Sunday, June 19, 2016

Trza być w kwiatach na weselu!...

Ta sukienka wisiała prawie skończona od stycznia. Tak, jak były mrozy, to ja szyłam batyst!... Ale zabrakło jej suwaka i podłożenia brzegów bo mnie zabrakło wtedy weny, i dopiero w zeszły piątek zabrałam się do pracy nad nią, tym bardziej, że szykowała się okazja do założenia nowej kiecki. ^^*~~
This dress was on a hanger unfinished since January. Yes, when there was freezing Winter outside I was working with cotton batiste!... But I lost my sewing mojo and the dress didn't get to zipper stage. But last Friday I managed to sit at the sewing machine again and finally finished it! Lucky me because I had an occasion for a new dress coming. ^^*~~



Tkaninę już znacie, dwa lata temu kupiłyśmy z Zuzą cztery metry na spółkę i wtedy uszyłam dla niej letnią sukienkę. Moja część czekała i czekała na jakiś pomysł, aż wreszcie płynność batystu skojarzyła mi się z wodą - dekolt woda! *^v^* 
You know this fabric, tow years ago me and my friend Zuza bought together 4 metres of it and I made a Summer dress for her. My chunk was waiting and waiting for a good idea of a dress and then I connected the flowing characteristic of a batiste with water - hence the draped cowl neckline! *^v^*




Dół pozostał prostym trapezem, bo już tylko na taką spódnicę zostało mi materiału (przód z dekoltem-wodą jest cięty ze skosu, więc zabiera kawał powierzchni!). Ale akurat tutaj bardzo mi taki pasuje, nie chciałam przekombinować tej sukienki obfitością dołu i marszczeniami, a na cięcia i wiele elementów bym się nie zdobyła, ten batyst jest z tych śliskich i uciekających, miałam z nim wystarczającą zabawę z czterema częściami wykroju!... Brzegi bluzki są odszyte taśmami ze skosu z tej samej tkaniny, a dół jest po prostu podłożony i podszyty.
The skirt is a simple trapezoid, that's all I could do with the fabric I had left (draped necklines are cut on bias and they take a lot of fabric space), but I don't mind. I didn't want to overconstruct this dress, the full gathered skirt would be too much and the complicated skirt with many cuts would be way too much for my patience, the batiste was running away from the machine, the table and my hands enough even with just four pieces of the pattern!... The blouse was finished with bias tape and the skirt edge was just flipped under and sewn.




Wyszła mi zwiewna letnia sukienka, którą można założyć na weekendowy spacer po mieście, ale można też "podwyższyć jej status" kilkoma eleganckimi dodatkami (żakiet, szpilki, kapelusz) i założyć np.: na wesele. 
The result is an airy Summer dress that can be worn on a weekend stroll in the city but also can be accessorized (with a jacket, high heels and a hat) and put on for a wedding party. 




A propos wesele, dokładnie dwanaście lat temu, 19-go czerwca, to my organizowaliśmy nasze wesele, jak ten czas leci!.... *^v^*~~~
Speaking of a wedding party, exactly twelve years ago we had our wedding ceremony, times flies!.... *^v^*~~~





Dzisiejszy dzień spędziliśmy jedząc i spacerując, nie mieliśmy pomysłu na jakieś huczne obchody. Zaczęliśmy od śniadania w Coco (przyzwoite):
We spent this anniversary eating out and taking a walk, we didn't have any good ideas how to celebrate. We started with breakfast at Coco café (a nice one):




(tak naprawdę mieliśmy zacząć w Me Gusta Cafe obok, ale na takie hipsterskie miejsca jesteśmy już chyba za starzy... najpierw siedzieliśmy przy stoliku przez jakiś czas omijani wzrokiem przez kelnerów, którzy dopiero zaczepieni poinformowali, że jest samoobsługa - nie można tego gdzieś napisać?... albo powiedzieć klientom, przecież widać, że weszli i usiedli, i siedzą jak sierotki rozglądając się za kelnerem!..., a potem dowiedzieliśmy się, że na śniadanie będziemy czekać co najmniej pół godziny, mają tam jedną osobę w kuchni czy co?...)

