Skoro wciąż nie możemy pojechać do Japonii, to na wakacje wybraliśmy inny ulubiony kierunek, który gwarantował piękne widoki, dobre jedzenie i pyszne piwo i wino! *^v^*
Czyli, Czechy. Okazało się, że mimo jesiennych prognoz pogody przez wszystkie 12 dni mieliśmy upalne lato, mogłam wziąć sandały i sukienki zamiast kilku par długich spodni i ciepłych bluz...
W zeszłym roku w październiku sytuacja covidowa była taka, że nie zdecydowaliśmy się na noclegi po stronie czeskiej a tylko na jednodniowe wypady na zwiedzanie i zakupy - i dobrze, bo pod koniec naszego wyjazdu ilość zachorowań się zwiększyła do tego stopnia, że Czesi zamknęli restauracje, i kto wie, jak by było z hotelami... Tym razem prognozy były bardziej pomyślne więc zarezerwowaliśmy trzy hotele w Czechach: w Turnowie, w Českým Krumlovie i w Kromeriżu.
Turnow to brama do Czeskiego Raju, regionu turystycznego na północny wschód od Pragi, pełnego skalnych miast i zamków, gdzie można odbywać niezliczone wycieczki piesze i rowerowe. Udało nam się połazić po górach i skałkach, odwiedzić kilka zamków i oczywiście smakować czeskiej kuchni i lokalnego piwa - Turnowa i Svijanego! Wakacje zaczęliśmy od razu z wysokiego C, bo pierwszego dnia zrobiliśmy mały spacer dla rozruszania nóg czyli... 18 km po górach, bez gotówki "bo na pewno przy obiektach turystycznych będzie można płacić kartą!" (otóż, nie!), bez zapasów wody czy przegryzki "bo na pewno przy obiektach turystycznych będzie można kupić jedzenie i picie!" (otóż nie, bo patrz punkt pierwszy - nie wzięliśmy gotówki!...). Ja miałam przy sobie 300 ml wody, pastylki na gardło i paczkę miętówek, i tym dzieliliśmy się we cztery osoby... Kolejne dni to już był relaks - muzeum w Turnowie, potem wycieczki samochodem na zamek Kost i na zamek Trosky, do Jicina do Rumcajsa i Hanki, a przede wszystkim wizyta w browarze Svijany, gdzie Robert prawie oszalał ze szczęścia i nakupił sobie ciuchów i gadżetów rowerowych z ich piwnym logo w sklepie firmowym! *^O^*
Po kilku dniach, z przystankiem w Kutnej Horze w Kostnicy Sedlec przenieśliśmy się na południe do Českego Krumlova, przepięknego miasteczka powstałego wokół wijącej się rzeki Wełtawy. Krumlov wygląda jak z (czeskiej) bajki - kamieniczki, uliczki, kwiaty w doniczkach, kawiarenki i restauracje, wijąca się malowniczo rzeka i zamek górujący nad miastem.
Ostatni przystanek przed powrotem do domu to Kromeriż, podobno najpiękniejsze miasto w Czechach, czego nie możemy potwierdzić, bo miasto jak miasto, jest takich w Czechach tysiące, Krumlov zrobił na nas dużo większe wrażenie!
Tym razem skupiliśmy się na odpoczywaniu i chłonięciu widoków na miejscu zamiast uwieczniać wszystko dla potomności więc tylko tak symbolicznie pokazuję trochę widoków, żeby Was zachęcić do samodzielnego odwiedzenia tych miejsc. Zresztą i tak zdjęcia nie oddadzą piękna i rozmachu Skalnego Miasta czy uroku bajkowych uliczek Krumlova, trzeba to zobaczyć na własne oczy. *^-^*~~
Przed wyjazdem poczytaliśmy na stronach MSZ-tu jakie warunki należy spełnić żeby przekroczyć czeską granicę - wszyscy mamy paszporty szczepionkowe, wypełniliśmy formularz pobytu z adresami naszych hoteli, zaopatrzyliśmy się w wymagane maski FFP2/N95 bez zaworów (nie wolno używać innych, w tym samoróbek z materiału) i ruszyliśmy w drogę. Na granicy nie było nikogo, kto chciałby nas skontrolować, przejechaliśmy ją nawet nie zauważywszy, że już jesteśmy w Czechach. Na miejscu dopytaliśmy w hotelu jakie są zasady noszenia masek - podobnie jak u nas na zewnątrz nie trzeba ich zakładać pod warunkiem, że zachowamy dystans do innych osób, nosimy maski w komunikacji i budynkach. A jak to się ma do rzeczywistości? Ludzie noszą maski wszelakie, również jednorazówki chirurgiczne, które zresztą można wszędzie kupić. Recepcjonistki i obsługa w hotelach/restauracjach były bez masek, kiedy kolega w restauracji wstał od stolika żeby iść do toalety i założył maskę, przechodząca kelnerka powiedziała mu, że nie musi się maskować, tak samo było w sklepie z pamiątkami. Ale w sklepach spożywczych rzeczywiście wszyscy maski mieli. W muzeach przy kasie biletowej pytali nas "Jesteście zaszczepieni?", "Tak, pokazać paszport?", "Nie, wierzymy wam!". *^v^* No i tak, pod tym względem wyjazd nie okazał się więc uciążliwy! Podejrzewam też, że ponieważ skończył się sezon wakacyjny i nie było już takich tłumów jakie przewalały się zapewne przez atrakcje turystyczne w lipcu i sierpniu, zasady też trochę łagodzono na własną rękę, bo wszyscy są już maskami zmęczeni.
***
No i wróciliśmy do domu. Koty się kleją do ludzi, a za oknem jesień...
Zmęczona jedzeniem mięsa, mięsa i mięsa przez prawie dwa tygodnie, no bo Czesi surówek raczej nie szanują..., na pierwszy posiłek po przekroczeniu polskiej granicy zjadłam pomidorową na Orlenie! *^V^*
W domu ugotowałam już barszcz ukraiński.
Genialny wegański gulasz gołąbkowy z przepisu Weganona!!!
I pomidorową galette, bardzo polecam!
Kupiłam roślinkę doniczkową i szykuję się na zimę. Nie to, żeby te dwa fakty miały ze sobą coś wspólnego, tak tylko o tym wspomniałam. ^^*~~
W kwestiach remontowych zmian na razie brak, w kwestii mojego zdrowia raczej też, na wakacjach nie biegałam po skałkach jak kozica, oj nie!... *^w^* Ale sytuacja jest rozwojowa.
Mam kilka uszytków, ale te pokażę Wam w osobnym wpisie, część zabrałam ze sobą do Czech i tam obfotografowałam, dwa zostały w domu, więc jeszcze czekają na zdjęcia, ze wszystkich jestem bardzo zadowolona! ^^*~~




































































