Saturday, February 28, 2026

Luty

Pamiętam ów ruchliwie rozbłyskany szron
I śniegu ociężałe w gałęziach nawiesie,
I jego nieustanny z drzew na ziemię zron,
I uczucie, że w słońcu razem z śniegiem skrzę się.

A on ciągle narastał tu w kopiec, tam — w stos,
I drzewom białych czupryn coraz to dokładał,
Ślepił oczy i łechtał podbródek i nos,
I fruwał — i tkwił w próżni — i bujał i padał.

(...)

Bolesław Leśmian "Śnieg"

 


 

Kupiłam poezję i czytam. Dziwne, nigdy tego u mnie nie było... Nawet kiedy czytam powieść i są wstawki wierszem w tekście to zawsze pomijam, tak mam. A teraz kupiłam zbiorek haiku czterech japońskich autorów, a do tego dorzuciłam dwa tomiki wierszy Bolesława Leśmiana.

 


*** 


 

Dostałam fajny prezent na Walentynki - wełniany kaszkiet z limitowanej serii Radio Days 2026 uszytego na stulecie firmy Sterkowski. Oto co można przeczytać na stronie Sterkowskiego na temat tej rocznicy:

1926. Rok, w którym wszystko się zaczęło

18 kwietnia o godzinie 17:00 w eterze rozległo się: „Halo, halo, tu Polskie Radio Warszawa, fala 480". Janina Sztompkówna wypowiedziała te słowa z małego studia przy Narbutta, otwierając erę polskiej radiofonii. Kilka miesięcy później, 15 listopada, z balkonu Waldorf-Astoria w Nowym Jorku NBC nadało pierwszy ogólnokrajowy program - i tak zaczęła się era masowego radia w Ameryce.

W tym samym roku, w Warszawie, Anna Sterkowska - młoda i utalentowana modystka - uszyła swoje pierwsze nakrycie głowy. I tak zaczęła się nasza historia.

Radio Days to czapka, która łączy te trzy początki. Nie przypadkiem - bo czasem zbieżność dat potrafi powiedzieć wiele. W 1926 roku ludzie zaczęli poznawać świat inaczej - słuchając audycji radiowych. My zaczęliśmy ubierać głowy Warszawiaków.

 


 

Jest on w komplecie z dwoma metalowymi przypinkami upamiętniającymi to wydarzenie, a uszyty jest z brytyjskiej wełny Abraham Moon i mogę potwierdzić, że jest piękna i bardzo ciepła! *^V^* ~~~ Nie jest to nasze pierwsze nakrycie głowy od Sterkowskiego, Robert od lat chodzi w ich kaszkietach - ma wersje zimowe (wełniane) i letnie (lniane), kiedyś nawet odwiedziliśmy pracownię w podwarszawskiej Falenicy i mieliśmy okazję obejrzeć warsztat czapnika, narzędzia i materiały. Wtedy zanosiło się na to, że firma zostanie zamknięta, bo coraz mniej ludzi nosiło kaszkiety i kapelusze, na szczęście to się zmieniło i to na lepsze, bo obecnie w Falenicy jest sklep stacjonarny! ^^*~~ To mój pierwszy kaszkiet i jesteśmy bardzo ciekawi kolejnych modeli z kolekcji 100th Anniversary, stworzonych z okazji stulecia marki Sterkowski, bo ma być tych nakryć głowy na stulecie więcej! 

 


Na Walentynki w tym roku zamówiłam coś specjalnego. Jeszcze w Japonii mąż zażyczył sobie czarkę do herbaty matcha i poprosił, żebym mu tę herbatę w domu podała. 

 


 

Zielona herbata jest w naszym domu parzona regularnie - sencha, genmaicha, hojicha, ale matcha to była dla mnie nowość, pijałam ją w kawiarniach ale nie parzyłam sama w domu. Musiałam kupić miotełkę do ubijania herbacianego proszku no i przede wszystkim samą herbatę - wybrałam odmianę Saemidori z Kagoshimy. 

 


Do herbaty podaje się tradycyjne słodycze, jedliśmy takie kilka razy podczas japońskich wakacji (zdjęcia poniżej), są zawsze piękne w formie i dopasowane kształtem, kolorem i smakiem do sezonu. I tu przypadkiem trafiłam na Instagramie na dziewczynę, która w Krakowie tworzy takie japońskie cudeńka, i akurat przyjmowała zamówienia na zestaw walentynkowy. *^V^* 

 


Krystyna opisuje swoją drogę do tworzenia wagashi - szkoliła się u mistrzów w Japonii, Korei i Singapurze. Spodobała mi się atmosfera jej konta na Instagramie, to co pokazuje i jak pisze o słodyczach, i złożyłam zamówienie. Wagashi były przygotowywane od początku lutego i wysłane tak, żeby zdążyły przyjść akurat przed Walentynkami. Dzięki temu mieliśmy wspaniały japoński deser do herbaty matcha. *^v^*~~~

 


Wagashi od Krystyny miały cztery smaki -  proseco/sakura, mikan/imbir, pistacja/morela/agawa i hojicha/ryż. Japońskie kohakutou to agarowe galaretki o dość subtelnych smakach, mają współgrać ze smakiem zielonej herbaty ale nie mogą dominować, i takie właśnie były te słodycze. Najciekawsze dla mnie była wersja z pistacjami, bo miała największy kontrast tekstur - od delikatnej galaretki do ultrachrupkiej kruchej skorupki z pistacjami. 

