Zastanawiałam się ostatnio co powoduje, że za każdym razem po powrocie z Japonii jestem zainspirowana do działania, nakręcona, nie mogę się doczekać aż ruszę z różnymi projektami. Co mnie tak motywuje i sprawia, że jednocześnie chciałabym zostać w Tokio i jak najszybciej wracać do domu, żeby zacząć tworzyć - gotować, szyć, malować. I doszłam do wniosku, że karmi mnie energia ludzi i miasta.
W Tokio ludzie otaczają nas wszędzie, mijają na stacjach i przejściach dla pieszych, towarzyszą w pociągach, barach, sklepach. Wydawałoby się, że w Warszawie też tak jest, jednak skala tego jest w Tokio dużo większa. Dodatkowo fascynująca jest tu ilość lokali usługowych - od wielkich domów towarowych i supermarketów poprzez średnie biznesy aż do maciupeńkich sklepików z których cały towar można by wykupić w 5 minut i schować do dwóch kieszeni. Kiedy wydaje się, że w danym miejscu nie da się już upchnąć kolejnej kawiarni i sklepu, za rogiem albo na drugim, trzecim, ósmym piętrze wieżowca trafiamy na kolejny taki przybytek bo na każdy z nich jest zapotrzebowanie i z każdego ktoś korzysta! Każdego dnia obserwuję ludzi załatwiających swoje sprawy, spieszących się dokądś, stojących w kolejce do baru, przemieszczających się licznymi pociągami i metrem, spacerujących po parkach, to miasto cały czas oddycha, tętni życiem!...
Dodatkowo Japończycy zwracają dużą uwagę na formę przedmiotów, którymi się otaczają, czy to są ubrania, meble, naczynia, czy nawet same opakowania - pudełko czy papier pakowy poszczególnych produktów jest często tak samo dopracowany jak dany produkt, sklepowe szyldy są małymi dziełami sztuki. Można to nazwać przerostem formy nad treścią ale ja wolę na to patrzeć jak na chęć otaczania się pięknem, które cieszy oko, jestem zwolenniczką teorii, że otoczenie kształtuje naszą świadomość, nastrój, podejście do świata.
Moim zdaniem ten sam obiad nie smakuje tak samo z plastikowej tacki i ładnego porcelanowego talerza, a człowiek w starym spranym dresie nie czuje się psychicznie tak samo dobrze jak człowiek w pięknym kolorowym dresie (chociaż oczywiście wiem, że są dni, kiedy ten stary sprany dres jest naszym azylem przed światem!). Rozczulają mnie na przykład liczne doniczki od dużych do maciupkich ustawione wzdłuż ścian domów tam gdzie nie ma miejsca na najmniejszy nawet ogródek. *^o^*~~~
W każdym razie, przyjechała ze mną rolka jedwabiu ze sklepu z kimonami, książka z wykrojami na ubrania z wykorzystaniem tkanin kimonowych i ochota na szycie nowej garderoby.
W nowy rok weszłam z nowym/starym cyklem chodzenia spać wcześniej i wczesnego wstawania. W Sylwestra po kolacji i wciąż odsypiając jetlag padłam do łóżka o 22:00. Przebudziłam się na 9 sekund przed północą (wiem, bo było odliczanie na żywo w telewizji!... *^V^*), i zasnęłam kilka sekund po północy. Za to wstałam o 6:30 i oglądaliśmy z balkonu pierwszy w nowym roku wschód słońca. ^^*~~
I tak mi zostało do dzisiaj - około 22:00 jestem nieprzytomna i najchętniej wtedy idę spać - nie czytam w łóżku, nie zostaję półśpiąca przed telewizorem, po prostu się myję i kładę się spać. A rano ok. 7:30 wstaję, nie powiem, że bez problemu bo tam jakoś było łatwiej, tutaj ponieważ nie czekają na mnie japońskie przygody tylko zwyczajna codzienność i obowiązki to jakoś trudniej mi się wygrzebać z pościeli... Ale wstaję.
Znowu dużo gotuję.
