Monday, January 22, 2024

W balii


 

Zawsze kiedy wracam do domu po wyjeździe to czuję się, jakby minęło bardzo dużo czasu i muszę się na nowo przyzwyczaić do wszystkiego. Na przykład do tego, że w poniedziałek do godziny 12:00 nie ma co iść na zakupy do supermarketu Leclerc, bo są puste półki i pracownicy dopiero niespiesznie zaczynają uzupełniać towar...... 

Albo do pogody muszę się przyzwyczaić, przypomnieć sobie, że jest styczeń w Polsce, a to oznacza śnieg i mróz! To akurat wcale mi nie przeszkadza, bo jak jest zima to musi być zimno, więc się ubieram na cebulkę i cieszę się słoneczkiem na śniegu. *^V^*   



Wróciłam i zabrałam się do gotowania. Tym razem postanowiłam, że w ogóle nie chowam na półkę nowych książek kucharskich, tylko od razu idą w obroty! Na początek "Małe nabe - znakomicie przygotowany gorący kociołek" Masami Kobayashi. Strona 14, kurczak, kapusta, imbir, marynowany musztardowiec i grzybki enoki (mój dodatek). Używam 14 cm średnicy koreańskich garnków żeliwnych, bo nie mogę dostać w Polsce japońskich glinianych kociołków z pokrywą, może następnym razem przywiozę sobie takie z Japonii.

 

 

We wtorek sięgnęłam po inne książki - nowy nabytek "Parujący kociołek" Hatsue Shigenobu i książkę z mojej półki "Nie marnuję jedzenia". Millefeuille z kapusty i wędzonego boczku, do tego dorzuciłam plastry daikona. Jako dodatki pak choy podsmażona z marynowanym musztardowcem i jajkami oraz boczniaki mikołajkowe usmażone na ghee, i podduszone z dodatkiem sosu sojowego i sake - pierwszy raz jedliśmy tę odmianę boczniaków i są PRZEPYSZNE!!! Mają zupełnie inną strukturę i smak niż boczniaki ostrygowe.

 


Mąż we wtorek zapytał "To teraz ciągle będą na obiad kociołki nabe?..." Nie byłam pewna, czy to nadzieja czy zarzut, ale okazało się, że jemu tak samo się to podoba jak mnie! *^O^* Miska gorącego bulionu z warzywami, tofu, mięsem, makaronem lub pierożkami, to idealne danie na zimowy obiad. Pewnie będę gotować inne zupy, które też lubimy, ale na razie jestem zafiksowana na kociołkach! ^^*~~

W środę obiad był na szybko, bo załatwiałam sprawy na mieście, więc zainspirowałam się bulionem z książki "Mały kociołek", str. 20 - dashi, pasta miso, sake i szczypta cukru. Do tego wrzuciłam kupne pierożki gyoza, pak choy i korzeń lotosu. Na koniec wszystko posypane czarnym sezamem i skropione olejem sezamowym. Jako dodatek zrobiłam na szybko surówkę z ogórka i paluszków krabowych w sosie sojowym.

 


 

W czwartek zrobiłam makaron soba w gorącym bulionie, do tego szpinak z dressingiem z pastą miso i danie zainspirowane serialem "Solitary gourmet" - klopsiki jedzone w połówkach surowej chrupiącej papryki, coś pysznego! *^V^*

 

 

***

 

 

 

Nasz wyjazd do Japonii nie był nastawiony na zwiedzanie, bo wiedzieliśmy, że zimą pogoda nie pozwoli nam tak swobodne chodzenie po mieście, po parkach i świątyniach. Za to robiliśmy zakupy i jak zawsze przywiozłam sobie to, co mnie cieszy najbardziej - trochę ceramicznych naczyń, książki kucharskie, japońskie gwasze marki Holbein (kupiłam komplet czterech zestawów za cenę niewiele wyższą niż jedno pudełko w Polsce...), mamy trzy rolki ręcznie tkanego jedwabiu ze sklepu z używanymi kimonami, mąż ma nowego jinbeia. I właściwie tyle.

 


Jak widać tym razem postawiłam na kociołki - trzy książki poświęcone nabe, a do tego coś, czego szukałam od lat, mianowicie przepisy na takikomi gohan, czyli ryż gotowany od razu z dodatkami, są najróżniejsze pomysły, japońskie i z reszty świata, bardzo się cieszę z tej pozycji!