 



Ale zrobiłam też swoje wagashi, zgodne z sezonem uguisu mochi

 


Sama zrobiłam pastę z fasoli adzuki, bo trudno ją u nas dostać a wystarczy ugotować fasolki z cukrem (i rozetrzeć na pastę - wtedy mamy koshian, albo zostawić niektóre ziarenka w całości - wtedy jest tsubuan).  

 

 

Kształtowanie ciepłego ciasta mochi okazało się nie takie proste, ale nawet przypominały małe ptaszki... *^V^* Za to w smaku okazały się idealne, nie za słodkie, kinako (prażona mąka sojowa) fajnie przełamała miękkość mochi. Będę to powtarzać! 

 


***  

 

W lutym znowu podróżowaliśmy, tym razem dużo bliżej, wręcz lokalnie, to znaczy wybraliśmy się pociągiem na weekend do Kielc. ^^*~~



 

Nie mieliśmy żadnych konkretnych planów, głównie spędzaliśmy czas jedząc - polecamy szczególnie świetny ramen Sho Ramen! *^V^* 

 

Obejrzeliśmy kosmiczny Dworzec Autobusowy! *^O^*~~~~

 

Spotkaliśmy dostojnego dzika, od którego kła wzięła się podobno nazwa miasta Kielce!


Byliśmy na długim spacerze przez park krajobrazowy Kadzielnię, pochodziliśmy po mieście, to nie była nasza pierwsza wizyta w Kielcach ale pierwsza świadoma a nie tylko szybki przelot w trakcie przesiadki dokądinąt. 

 





 

Zakończyliśmy wizytę kolacją w Shoemaker Irish Pub. *^V^*~~~~ Bardzo nam się w Kielcach podobało i chcemy tam wrócić wiosną albo latem. *^o^*~~~

 

***

W Japonii jedliśmy pyszną rybę o nazwie kinmedai (beryks wspaniały), specjalność półwyspu Izu. Robi się z niej sashimi ale przede wszystkim podaje się ją w całości krótko duszoną w sosie (金目鯛の煮つけ). Nie udało mi się kupić beryksa w Warszawie, ale kupiłam barwenę i przygotowałam tak samo, zapisuję przepis dla pamięci:

Mieszamy w płaskim garnku albo na patelni, doprowadzamy do wrzenia: 

  • 100ml sosu sojowego
  • 100ml mirinu 
  • 100ml białego wina
  • 200ml wody
  • 2 łyżki cukru
  • 30g świeżego imbiru pokrojonego w cienkie słupki
  •  

    Kiedy sos się zagotuje, wkładamy oczyszczone ryby (2 szt., ok. 500 g), przykrywamy warstwą folii aluminiowej i dusimy na małym ogniu ok. 20 minut, polewając sosem w trakcie gotowania. Na koniec zdejmujemy ryby z patelni, zwiększamy gaz i redukujemy chwilę do zgęstnienia, gęstym sosem polewamy ryby na talerzach.

     


    Luty to czas faworków i u nas pojawiły się kilkakrotnie. *^V^* 



    Nie kupuję, sama smażę, to jest tak łatwe, że nie ma sensu ryzykować, no chyba, że macie sprawdzoną cukiernię! Przypominam przepis: 3 żółtka, 3 Ł kwaśnej śmietany, 200 g mąki pszennej, 1 ł proszku do pieczenia, 20 ml spirytusu - wymieszać i wyrobić porządnie kilka minut. Wałkować cienko (u mnie do nr 6 na wałkarce), wycinać faworki i smażyć na smalcu do zezłocenia, na koniec po odsączeniu posypać cukrem pudrem. Proste! ^^*~~ (Ewentualnie po usmażeniu można polać miodem i posypać makiem, i mamy podlaskie Mrowisko!)

     


     

    I taki to był nasz luty. Były też takie fikuśności jak wyrywanie kolejnego zęba (tego, który złamał mi się w grudniu) i wizyty u protetyka, u którego zaczęłam budowanie mostu. A ostatni wieczór spędziłam w towarzystwie piosenki włoskiej, ponieważ odbywał się Festiwal Piosenki w San Remo, który oglądałam w TV. *^0^*~~~

     

     Masaoka Shiki, 1867-1902

     

    Idzie marzec. W tym roku jak nigdy wcześniej w ogóle nie myślałam o zimie czy wiośnie, nie wyprzedzałam sezonu, nie zastanawiałam się czemu wciąż jest zima, nie narzekałam na śnieg i mróz, nie czekałam na plus 15 i nowalijki!... Czułam i wciąż czuję, że jestem dokładnie w tym momencie roku i pogody w jakim powinnam, nie chcę przyspieszyć zmian, każdego dnia ubieram się odpowiednio do temperatury - było minus 5? świetnie, dokładam merynosa, było plus 3? w porządku, zakładam lżejszy płaszcz i cieńszą czapkę. W lutym zabierałam się na spacery i podziwiałam słońce skrzące się na zmrożonym śniegu a jak nie było słońca, to wyciszałam głowę we mgle i szarościach. Mam jakieś plany na cieplejsze miesiące ale nie zajmują jeszcze dużej części moich myśli, dziwię się, kiedy widzę w Sieci ludzi kurczowo uczepionych uczucia nienawiści do zimy wypatrujących wiosny z niecierpliwością. Dziwi mnie ta roszczeniowość wobec pogody, możemy się na nią wściekać, ale przecież po drugiej stronie nikt nas nie słucha, to jak krzyczenie do studni... Wiosna przyjdzie kiedy ma przyjść, i ani dnia wcześniej! Po co się umęczać ciągłym narzekaniem? Nie rozumiem. *^V^*~~~