Składniki są proste - potrzebny jest ogon wołowy - zamówiłam go u rzeźnika, do tego imbir, anyż, suszona skórka z pomarańczy, orzeszki ziemne, szczypta płatków chilli i zielenina - komatsuna, którą kupiłam suszoną, ale myślę, że można zamienić ją na szpinak albo nawet szczaw (zamierzam poeksperymentować). Podajemy tę zupę z dużą garścią kolendry, z tartym imbirem i sosem sojowym dodawanymi do smaku oraz z miseczką ryżu, który po wyjedzeniu mięsa dodaje się do pozostałej zupy i zjada ze smakiem! ^^*~~
Mięso z ogona wołowego po trzygodzinnym gotowaniu samo odchodzi od kości, jest mięciutkie i pyszne! Tylko poproście rzeźnika, żeby go Wam pokroił na kawałki, bo cały ogon jest długi i nie wejdzie do garnka... *^W^* Ja kupiłam półtorakilową porcję, którą podzieliłam na dwa gotowania. A sama zupa jest świetna, smaczna, zdrowa, rozgrzewająca i na pewno wejdzie na stałe do naszego jadłospisu.
Koleżanka zapytała mnie niedawno, co takiego jest w Japonii, że mi się tam tak bardzo podoba. Pomijając takie oczywistości, jak jedzenie zgodne z moim gustem, pochwała sezonowości czy bliska mi estetyka w sztuce i życiu codziennym, po zastanowieniu doszłam do wniosku, że pod wieloma względami życie w Japonii jest wygodne, bardzo nastawione na ułatwienie ludziom egzystencji.
Kiedy spojrzymy na mapę kolei i metra w Tokio (ale nie tylko stolicy do dotyczy) to będziemy przekonani, że pociągiem da się dojechać w zasadzie w każdy zakątek miasta. Za przejazdy możemy płacić kupując bilety w automatach, ale można też użyć przedpłaconej karty (ładuje się ją gotówką w automatach na stacjach), którą odbija się w bramce na wejściu i wyjściu - taka karta posłuży nam też do płatności w wielu sklepach czy restauracjach, a kupiona w jednym mieście będzie ważna również w innych japońskich miastach mimo, iż każde duże miasto ma swoją kartę tego typu (system jest zintegrowany i jakoś się między sobą rozliczają). Co więcej, tą kartą zapłacimy za wszystko - za metro państwowe i miejskie, za pociągi linii państwowych i prywatnych, w tramwajach, w niektórych autobusach i innych środkach komunikacji.
Albo inny przykład - sklepy całodobowe, tzw. konbini (od ang. convenience store). Można w nich zrobić podstawowe zakupy żywieniowe (kupić składniki ale też całą gamę dań gotowych, kanapki, sałatki, dania obiadowe, przekąski, słodycze, napoje ciepłe i zimne, alkohol), do tego kosmetyki, chemię gospodarczą, czasopisma, ale też takie rzeczy jak skarpetki, majtki, rajstopy, podkoszulek, itd. Kupiony obiad można podgrzać w mikrofalówce. W konbini wyślemy też pocztę, w wielu z nich wyjmiemy pieniądze z bankomatu, skorzystamy z toalety, są tam palarnie. Nasz Żabki są młodszą siostrą takich sklepów, chociaż do pełni szczęścia jeszcze im daleko. (Za to mamy coraz więcej Żabek Nano, bezobsługowych, co bardzo doceniam w sytuacji, kiedy normalne Żabki nie są całodobowe.)
Albo taki przykład - kiedy pada deszcz w przedsionkach sklepów pojawiają się stojaki z plastikowymi pokrowcami na parasole albo specjalne materiałowe "wycieraczki" przez które przeciąga się parasol i już z niego nie cieknie woda. A kiedy kupimy coś w papierowej torbie to dostajemy na nią plastikowy pokrowiec, żeby nie zmokła. (wiem, można dyskutować o redukowaniu ilości plastiku, stąd pewnie coraz więcej "wycieraczek" do parasoli zamiast dyspenserów z pokrowcami)
Albo w barach i restauracjach - kiedy klient usiądzie przy stoliku, dostaje od razu mokry ręczniczek jedno- albo wielorazowy do wytarcia rąk (przecież szedł przez miasto, robił zakupy, może jechał komunikacją, warto przed jedzeniem oczyścić ręce), i szklankę wody albo zielonej herbaty za darmo, dolewki bez ograniczeń.