Przez pierwsze dwa tygodnie stycznia mieliśmy śniadania hotelowe w cenie pokoju i każdego poranka jedliśmy na śniadanie ryż, natto, zupę miso, warzywa, jajka. Śniadanie w hotelu okazało się wygodne bo nie trzeba było go szukać na mieście. I tak nam na razie zostało - natto, zupa miso, czasami ryż, czasami chleb, o ile nie jemy śniadania poza domem (bo w Warszawie nie znajdę japońskich śniadań, na pewno nie w pobliżu naszego osiedla...). Zdarza się nawet kaisendon czyli surowe ryby i owoce morza na ryżu, coś co jedliśmy w Tokio każdego dnia, próbując najeść się tego dobra na zapas... W każdym razie, natto - jest po pierwsze pyszne, po drugie - bardzo zdrowe! Nattokinaza czyli enzym pozyskiwany z natto obniża ciśnienie krwi, wpływa na gęstość kości, rozpuszcza skrzepy we krwi. Można go przyjmować w tabletkach, ale what's the fun in this?!.... *^O^*~~~ Lepiej jeść smaczne fasolki sojowe!
Z kupnem natto w Polsce nie jest tak łatwo, nawet jeśli jest dostępne w sklepach azjatyckich to jest drogie, więc odkurzyłam moją wiedzę na temat robienia natto w domu i zrobiłam mały zapas. W skrócie - namaczamy ziarna soi na noc, następnego dnia gotujemy do miękkości, odcedzamy i mieszamy z porcją sfermentowanych fasolek - 400 g suchej soi + 45 g gotowego natto. Zostawiamy w temp. ok. 40 stopni na 24 godziny a potem wstawiamy uzyskane natto do lodówki, można też je zamrozić. Takie natto jest dość "młode", mało przefermentowane. Zamierzam zaeksperymentować też ze starterem w proszku (do kupienia online) i dam znać jak wyszło. ^^*~~
Pierwsze dwa tygodnie stycznia spędziliśmy w słońcu i plus 10 do plus 13 stopni C, a po powrocie w Warszawie zastała nas zima. Co mi się zresztą bardzo podoba, bo w styczniu powinien być śnieg i mróz, ja nie narzekam!!! ^^*~~~ Ubieram się w wełnę od stóp do głowy, owijam w pikowaną kołdrokurtkę i jest mi ciepło, jedyne na co trzeba uważać to ostrożne chodzenie po oblodzonych chodnikach, a chodzę w zasadzie każdego dnia robiąc krótsze i dłuższe spacery. Tak na przykład odkryliśmy fajny sklep z rybami w naszej okolicy!
W styczniu byliśmy kilka razy na śniadaniu na mieście, szczególnie polecamy Mon Nom na Forcie Służew! *^o^*~~~
20 stycznia w Japonii obchodzono Dzień Skarpetek Tabi, a 25 stycznia był Dzień Nikumana (Bułki na parze). Pierwsze święto obchodziliśmy, drugie jakoś nam umknęło... Do nadrobienia, tym bardziej, że zrobienie nikumanów w domu jest proste!
Mąż robi już plany na luty, ja na razie powoli wracam do codzienności. Wakacje mają to do siebie, że przeważnie żyje się innym rytmem - śniadanie, zwiedzanie, pod wieczór odpoczywanie, jedzenie japońskich przekąsek przed telewizorem, planowanie następnego dnia, gdzie pójdziemy, co będziemy zwiedzać, pisanie bloga (tak, tym razem pisałam na bieżąco, jeśli ktoś nie czytał a chciałby to zapraszam na Fumy Turystyczne ^^*~~). W domu trzeba się zająć innymi rzeczami, praca, sprzątanie, zakupy, cieknący kran (akurat nie, ale okazało się, że zlazła nam farba z jednej rączki od szafki w kuchni, więc trzeba było złożyć reklamację u naszego wykonawcy...), prań robiłam chyba z pięć pod rząd, koty trzeba tulić kilka razy dziennie bo stęsknione i pełne wyrzutów werbalnych (Aki *^v^*).