A z obiadem już nie chcieliśmy eksperymentować i wybraliśmy niezawodne Pini! *^V^* Polecamy u nich wszystko, jeszcze na żadnej potrawie się nigdy nie zawiedliśmy!
For dinner we chose the best steakhouse we ate in - Pini!  *^V^* We can recommend everything from the menu there, we were never disappointed!




***

Kartki z codziennika. (ryby można kliknąć i powiększyć)
Daily journal pages. (click the fish pictures to enlarge)









Wednesday, June 15, 2016

Niedzierganie, czytanie i pyszności azjatyckiego świata

Miało być dzisiaj o czytaniu i dzierganiu, ale czytam wciąż to samo co w zeszłym tygodniu a na drutach nie mam nic. Skończyłam czwartego Piórkowego (czeka na wciągnięcie nitek i zblokowanie), o dziwo skończyłam coś jeszcze - bardzo starego UFOka, któremu muszę tylko doszyć rękawy do korpusu i zdecydować, czy mi się podoba i czy będę go nosić... ^^*~~ Tak więc, wkrótce spodziewajcie się zdjęć nowych udziergów!
I wanted to write about reading and knitting today but I still read what I did last week and I have nothing on my needles. I finished my fourth lightweight pullover (it awaits blocking) and I also finished some very old UFO. Now I need to decided whether I like it and am I going to wear it at all... ^^*~~ So please expect photos soon!

***

Jeśli ktoś chciałby mi zrobić prezent, to co aktualnie najbardziej by mnie ucieszyło?
Dwie rzeczy - praca w Tokio i przeprowadzka tamże albo coś związanego z rysowaniem/malowaniem. ^^*~~ 
Pimposhka wybrała drugą opcję i obdarowała mnie pięknym szkicownikiem do akwareli firmy Fabriano (ciekawe, czemu u nas nie ma tego produktu w sklepach dla plastyków?...) - rozmiar kieszonkowy A6, twarde okładki, kartki 200 gsm, cudo! Najchętniej już bym się do niego dobrała ale zdyscyplinowałam się i najpierw wykończę szkicownik Derwenta, który zaczęłam kilka dni temu. Tamten też jakoś sobie radzi, chociaż kartki 165 gsm nieco falują pod wpływem wody.
If you want to give me something, what would be the best choice right now?
Two things - job in Tokyo and moving there or something connected with drawing/painting. ^^*~~
Pimposhka chose the latter and sent me a beautiful watercolour sketchbook by Fabriano (why don't they sell it in Poland?...) - pocket size A6, hard bound, pages 200 gsm, wonderful! I'd love to start drawing in it already but I told myself to use what I have first. I've been working in a Derwent Journal for a few days and it's okay, not that good for watercolours with 165 gsm paper but it'll manage.




Ale to nie koniec ludzkiej życzliwości, bo Iza pomogła mi w zakupie i transporcie do Warszawy szkicownika do akwareli Leuchtturm w sklepie w Poznaniu, dzięki czemu oszczędziła mi płacenia sporej kwoty za kuriera! *^v^* Zdobycz pokażę, jak tylko odbiorę tu na miejscu.
That's not the end of human kindness! Iza helped me buy the Leuchtturm watercolour sketchbook in Poznań and sent it to Warsaw with her friends so I didn't have to pay the courier postage price! I'll show it when it gets here.

Dziewczyny, strasznie Wam dziękuję, jesteście kochane!!!
Girls, I couldn't thank you enough, you're precious!!!

***

Today the promised culinary recipes, one Korean and one Thai.
The Korean dish is a sanjeok and I got inspired by those recipes: this one, this one and this one
The Thai stir-fry spinach was inspired by this recipe.

Dziś obiecane potrawy - jedna koreańska i jedna tajska. 

Najpierw Korea.
Koreańskie kulinaria znam nie od dziś a jednak to danie, serwowane tylko w jednym stoisku na Festiwalu w sobotę, zaskoczyło nas prostotą pomysłu i świetnym smakiem! Mówię o sanjeok 산적, czyli szaszłykach. 
Istnieją różne wersje, zazwyczaj jest w nich wołowina, marchewka i dymka, bywają grzyby, szparagi, kluski ryżowe tteok a nawet paluszki krabowe! Takie szaszłyki mogą być przed smażeniem zanurzone w cieście albo nie. Moja wersja jest kompilacją kilku przepisów z moich ulubionych blogów o kuchni koreańskiej, różne wersje znajdziecie tutaj, tutaj i tu.

