Robert usłyszał, że dobrze by było, gdyby na jakiś czas odstawił nabiał, ze względu na zawartą w nim kazeinę (nie, o dziwo, tak popularną laktozę!). Z kolei ja przez całe życie pijąc mleko i jedząc wszystkie przetwory mleczne w dużych ilościach nigdy nie miałam żadnych związanych z tym dolegliwości żołądkowych, ale... ostatnio poczytałam trochę o tym, że mleko może powodować nieustające katary i kaszel, a ja właśnie tak mam! Od dziecka nie ruszam się z domu bez chusteczek, ciągle cieknie mi z nosa i zawsze "mam coś przeszkadzającego w gardle"! Także jestem bardzo ciekawa, czy odstawienie mleka i jego przetworów coś zmieni w stanie mojego zdrowia pod tym kątem. Trochę też niepokoję się wpływem mięsa na nasze zdrowie po tym, jak moja mama jadła go bardzo dużo i zachorowała na raka... (wyniki badań Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem dotyczące rakotwórczości spożywania mięsa przetworzonego, widzieliście kiedyś skład wędlin w pierwszym lepszym sklepie?....)
Z ciekawości zrobiłam sobie badania poziomu żelaza i witaminy B12 na początku DOJadania i zrobię je pod koniec kwietnia, wraz z zawartością wapnia w kościach.
Będę meldować o wynikach eksperymentu! *^o^*




Wiem, że Robert będzie tęsknił za mlekiem, serami i maślanką, ja najbardziej za jajkami, ale chcemy spróbować i zobaczyć, czy taka zmiana żywienia spowoduje jakieś zmiany w nas. Istnieją różne wegańskie zamienniki, zobaczymy jak się sprawdzą, już niedługo podzielę się naszymi odkryciami i spostrzeżeniami. Z pomysłami na dania nie będzie problemu bo potrawy wegańskie gotuję od lat, najadamy się nimi po czubek głowy ("jak nie zjem mięsa to jestem głodna" to wielki mit, który tkwi w naszych głowach, nie żołądkach! *^V^*) i mam zapas dobrych książek z przepisami. Oczywiście będę się nimi dzielić, żeby Was inspirować! Na blogu w zakładce COOK znajdziecie spis potraw wegańskich i wegetariańskich jakie już kiedyś gotowałam.





Poniżej przydatne linki związane z naszym corocznym DOJadaniem:
DOJ 2017 podsumowanie

Acha, i przypominam, że DOJadanie to nie jest szybka dieta dla zrzucenia kilku kilogramów, po której wrócicie do poprzedniego sposobu żywienia. To czas na wypracowanie nowych zdrowszych nawyków żywieniowych, wypróbowanie czegoś nowego (np.: żywienia wegetariańskiego, wegańskiego albo może odstawienie cukru czy glutenu, żeby zobaczyć, jak nam z tym).


Dwie górne książki nie są czysto wege, ale mają duży wybór przepisów wegetariańskich i wegańskich. "Cała obfitość" zachwyca m.in. wyborem niesamowitych sałatek, będą jak znalazł nadchodzącej wiosny i latem! *^o^*

Chciałabym też w tym roku zwrócić Waszą uwagę na świadome kupowanie. Na początku stycznia słuchałam w radio audycji na temat dodatków do żywności i padło tam wtedy takie zdanie: "każdego dnia zjadamy około 80 różnych dodatków w produktach żywnościowych, jak barwniki, konserwanty, wzmacniacze smaku, itp".  No, nie każdy z nas zjada.
Owszem, jeśli żywimy się daniami gotowymi do podgrzania albo jadamy w fastfoodach, to tak. Natomiast jeśli większość składników kupujemy pojedynczo i z nich sami przyrządzamy nasze posiłki oraz CZYTAMY SKŁADY na opakowaniach, to wcale nie musi tak być! Nie mówię, że wszystko zaraz musi być eko i bio, to kosztuje i nie każdego na to stać, tak więc takie zakupy róbmy na miarę naszych możliwości. Ale każdy może zapoznać się ze składem na opakowaniu i może wybrać, czy kupić tę rzecz i zjeść, czy też nie.


 Warzywa z upraw ekologicznych dostępne w Biedronce. *^v^* 
Pomidory kosztowały 7,90 zł, awokado 9,90 zł, banany 4.92 zł. Szkoda, że wszystko zapakowane w folię...