Pojechaliśmy do Japonii na zakupy i... wcale jakoś dużo zakupów nie przywiozłam!... Kilka książek kucharskich, zawsze muszą być i tym razem udało się upolować coś ciekawego - dania z żeliwnej patelni, cała książka o tofu i 365 sposobów podania natto. Oraz książka "Tokyo Izakaya" z którą wiąże się śmieszna historia. *^V^*
Zamówiłam ją na polskim Amazonie w czerwcu 2025 i termin wysyłki o jakim mnie poinformowano to 2 stycznia 2026.... TAK! Dobrze czytacie, 2 stycznia 2026!!! Ponieważ mi się nie spieszyło, zostawiłam to tak i czekałam na dostawę. 2 stycznia byliśmy już w Japonii a ja dostałam maila z nową datą dostawy mojej książki. 23 lipca 2026........ Wtedy pomyślałam, że to już raczej przesada, skasowałam moje zamówienie na amazon.pl i zamówiłam tę książkę na amazon.co.jp, i dostałam ją do hotelu za dwa dni. *^0^*~~~
Przywieźliśmy trochę ceramiki, trochę pierdółek ze stujenówki, zapas zielonej herbaty, kimono i kilka jedwabnych haori ze sklepu z używanymi ubraniami japońskimi, Robert wyszukał figurki które pasują do jego kolekcji, mamy noworoczne omamori ze świątyni Kanda Myoujin, trafiliśmy na ciekawą markę odzieżową która projektuje ubrania inspirowane tradycyjnymi japońskimi tkaninami i wzorami. Natomiast nie pomyślałam, że mogłabym całą jedną walizkę wypełnić pastą miso, umeboshi, shio kombu, czyli rzeczami, za które w Polsce płacę cztery razy tyle. Ech... Będę mądrzejsza następnym razem!
Na razie osiadam z powrotem w domu, wychodzę z trybu wakacyjnego i wchodzę w tryb codzienności domowej. Pierwszy tydzień spędzaliśmy na spotkaniach towarzysko-rodzinnych, przeglądałam lodówkę i spiżarkę, i uzupełniałam zapasy, planowałam co chciałabym ugotować (chodzi za mną bigos jeszcze od jesieni! I mam do niego w zamrażarce trochę upieczonej gęsiny! *^V^*). Robert zabrał się za pieczenie rostbefu i jak tylko kończyliśmy zjadać jeden kawałek to kupował i piekł następny, a zjadaliśmy go na kanapkach albo w misce ramenu, też pasował! ^^*~~
Pierwszy chleb po powrocie okazał się niezbyt piękny i udany, nie wyrobiłam go porządnie i dokarmiłam zakwas tylko dwa razy a stał w lodówce przez trzy tygodnie i chyba nie miał jeszcze siły po śnie zimowym... *^W^* Za to w smaku pyszny, dodatek mąki orkiszowej naprawdę robi różnicę! Upiekłam go w foremce i to był dobry wybór, bo gdybym go zostawiła na noc w lodówce w koszyku rozrostowym i rano wrzuciła do rozgrzanego garnka to rozlałby się na boki, a tak foremka go trzymała i pomogła mu podrosnąć.
Za to trafiłam na pomysł na kluski na zakwasie i zapisuję go sobie tutaj dla pamięci - 125 g semoliny, 60 g wody, 60 g zakwasu nieaktywnego, 15 g oliwy, szczypta soli. Zagnieść, odłożyć na 30 minut żeby odpoczęło, rozwałkować i ciąć na makaron albo ręcznie rwać i kulać kluski. Gotować 1 minutę.
Styczeń był o tym co tak ładnie podsumowała niedawno na Instagramie Blimsien (w stories, więc nie mogę dać bezpośredniego linka), więc pozwolę sobie ją zacytować:
Tak więc, napiekłam kruchych ciasteczek i spotkałam się z koleżanką, z którą już w grudniu widywałyśmy się co tydzień na wspólne rzemiosłowanie. *^v^* Tym razem odkurzyłam krosno i tabliczki, i zrobiłam mężowi nowe taśmy na owijacze do stroju historycznego. Przypomniałam sobie, jakie to jest medytacyjne zajęcie!
Wyprowadzałam się na spacery prawie każdego dnia. Wiem, był mróz, ale co mi tam zimno, kiedy wszystkie warstwy na mnie zaczynając od majtek i skarpetek to wełna merynosowa!... *^0^*~~~
Ruszamy z tym nowy rokiem! *^0^*~~~~

























No comments:
Post a Comment