 

 


I patrząc na to, co ja przywożę z Japonii przypomniałam sobie taką scenę - siedzieliśmy w barze sushi i okazało się, że obok usiedli Polacy, młoda dziewczyna z rodzicami. I ona, będąc pierwszy raz w Japonii i spędzając trzy dni w Tokio - TRZY DNI!... - zapytała, co polecamy zwiedzić w tym mieście... *^0^* Przyznaję, że mnie zatkało i nie wiedziałam, co jej powiedzieć. Po pierwsze, Greater Tokio zajmuje powierzchnię o przekątnej długości trasy Warszawa-Łódź i liczy się na około 30 milionów mieszkańców, jak na tak dużej powierzchni i ludzkiej różnorodności wybrać kilka rzeczy do zobaczenia w trzy dni?....... A po za tym uświadomiłam sobie, że ja nie potrafię polecać żadnych atrakcji turystycznych, bo my nie jeździmy do Japonii po atrakcje turystyczne. Jeździmy żeby wtopić się w miasto, zgubić w uliczkach, posiedzieć w parkach, trafić na festiwal z tańcami i stoiskami z ulicznym jedzeniem, pojeździć fajnymi pociągami, nasiąknąć tym stanem umysłu, tą stylistyką otoczenia, zjeść dużo smakowitości... Tak, świątynie są piękne, punkt widokowy na Sky Tree zapewne zapiera dech w piersi (wciąż nie byliśmy), owszem, oglądamy anime i mąż kupuje czasami figurki na Akibie, ale my tam jeździmy przede wszystkim po to, żeby tam pobyć, zasmakować codziennego życia i pomarzyć, że może kiedyś uda się tam zamieszkać.  

 


 

REMONTOWO - mimo, iż nas nie było, to w Polsce już się różne rzeczy działy. Na przykład, udało mi się wreszcie zamówić okna, firma remontowa dogadała się z firmą od wymiany okien! Poza tym, we wtorek po powrocie spotkaliśmy się z panią architekt od kuchni i obgadaliśmy ostateczny projekt po naszych poprawkach. Doprecyzowaliśmy też kosztorys remontowy. Teraz już tylko łapać za młotek i rozwalać ścianę!... ^^*~~




W każdym razie, wróciliśmy i od razu rzuciliśmy się w wir towarzyskich zobowiązań, to znaczy pojechaliśmy w piątek świętować urodziny kolegi na jego działce pod Warszawą. A świętowanie uświetniła wynajęta balia z podgrzewaną wodą, z której wszyscy ochoczo korzystali, wygodnie zmieściło się w niej siedem osób i mimo minusowej temperatury i śniegu dookoła nam było ciepło i przyjemnie. *^v^*  (Gorzej było, kiedy nadszedł czas opuszczenia balii, bo plastikowe schodki pokryły się cienką warstewką lodu a potem trzeba było jakoś wskoczyć w buty, owinąć się ręcznikiem i lecieć do nagrzanego domku, żeby się wysuszyć i przebrać!... >0< Ale i tak było warto! Morał na przyszłość z tego taki - kupić wielki puchaty ręcznik kąpielowy, zawinąć się w niego i prosto z balii wskoczyć w kalosze, próby wycierania nóg i zakładania skarpet to był błąd i niepotrzebna strata czasu na mrozie...)

 


W tym tygodniu mam wreszcie zamiar znaleźć czas na malowanie ptaków i potestować gwasze, nic nie wiem o malowaniu tymi farbami, do tej pory używałam tylko bieli do uzupełniania obrazów akwarelowych, przede mną nauka czegoś nowego, ha! *^0^*~~~

2 comments:

  1. Właśnie zauważyłam u siebie, że coraz mniej ekscytuje mnie zaliczanie atrakcji turystycznych, muzeów, galerii. Lubię przyglądać się ludziom, plątać się, gubić w kolejnych uliczkach, smakować nieznane i znane dania, delektować się dobrym winem. Cieszę się, że masz podobne podejście. Trzy dni na jakiekolwiek miejsce to nie wystarczająca liczba, aby wgłębić się, zauroczyć, ale ludzie niestety tak mają. I chcą zobaczyć jak najwięcej. Chcą odhaczyć na liście must see kolejne miejsce. Rozumiem to, ale to już nie jestem ja. Fajnie, że macie swoją ukochaną Japonię, że poznajecie ją coraz lepiej. Najlepsze jest ciągle przed wami....

    ReplyDelete
    Replies
    1. Oczywiście zabytki są niesamowite, szczególnie jeśli interesuje nas konkretny okres w historii w danym kraju albo prace konkretnego artysty malarza/rzeźbiarza/architekta, ale jestem teraz (i jak widzę Ty też ^^*~~) na takim etapie, że zachwycają mnie małe rzeczy, codzienne widoki, chociażby zawsze rozczulają mnie kwiaty w doniczkach przyklejone do małych japońskich domków, nawet jeśli na chodniku jest tylko 10 cm wolnego miejsca!... To może zabrzmi naiwnie albo pompatycznie, ale wydaje mi się, że jeśli umiemy znaleźć piękno i zachwyt w każdym spojrzeniu dookoła nas, a nie tylko w uznanych ważnych i pięknych zabytkach, to nasze życie jest fajniejsze. Nie czekamy na ogromne zachwyty, bo wciąż doznajemy tych niewielkich. *^v^*

      Delete