Dla porównania, skład produktów od różnych producentów - na przykład chrzan. Możemy kupić w warzywniaku korzeń chrzanu i go zetrzeć na tarce, wtedy będzie on wolny od sztucznych dodatków (chyba, że był nawożony podczas uprawy, ale tego się chyba z chrzanem nie robi, bo on sam rośnie jak szalony w każdej ziemi... ^^) i sami zdecydujemy, czy i ile dodamy do niego soli, cukru, śmietany, soku z cytryny.
Ale dla wygody możemy kupić gotowy starty chrzan w słoiku, sama tak robię. Są na przykład takie:



Albo Chrzan extra Wieluński firmy Luniak, kupuję go od lat:


Leclerc, ok. 5 zł


Albo frytki. Co może być prostszego niż frytki! Albo sami obieramy ziemniaki i kroimy jest w słupki, albo kupujemy mrożonkę, gotowe obrane i pokrojone kartofelki. Otóż nie tylko...
Pomińmy milczeniem frytki zrobione z odtwarzanej pulpy ziemniaczanej, bo i takie się zdarzają (tak samo jak chipsy...), skupmy się na pokrojonych ziemniakach. Poniżej kilka przykładów mrożonych frytek, każde z nich zawierają olej, bo są przeznaczone do przyrządzenia w piekarniku, ale olej olejowi nie równy - może być niezbyt zdrowy i nieetycznie uprawiany palmowy (najgorszy dla zdrowia jest ten utwardzany!), może być lepszy słonecznikowy.





Tu jest już dłuższy skład, i co ciekawe, mimo, że produkt jest do przygotowania wyłącznie we frytownicy, do której sami nalejemy wybrany olej, ziemniaki już są nim nasączone...




A teraz kiler! *^W^* Moim antyfaworytem jest taka wersja "super chrupiąca" o chyba najdłuższym na świecie składzie, jak na frytki!...



Zdradzę, że najlepiej wypadła marka Proste Historie Iglotex, to były ziemniaki i olej słonecznikowy. Zresztą to moja ulubiona marka produktów mrożonych, kupuję ich warzywa i zupy.


Albo - jedna z sieci sklepów spożywczych zachęca - kupujcie nasze wędliny, mamy własną wędzarnię! Na ladzie chłodniczej wystawiony jest segregator z opisem każdej z wędlin i składem (to jak etykieta na opakowaniu i obowiązkiem każdego sklepu jest udostępnić taki spis) a w nim - dobrze, że nie ma całej tablicy Mendelejewa!... Własna wędzarnia...


Albo - co kilka lat wybucha w mediach "afera wanilinowa"... *^w^* Nagle ktoś będąc na zakupach przetrze okulary i doczyta się, że na opakowaniu cukru do pieczenia jest napisane WANILINOWY, a nie waniliowy, tak jak mu się zawsze WYDAWAŁO!... I w krzyk! Że producenci nas oszukują!... Że wszyscy byli przekonani, że tam jest prawdziwa wanilia, a nie ma, bo wanilina jest produktem laboratorium. A przecież to nie jest wina producentów, że ludzie są bezmyślni i nie czytają napisów ze zrozumieniem! *^O^* Wręcz przeciwnie, producent wprost i bez krętactw poinformował konsumenta, co znajduje się w opakowaniu. Oszukaństwem byłoby przecież, gdyby w torebce była wanilina, a na opakowaniu napisane by było, że jest tam prawdziwa wanilia!... Cukier wanilinowy był sklepach od kiedy pamiętam, czasami leżał nawet tuż obok cukru waniliowego z dodatkiem prawdziwej wanilii, wystarczyło przeczytać napisy na opakowaniu ze zrozumieniem.


 
Chcecie fast food? 
To jest porządny zdrowy tani fast food (ok. 4-6 zł, dwie-trzy porcje w jednym opakowaniu)! *^V^*
Albo taki jak poniżej (8-10 zł, cztery porcje w jednym opakowaniu).
Wszystkie te dania to 15-25 minut gotowania (w zależności od zboża), można je uzupełnić świeżymi warzywami, orzechami, serem, jajkami, i już jest pyszny i zdrowy pełnowartościowy obiad!

A to jest najszybszy fastfood na świecie - 2 minuty we wrzątku! *^V^*
Świeże ravioli o bardzo dobrym składzie, z Biedronki. 2 minuty to tyle, ile zajmie nam zrobienie do nich surówki z pomidorów, cebuli, pestek granatu i oliwy. ^^*~~ Na koniec posypujemy ravioli tartym parmezanem, rukolą i pestkami dyni.
 