Zaczynamy od przygotowania składników, u nas dziś wołowina, marchewka, dymka i paluszki krabowe. 
Najpierw marynujemy pokrojone w cienkie laseczki mięso (150 g) - 1 tarty ząbek czosnku, 1 ł miodu, 1/2 Ł sosu sojowego, 1 ł oleju sezamowego, pieprz. Odstawiamy do lodówki na kilka godzin.
Przygotowujemy warzywa - marchew i dymkę tniemy na laseczki wielkości tych mięsnych, blanszujemy chwilę we wrzątku (tylko białe części cebulki).
Z paluszkami krabowymi nie trzeba nic robić poza wyjęciem z folii. ^^
Teraz nadziewamy składniki z jednego ich końca na patyczki do szaszłyków.
Jeśli robimy wersję maczaną w cieście przed smażeniem, robimy ciasto: mieszamy 1/2 szkl. mąki, 1/2 szkl. wody i 1/2 ł soli.




Rozgrzewamy olej na patelni, maczamy każdy szaszłyk w cieście i smażymy kilka minut na każdej stronie. 
Podajemy z sosem do maczania: 1 Ł sosu sojowego, 1 Ł octu ryżowego, siekany szczypior.




My zjedliśmy szaszłyki z ryżem i domowej roboty piklami: kimchi bok choy, imbirem beni shoga i takuanem. Swoją drogą, po kilku pierwszych kęsach mąż wyraził opinię, że chodzenie do restauracji straciło sens, skoro w domu jadamy takie dobre rzeczy. Z jednej strony bardzo mnie cieszy, że smakuje mu moje gotowanie, ale z drugiej strony źle to wróży dla mojego odpoczynku od garów i nakarmienia nas poza domem, sesese........ *^o^*




Jeszcze anegdota z Koreańskiego Festiwalu - w jednej z kolejek za nami stało starsze małżeństwo, które głośno i dobitnie komentowało kuchnię koreańską. Pani w pewnym momencie powiedziała tonem znawcy "To ich jedzenie nie ma żadnego smaku! Dlatego oni wszystko doprawiają tymi sosami!...." *^W^*
Uwielbiam takie opinie, wygłaszane czy inni chcą tego słuchać czy nie...... Zastanawiam się, po co oni w ogóle przyszli na ten Festiwal, zamiast zostać w domu i jeść schabowe na sobotni obiad?........

Acha, ponieważ mąż zapostulował, że napisałam o Festiwalu i nie dałam żadnego zdjęcia pokazującego ten Festiwal, to nadrabiam zaległości. Nie to, żeby było co pokazywać, bo same kolejki do stoisk z jedzeniem, ale to Robert robił zdjęcia... ^^*~~



 

 
***

Teraz przenosimy się do Tajlandii. 
Potrawa równie prosta i równie pyszna! Lubicie szpinak? My bardzo! Oczywiście nie mówię o rozmrożonej siekanej brei, ale o jędrnych liściach, które jadamy i na surowo w sałatkach i na ciepło, szybko przesmażone z czosnkiem. 
Szpinak po tajsku ma charakter, jest ostry, pachnący czosnkiem i przyprawami. Wymaga szybkiego smażenia na dużym ogniu, to klasyczny stir-fry.

Wielką garść świeżego szpinaku (mocno się skurczy) płuczemy, odcinamy korzonki.
Przygotowujemy składniki do wrzucania na patelnię:
- siekamy na plasterki 4 duże ząbki czosnku i 1 zielone lub czerwone chilli
- robimy sos - mieszamy: 1/4 szkl. bulionu, 2 Ł sosu ostrygowego, 1 Ł sosu rybnego, 1 Ł mirinu lub chińskiego wina do gotowania lub sherry, 1 ł brązowego cukru
Rozgrzewamy w woku albo na patelni 2 Ł oleju, wrzucamy czosnek i chilli, i smażymy na dużym ogniu ok. 1 minuty mieszając.
Dorzucamy szpinak i smażymy ok. 30 sekund mieszając, aż pokryje się olejem i przyprawami.
Dolewamy sos. Smażymy całość ok. 3 minut, mieszając (w końcu to stir fry, prawda? ^^*~~).