Albo sklepy stujenowe - każdy produkt kosztuje 100 jenów plus 10% podatek (czyli ok. 3 zł, są też produkty za 300 lub 500 jenów, np.: żeliwne patelnie). Można się tam zaopatrzyć we wszystko co potrzebne w codziennej egzystencji za stosunkowo małe pieniądze, czyli wyposażyć kuchnię, łazienkę, są przydatne rozwiązania na przechowywanie w małych mieszkaniach, sprzęt biwakowy, podróżny, skarpetki, kosmetyki, artykuły papiernicze, słodycze, przyprawy, napoje, narzędzia, itp, itd, a jakość tych przedmiotów jest naprawdę świetna! I nie mówimy o małej budce na bazarku z napisem "wszystko po 5 zł", mówimy o kilkupiętrowym domu towarowym albo całym piętrze w centrum handlowym, to oddaje skalę ilości produktów, jakie tam znajdziemy. Największe sieci to CanDo i Daiso.
A jak obejrzeliśmy nowoczesne domy japońskie na wystawie w Sendai, to... już nawet nie będę o tym pisać, bo było tam pięknie, nowocześnie, wygodnie do życia codziennego! Ale mogę napisać o jednym elemencie, który absolutnie uwielbiam w japońskich domach - to genkan czyli przedpokój. Mają go nawet niewielkie mieszkania, to przestrzeń którą widzimy tuż za drzwiami po wejściu do domu, z obniżoną podłogą, i jest to dosłowne i symboliczne miejsce przejściowe między wnętrzem domu a światem zewnętrznym. Kiedy wchodzimy do mieszkania, tam zostawiamy buty, parasolki, i nie ma mowy, żeby łazić w obuwiu po dalszej części domu! (ja zazwyczaj chodzę po domu na bosaka i nienawidzę, kiedy ktoś mi wchodzi w butach do pokoju czy sypialni...) Wiadomo, to obniżenie podłogi nie jest niezbędne, ale symbolicznie pokazuje i przypomina gdzie przebiega ta granica. Poza tym, genkan jest przeważnie trochę z boku w stosunku do reszty mieszkania, kiedy chodzimy między pokojami to nie ma konieczności przechodzenia przez tę część, w polskich mieszkaniach przedpokój jest często w ciągu komunikacyjnym i chcąc nie chcąc trzeba przechodzić po tej części mieszkania w drodze do pokoi, a przed chwilą chodziliśmy tam w butach, to niezbyt higieniczne.
To takie moje przemyślenia na temat tego, dlaczego tak mi się podoba życie w Japonii. Oczywiście każdy kij ma dwa końce i nie wszystko tam jest cudowne, samo bycie obcokrajowcem czy bycie Japończykiem ma swoje plusy dodatnie i plusy ujemne, wiadomo! Ale mam wrażenie, że tam pod pewnymi względami jest łatwiej i przyjemniej, i za to kocham Japonię. ^^*~~
Wiem, wiem, przeziębienie, ale jak zobaczyłam lody o smaku gumy balonowej, to nie mogłam się powstrzymać!... *^-^*~~~ I oczywiście, że w wafelku, i oczywiście, że w słodkim, i no pewnie, że czerwony! *^V^*
W zeszłym tygodniu pomalowałam paznokcie, ogarnęłam powyjazdowy bałagan na biurku i doczekałam się nowej pralki, ufff... Historia z poprzednią pralką jest długa i skomplikowana, ale w zasadzie można ją sprowadzić do zdania "nie kupujcie pralko-suszarki marki Haier"... Po pierwsze, samo tego typu rozwiązanie czyli pralka i suszarka w jednym urządzeniu nie jest dobrym pomysłem, bo cały cykl prania i suszenia trwa bardzo długo a ponieważ urządzenie zużywa wodę do chłodzenia bębna to idzie tej wody mnóstwo... I niestety nawet kiedy pralka działała, to miała problemy z dosuszaniem ubrań, a potem kilka razy się zepsuła (nie sama pralka, tylko część suszarkowa). Ostatnim razem nastąpiło Zepsucie Ostateczne, na szczęście była na gwarancji i ubezpieczyciel zapłacił nam za nową pralkę. Od soboty zrobiłam już niezliczoną ilość prań i mam nadzieję, że przed nami długi i szczęśliwy związek, tym razem postawiliśmy na Samsunga, a osobną suszarkę dokupimy sobie z czasem.
Tyle moich zeszłotygodniowych przemyśleń, w tym tygodniu czeka mnie na pewno wiele fajnych rzeczy, w tym: jeden masaż, jeden nowy tatuaż *^V^*, co najmniej jedno spotkanie towarzyskie, a w ogóle będzie długi weekend i liczę na piękną pogodę. Przeczytałam w zeszłym tygodniu powieść japońskiej autorki Kaori Ekuni "Błysk szczęścia" (きらきらひかる) i bardzo spodobał mi się sposób narracji, wśród wakacyjnych zakupów mam inną książkę tej autorki po japońsku i po lekturze w języku polskim jestem dobrej myśli co do przeczytania jej pracy w oryginale.
Miłego tygodnia!!!



















