To od nas zależy, który produkt zdejmiemy z półki w sklepie i włożymy do koszyka. I oczywiście, wszystkie te sztuczne dodatki do żywności są przebadane i dopuszczone do obiegu, więc nie są nielegalne i łyżeczka chrzanu z barwnikiem i konserwantem, i mlekiem w proszku, i błonnikiem pszenno-bambusowym, i skrobią kukurydzianą nie zabije nas na miejscu. Ale ja wychodzę z założenia, że jeśli mam już jeść żywność przetworzoną, to niech ona będzie przetworzona w najbardziej prosty i naturalny sposób - niech jogurt będzie pełen bakterii jogurtowych, a nie żelatyny, barwników, mleka w proszku, konserwantów i innych cudów. No i jeżeli zjadamy po kilka konserwantów i stabilizatorów w KAŻDYM posiłku, który jemy w trakcie dnia, to to się nawarstwia i kumuluje, i po co nam to?


 Kasza jaglana 5,99 zł, kasza manna 6,99 zł. Sklep Organic Market

Wiecie, że od lat zaopatruję moją kuchnię w składniki a nie w gotowe dania i zwracam dużą uwagę na to co producent napisał na etykietach. Owszem, czasami kupuję gotowe produkty pełne dodatków, bo lubię ich smak, na przykład niedawno stałam się fanką sosu sezamowego firmy Mosso (Kewpie), który wcale nie jest taki zdrowy, ale ja o tym wiem, bo przeczytałam skład. No i takie produkty w moim jadłospisie stanowią promil, nie podstawę.

Ale zaraz ktoś napisze, że mnie jest łatwo mówić o dobrej jakości produktach, bo mnie stać, a takie pełne chemii są tanie i ludzie mogą sobie pozwolić tylko na takie jedzenie.
Owszem, ale dlaczego mnie stać?
W moim przypadku to jest kwestia priorytetów co chcę jeść a czego nie - prawie nie kupujemy mięsa i wędlin, nie wydajemy pieniędzy na słone przekąski, słodycze, słodkie napoje gazowane, fastfood, dzięki temu możemy sobie pozwolić na szczęśliwe jajka od grzebiących kurek czy produkty z upraw ekologicznych, taki jest nasz wybór. Mogłabym każdego dnia wychodzić ze sklepu z torbą pełną kotletów i kiełbas, żebyśmy trzy razy dziennie jedli coś mięsnego (tak żywili się moi rodzice...), z butlą coli, chipsami, ciastkami do pogryzania przed telewizorem, z mrożonymi pizzami. Na kolację zjadać kromkę białego chleba z plasterkiem żółtego sera o tragicznym składzie... Ale tego nie robię bo nie chcę. Bo nasze kanapki to piramida warzyw na jakimś fajnym chlebie gruboziarnistym, który ma świetny smak.
Chodzi mi o to, że prawie zawsze istnieje możliwość takiego rozdzielenia naszych środków przeznaczonych na jedzenie, żeby wybrać najlepsze najzdrowsze opcje, to zależy od decyzji, jakie my podejmujemy w sklepie. 

Prawie zawsze, bo zdaję sobie sprawę, że są ludzie żyjący w skrajnej biedzie i dla nich nawet najtańsze (słabej jakości) produkty żywnościowe są drogie, co jest bardzo smutne. Ale odnoszę się do sytuacji, w której taki wybór mamy. A już na pewno do sytuacji, w której stać nas na jedzenie droższe, ale ignorujemy składy i nie czytamy etykiet, sięgając na sklepową półkę po cokolwiek, z przyzwyczajenia, i zaniedbując własne zdrowie!


 Leclerc, 7,99 zł

I jeszcze jedno - wiecie, że jestem zwolenniczką małych kroków i nie uważam, że trzeba od razu radykalizować naszych wyborów. Kiedy kilka lat temu podjęłam decyzję o niekupowaniu kosmetyków czy detergentów z firm testujących na zwierzętach to nie wyrzuciłam wszystkiego, co miałam w domu. Stopniowo je zużywałam, a nowe rzeczy wybierałam już tylko z firm nietestujących. Tak samo można zrobić z jedzeniem - poczytaj składy i kup jedną, dwie rzeczy lepszej jakości, dziś będzie cię stać na to, jutro na tamto, ja też nie robię w 100% zakupów w sklepach ekologicznych, w ten sposób małymi krokami polepszysz zawartość swojej lodówki (albo nie lodówki, bo np.: pomidory trzymamy poza chłodnią! ^^*~~).
(Uprzedzając pytania, dlaczego kupuję kosmetyki nietestowane na zwierzętach ale wciąż jadam mięso - bo jestem akurat w takim miejscu w moim życiu. Kiedyś w ogóle nie zwracałam uwagi na składy jedzenia czy kosmetyków, ani na miejsce pochodzenia czy sposób pozyskiwania, być może za jakiś czas moje poglądy się zmienią i odejdę od produktów odzwierzęcych w 100 procentach, tego jeszcze nie wiem. Dlatego nikogo nie namawiam, nie prawię kazań, nie twierdzę, że mój sposób na życie jest jedyny na świecie. Każdy dokonuje swoich wyborów.)