Wykładamy gotowy szpinak na ciepły ryż, doprawiamy sokiem z cytryny, olejem sezamowym i siekanymi orzeszkami ziemnymi. My zjedliśmy go z czarnym ryżem i smażonymi grzybami shitake i boczniakami. Smacznego!

Sunday, June 12, 2016

Zimna sobota

Ostatni raz na rowerze jeździłam dwa lata temu. Dlatego propozycję pojechania w sobotę do miasta na rowerach przyjęłam z umiarkowanym entuzjazmem, ale żeby nie było, że jestem nudziarą i nie można ze mną spędzać czasu w ruchu zgodziłam się. Wypożyczyliśmy rowery miejskie (mogłyby być w lepszym stanie technicznym i w ogóle cały ten system mógłby lepiej działać, c'nie?...) i pomknęliśmy jak (kulawe) strzały do parku Agrykola. Oczywiście jak się spodziewałam, spuchłam w połowie podjazdu pod ulicę Belwederską i musiałam zsiąść z roweru i podprowadzić go na górę, dysząc jak lokomotywa!... Robert dzielnie wjechał. *^v^*
Last time I was riding a bike two years ago. That's why I wasn't very happy to take a bike to the city on Saturday, but I didn't want to seem like a party pooper so I agreed. We rented the city bikes and rode to Agrykola Park. Of course as I expected I couldn't ride up the steep street just before our destination and I had to walk with a bicycle huffing and puffing like a sick locomotive!... Robert was able to ride all the way up of course. *^v^*




A po cóż na tę Agrykolę pojechaliśmy? Bo jak co roku od pięciu lat odbywał się tam Festiwal Kultury Koreańskiej. Była scena koncertowa, były stoiska różnych koreańskich firm (np.: Samsung czy LG), ale przyznaję od razu, że nas interesowało przede wszystkim jedzenie! ^^*~~
Kilka koreańskich restauracji wystawiło swoje stoiska i najedliśmy się różnych pyszności. Niestety nie mam zdjęć, bo odbywało się to tak, że stawaliśmy w kolejce do danej knajpy, jedząc w trakcie stania to co kupiliśmy w poprzednim miejscu. Odkryliśmy nowe fajne danie, którego wcześniej nie znaliśmy (pokażę na blogu za kilka dni, jest pyszne i łatwe do zrobienia!), uzupełniliśmy zapas koreańskiej sake i nawet udało nam się załapać na lody! To znaczy, kiedy po odstaniu w kolejce doszliśmy do lady nie było już lodów z zieloną herbatą, Robertowi udało się kupić ostatnie lody truskawkowe, a ja miałam do wyboru różne rodzaje lodów z pastą ze słodkiej fasoli, mało kto to kupował, dziwne... Ja bardzo lubię ten smak! *^v^*
Why did we go there? Because for the fifth time this year there was a Korean Culture Festival there. There was a stage, some Korean companies's stalls and several food stalls! We ate a lot but I don't have any photos for you because we while were standing in the queue for the following stall we ate what we bought in the previous one. We discovered a new great dish which I'll share with you soon because it's very easy and tasty! We bought some Korean sake and managed to get some ice cream. I mean, Robert managed to buy the last one strawberry flavoured, I chose sweet bean paste flavour and they had a lot left of these ones. *^v^*




Potem poszliśmy odsapnąć nad stawem i Robert złapał na zdjęciach "artystę przy pracy".  *^-^*
Then we went to sit at the pond and Robert took some photos of the "artist at work". *^-^*






Niestety nie posiedzieliśmy długo bo strasznie tam wiało!... W ogóle pogoda w sobotę była dziwna, bardzo ciepłe słońce i super mroźny wiatr, chciałam założyć skończoną właśnie letnią sukienkę ale potem cieszyłam się, że zmieniłam zdanie! (w zeszłym roku na Festiwalu był upał) Raz dwa skończyłam obrazek i zarządziłam przenosiny do kawiarni na coś ciepłego i coś słodkiego. Poszliśmy sobie spacerkiem do Cupcake Corner na Placu Konstytucji, które o dziwo miało niezły wybór babeczek! (kiedyś pisałam o tym, jak w piątek o 18:00 były smętne resztki i musiałyśmy się z przyjaciółką przenieść do innej kawiarni... No, ale może jednak przygotowali się na to, że w sobotę ludzie zechcą wyjść do kawiarni po obiedzie. ^^)
Unfortunately we couldn't stay there for long because it was sooo windy!... The weather was strange, there was a warm sun and freezing wind, I wanted to wear the Summer dress I finished sewing but then I was glad I didn't! (last year at that time was a hot weather) I finished painting quickly and decided to go to the cafe for something sweet and something warm to drink. We chose Cupcake Corner and had some really good cupcakes and coffee and tea.




I taka to była nasza sobota. A jeszcze na kolację mąż zrobił przepyszny tajski szpinak, pokażę Wam niebawem, bo takimi daniami trzeba się dzielić! *^v^*
That's how our Saturday looked like. For dinner Robert made us some Thai spinach and it was delicious, I'll share it with you soon! *^v^*


I jeszcze ciekawostka - ostatnio w Leclercu trafiłam na siewki azjatyckich sałat/ziół, opisane jako "Sakura Mix"... Moje wprawne oko wyłowiło... shiso purpurowe!!! Za 4 zł kupiłam kubeczek siewek, które rozsadziłam do ziemi i teraz ciekawa jestem, czy się przyjmą i czy będą rosnąć. 
And one more interesting thing - recently I bought some purple shiso seedlings in the supermarket, didn't expect it at all here in Poland. I bought it and replanted into the soil, I hope it'll grow into normal plants.




***

Kartki z codziennika.
Daily journal pages from last week.











Próbuję też swoich sił w obrazkach akwarelami.
Watercolour picture.

"Sosna", Hahnemuhle Nostalgie, 190gsm, 14,8 cm x 21 cm (A5)

Wednesday, June 08, 2016

Czytanie, dzierganie i wiedziałam, że tak będzie...

Ale po kolei.
Najpierw Czytanie i Dzierganie u Maknety - na drutach u mnie następny Piórkowy, no nic nie poradzę, że wpadłam w ciąg!... ^^*~~ Tym razem postanowiłam połączyć dwa odcienie beżo-brązów i wiecie co? Ta włóczka nie ma brzydkich kolorów! Każdy, jaki widziałam na żywo (siedem) jest piękny! Znowu lecę od góry raglanem, rękawy długaśne, korpus taliowany, nuda i powtarzalność, ale tak mi się teraz podoba.
First things first.
Reading and Knitting at Makneta's blog - I've been knitting another lightweight pullover, I cannot stop doing it apparently!... ^^*~~ This time I decided to combine two shades of brown beige and you know what? This yarn has no ugly shades! I've seen seven colours now and I loved each of them! It's the same boring model again - top down raglan with looong sleeves and fitted in the waist.
I just like it a lot nowadays.




Czytam "Kubity i kot Schrodingera" Johna Gribbina i nawet nie będę udawać, że rozumiem dużo więcej niż czasowniki i zaimki... Ale próbuję rozruszać umysł i się nie poddaję, nawet, gdy muszę niektóre fragmenty czytać po kilka razy! *^v^* W ogóle śmieszna sprawa - Robert czytał tę książkę na czytniku a ja zupełnie niezależnie wzięłam ją z półki w bibliotece!
As far as reading, I've been struggling with "Computing with Quantum Cats. From Colossus to Qubits" by John Gibbin.  I won't pretend I understand much more that verbs and pronouns... But I keep on reading to exercise my mind, even if I have to pause and re-read some fragments several times. *^v^* Funny thing, Robert was reading this book on the reader when I took it by chance from my library's shelf!