To my konsumenci decydujemy za pomocą naszych portfeli co jest dostępne w sklepach. Pamiętacie czasy, kiedy można było kupić wyłącznie jajka fermowe? Potem zaczęły się pojawiać ściółkowe, w niewielu dużych supermarketach, a gdy okazało się, że szybko znikają z półek bo ludzie chcą lepszego produktu nawet za trochę wyższą cenę, bardzo szybko jajka od kur z wolnego wybiegu a nawet ekologiczne zapełniły nawet najmniejsze sklepiki, a ich ceny spadły. Pamiętacie czasy, kiedy dany produkt zawierał to i tamto? *^v^* Dzisiaj łatwiej trafić na produkt którego etykieta nas informuje, że NIE zawiera: konserwantów, zagęstników, barwników, co jest fajne, bo widać, że z jednej strony konsumenci mają coraz większą świadomość tego co chcą kupować i jeść a z drugiej - producenci odpowiadają na to zapotrzebowanie usuwając ze swoich produktów zbędne elementy. Jeśli będziemy czytać składy produktów i sięgać po te zdrowsze, sklepy będą zamawiać więcej właśnie takich rzeczy, a nie tych z polepszaczami i konserwantami, bo po prostu zwycięży prosty rachunek ekonomiczny - ludzie chcą kupować to a nie tamto, a przy okazji skorzysta nasze zdrowie!
Uważam, że jesteśmy tym co zjemy i zachęcam do czytania składów produktów żywnościowych, nie zakładajmy, że na pewno każdy jogurt składa się wyłącznie z mleka i bakterii jogurtowych a każdy majonez tylko z żółtka, musztardy, octu, oleju i przypraw, zobaczmy to na etykiecie, niech do nas należy decyzja co zjemy, nie róbmy tego nieświadomie.
(Przypomniało mi się, jak kiedyś kefir Danone zmienił opakowanie, stało się wyższe, smuklejsze, spojrzałam kiedyś na etykietę świadomie i co się okazało? Kiedyś dostawaliśmy 200 ml kefiru a teraz było go już tylko 170 ml!!!...)


Ekologiczne jajka 9,99 zł, Kefir 2,99 zł, cukinia 7,99 zł, wszystko z Biedry.


I niech nawet nikomu nie przyjdzie do głowy napisać w komentarzu, że jest tak zapracowany, zabiegany i zajęty, że nie ma czasu w sklepie spojrzeć na skład jedzenia, które kupuje!!! *^W^* To by oznaczało, że jest Wam wszystko jedno czy Wy i Wasze rodziny jecie zdrowsze czy mniej zdrowe jedzenie, a w to nigdy w życiu nie uwierzę!

[Przy okazji, polecam taki genialny sposób na przechowywanie ziół i liściastych - szpinaku, buraka ćwikłowego: do słoika z wodą i do lodówki, naprawdę przedłuża to ich świeżość i żywotność! Testowane na szpinaku, kolendrze i dymkach. *^-^* Wprawdzie jak nastawiamy na drzwiach lodówki kilka słoików, to już nie ma miejsca na 2 litrowe butle coca-coli, ale cóż z tego?! *^W^*
EDIT: dziękuję za podpowiedzi o mrożeniu pokrojonych ziół, tak, ja też tak robię przygotowując zieleninę na zimę, ale pomysł z ziołami w słoiku z wodą w lodówce jest przeznaczony dla szpinaku/ziół spożywanych na bieżąco. Lada dzień pęczki z natką pietruszki czy kolendrą będą bardzo duże i trudno je będzie zjeść do jednego dania, a słoik z wodą znacznie przedłuży ich żywotność.]



Jeśli dołączacie się do naszego DOJadania to napiszcie w komentarzu, co chcecie zmienić/wypróbować przez ten czas i powodzenia dla nas wszystkich! *^v^*