A teraz przejdźmy do drugiej części tytułu tego wpisu. Oczywiście, że wiedziałam, że tak będzie!....
Nie poprzestanę na komplecie dwunastu farbek akwarelowych, musiałam - MUSIAŁAM - dokupić jeszcze kilka kolorów. *^o^*
Ale wybór mocno przemyślałam i rzeczywiście zgromadziłam taki wybór barw, który jest już skończony i pozwala mi na wszystko. Oczywiście kupowałam pojedyncze kostki i półkostki, więc musiałam znaleźć na nie pojemnik i z pomocą przyszły mi tabletki na gardło! ^^*~~
And now for something completely different... I knew it, I just knew it!!!
I knew I couldn't stop with just twelve watercolours and I had to - HAD TO - buy some more. *^o^*
But in my defence I really thought the choice of colours through and now I have the complete (for my needs) palette. I bought single pans and half pans and I had to find some container for all of them, and the cough pastilles were very handy! ^^*~~




Na górze są kostki firmy Białe Noce (St Petersburg), na dole kostki Karmańskiego, te małe to półkostki Talens Van Gogh. Wbrew temu, bo pokazuje zdjęcie suchych farb odcienie się nie powtarzają (a dolna kostka w lewym rogu to fiolet a nie czarne złoto ^^). 
There are St Petersburg pans in the top row, Karmański pans in the bottom row and the small ones are the Talens Van Gogh half pans. Don't get fooled by the dry paints look, the shades really are different (and the pan in the lef bottom corner is a nice violet and not a black gold ^^).


Nawet razem z dwunastokolorową paletką Van Gogh wciąż zajmuje to wszystko niewiele miejsca, o niebo mniej niż pudło kredek! ^^*~~ Chciałabym jeszcze poinformować, że w dniu dzisiejszym skończyłam wypełniać szkicownik Hahnemuhle na spirali (hurra! nie lubiłam...) i od jutro rysuję w nowym szkicowniku firmy Derwent Classic Book. Kartki są szyte i grubsze, lepsze do akwareli (chociaż wciąż nie idealne, bardzo trudno dostać szkicownik kieszonkowy w twardej oprawie przeznaczony do farb wodnych, o grubości kartek 180 gsm i większej....).
Ta naklejka z kodem kreskowym nie dość, że jest naklejona krzywo, to jeszcze nie da się oderwać bez zmasakrowania okładki, kto to tak wymyślił?... Chyba zrobię dodatkową okładkę, bo mnie to gryzie w oczy!

Even with the 12 half pan set by Van Gogh they all don't take that much space, way less than a box of coloured pencils! ^^*~~  Also I'd like to say that today I finished the Hahnemuhle spiralled sketchbook (finally! I didn't like it...) and starting tomorrow I'll be using a Derwent Classic Book. It has a bit thicker sewn pages, better for watercolours (although not ideal, it's so difficult to buy a pocket size sketchbook with hard covers, dedicated to watercolours, like 180 gsm paper and thicker...).
The sticker with the code has been placed on the front cover and it's crooked, and cannot be removed without ruining the cover surface, who did that I want to know?!.... I think I'll add some additional cover because it makes my angry looking at that!





EDIT: Mądrość zbiorowa to wielka sprawa!
Pomyślałam, że skoro i tak mam zamiar obłożyć ten szkicownik w jakiś papier, to przetestuję sposoby na usunięcie naklejki proponowane w komentarzach. Zmoczyłam naklejkę, delikatnie usunęłam jej wierzchnią warstwę, potem z pomocą dużej ilości wody odskrobałam spodnią warstwę naklejki, została warstewka kleju. Przetarłam to oliwą, potem zmywaczem do paznokci i na koniec spirytusem, i mamy czystą okładkę! *^V^*~~~ Bardzo dziękuję za wszelaką pomoc w tej kwestii!

Sunday, June 05, 2016

Obrastam w Piórka

Myślałam, że jestem twarda. Ogarnęłam wszystkie sprawy pogrzebowe, co mogłam starałam się zrobić za mamę (np.: posprzątałam papiery ojca oraz nie pozwoliłam jej zobaczyć ojca z bliska w Domu Pogrzebowym, żeby go zapamiętała żywego i sama go zidentyfikowałam), przyjęłam wiadomość o śmiertelnej chorobie Rysia i pogodziłam się z tym, że będzie z nami jeszcze tylko przez kilka chwil. Nie pojechaliśmy do Japonii, powiedziałam trudno, są ważniejsze sprawy, pojedziemy kiedy indziej. 
Nie dałam sobie ani chwili na refleksję, na żałobę, na pobycie ze swoimi uczuciami. Od razu rzuciłam się z powrotem w normalne życie. Ale czuję, że tak się nie da. Moja mama teraz dopiero, po opadnięciu emocji i zakończeniu zamieszania wchodzi w czas żałoby, a ja wciąż staram się być silna dla niej. Tylko zaczyna mi tej siły brakować. Muszę coś wymyślić, żeby zwolnić i ogarnąć samą siebie, bo inaczej jesienią będę miała milion Piórkowych sweterków - dzierganie wieczorami pozwala mi się wyciszyć.
Nie poszliśmy na Festiwal Kultury Japońskiej, nie miałam ochoty. Powinnam być teraz tam, w Tokio, jeść japońskie jedzenie tam na miejscu i chodzić po tamtych ulicach... Jest we mnie złość i żal, chociaż zdaję sobie sprawę, że to niczyja wina, że nie pojechaliśmy. Tak w życiu bywa.
I thought I was tough. I managed to take care of all the funeral arrangements, whatever I could do instead of my mum I did it (like: I cleaned father's documents or didn't let her see him in the Funeral Home because I wanted her to remember him alive), I got the message about Rysio's sickness and learned how to live with it. We didn't go to Japan and I said to myself that's okay, there are more important things right now, we'll go sometime later.
I didn't give myself permission nor time to reflect on the happenings, to stop and grieve, to get to know my feelings. Straight away I started a normal life again. But I feel I cannot go on like that. When everything got calmed down now after the funeral my mother's started to grieve and get used to new life without father and I've tried to be strong for her. But I lack this strength. I must think about the way to restore my energy and get back on track again or I'll have million of lightweight alpaca silk pullovers this Autumn - knitting in the evening keeps me calm.
We didn't go to the Japanese Culture Festival this year, I didn't feel like going. I should be there now, in Tokyo, eating Japanese food there and walking along the Tokyo’s streets... There is some anger in me, and resentment, although I know it's nobody's fault we didn't go. That's just life.

A propos Piórkowych, skończyłam trzeci sweterek i ten chyba jest moim faworytem.
Speaking about the pullovers, I finished the third one and this one is by far my favourite.




Kiedy wyjęłam włóczkę z paczki zakrzyknęłam z zachwytu!... Ponownie Drops Brushed Alpaca Silk oczywiście. Jest coś magicznego w tej ciemnej szarości 03, którą przełamałam paskami koloru 07 w dowolnie wybranych miejscach.
When I unpacked the yarn I was delighted!... It's Drops Brushed Alpaca Silk again. There's something magical in this dark grey shade 03 which I embellished with some random stripes in red 07.




Znowu raglan do góry, tym razem na drutach 4 mm i powiem Wam, że to dopiero grzeje!..... Jeszcze nigdy tak szybko nie ściągałam swetra po zdjęciach, a w sumie sobotni wieczór nie był upalny, a raczej rześki i mokry przecież!...
Top down raglan again, this time on 4 mm needles and I must tell you that this one is a really warm sweater!... I was taking it off soooo quickly after the photos, and last afternoon was coldish and moist after the rain!




Chciałabym zwrócić Waszą uwagę na bardzo stylowe gumowe obuwie działkowe, ożywiające kolorem całość kompozycji stroju!... *^w^*~~~ 
(nie patrzymy na spodnie, które 10 maja były akurat a od tygodnia są za duże i ze mnie spadają, hm....)
((oraz czas na nowy kolor na włosach, bo wyłazi już mocno mój naturalny mysio-szary szatyn...))
Let me turn your attention to my very stylish rubber boots for walking along the allotment, it enlivens the outfit with the bright colour!... *^w^*~~~
(just ignore the trousers that were perfect on the 10th May when I bought them and now they fall off my butt, oh well...)
((and I really must dye my hair already, I look like a grey mouse because of my natural boring colour...))




*** 

Kartki z codziennika.
Daily journal pages from last week.









I drugi obrazek pełnowymiarowy, kadr z Łazienkowskiego Ogrodu Chińskiego.
I also painted another full picture, this is the Chinese Garden from the Łazienki Park in Warsaw.