Saturday, January 31, 2026

Po powrocie

 

Zastanawiałam się ostatnio co powoduje, że za każdym razem po powrocie z Japonii jestem zainspirowana do działania, nakręcona, nie mogę się doczekać aż ruszę z różnymi projektami. Co mnie tak motywuje i sprawia, że jednocześnie chciałabym zostać w Tokio i jak najszybciej wracać do domu, żeby zacząć tworzyć - gotować, szyć, malować. I doszłam do wniosku, że karmi mnie energia ludzi i miasta.

 


W Tokio ludzie otaczają nas wszędzie, mijają na stacjach i przejściach dla pieszych, towarzyszą w pociągach, barach, sklepach. Wydawałoby się, że w Warszawie też tak jest, jednak skala tego jest w Tokio dużo większa. Dodatkowo fascynująca jest tu ilość lokali usługowych - od wielkich domów towarowych i supermarketów poprzez średnie biznesy aż do maciupeńkich sklepików z których cały towar można by wykupić w 5 minut i schować do dwóch kieszeni. Kiedy wydaje się, że w danym miejscu nie da się już upchnąć kolejnej kawiarni i sklepu, za rogiem albo na drugim, trzecim, ósmym piętrze wieżowca trafiamy na kolejny taki przybytek bo na każdy z nich jest zapotrzebowanie i z każdego ktoś korzysta! Każdego dnia obserwuję ludzi załatwiających swoje sprawy, spieszących się dokądś, stojących w kolejce do baru, przemieszczających się licznymi pociągami i metrem, spacerujących po parkach, to miasto cały czas oddycha, tętni życiem!... 

 


Dodatkowo Japończycy zwracają dużą uwagę na formę przedmiotów, którymi się otaczają, czy to są ubrania, meble, naczynia, czy nawet same opakowania - pudełko czy papier pakowy poszczególnych produktów jest często tak samo dopracowany jak dany produkt, sklepowe szyldy są małymi dziełami sztuki. Można to nazwać przerostem formy nad treścią ale ja wolę na to patrzeć jak na chęć otaczania się pięknem, które cieszy oko, jestem zwolenniczką teorii, że otoczenie kształtuje naszą świadomość, nastrój, podejście do świata. 

 


Moim zdaniem ten sam obiad nie smakuje tak samo z plastikowej tacki i ładnego porcelanowego talerza, a człowiek w starym spranym dresie nie czuje się psychicznie tak samo dobrze jak człowiek w pięknym kolorowym dresie (chociaż oczywiście wiem, że są dni, kiedy ten stary sprany dres jest naszym azylem przed światem!). Rozczulają mnie na przykład liczne doniczki od dużych do maciupkich ustawione wzdłuż ścian domów tam gdzie nie ma miejsca na najmniejszy nawet ogródek. *^o^*~~~

 

 

W każdym razie, przyjechała ze mną rolka jedwabiu ze sklepu z kimonami, książka z wykrojami na ubrania z wykorzystaniem tkanin kimonowych i ochota na szycie nowej garderoby. 

 


 

W nowy rok weszłam z nowym/starym cyklem chodzenia spać wcześniej i wczesnego wstawania. W Sylwestra po kolacji i wciąż odsypiając jetlag padłam do łóżka o 22:00. Przebudziłam się na 9 sekund przed północą (wiem, bo było odliczanie na żywo w telewizji!... *^V^*), i zasnęłam kilka sekund po północy. Za to wstałam o 6:30 i oglądaliśmy z balkonu pierwszy w nowym roku wschód słońca. ^^*~~ 

 


I tak mi zostało do dzisiaj - około 22:00 jestem nieprzytomna i najchętniej wtedy idę spać - nie czytam w łóżku, nie zostaję półśpiąca przed telewizorem, po prostu się myję i kładę się spać. A rano ok. 7:30 wstaję, nie powiem, że bez problemu bo tam jakoś było łatwiej, tutaj ponieważ nie czekają na mnie japońskie przygody tylko zwyczajna codzienność i obowiązki to jakoś trudniej mi się wygrzebać z pościeli... Ale wstaję. 

Znowu dużo gotuję.  

 



Przez pierwsze dwa tygodnie stycznia mieliśmy śniadania hotelowe w cenie pokoju i każdego poranka jedliśmy na śniadanie ryż, natto, zupę miso, warzywa, jajka. Śniadanie w hotelu okazało się wygodne bo nie trzeba było go szukać na mieście. I tak nam na razie zostało - natto, zupa miso, czasami ryż, czasami chleb, o ile nie jemy śniadania poza domem (bo w Warszawie nie znajdę japońskich śniadań, na pewno nie w pobliżu naszego osiedla...). Zdarza się nawet kaisendon czyli surowe ryby i owoce morza na ryżu, coś co jedliśmy w Tokio każdego dnia, próbując najeść się tego dobra na zapas... W każdym razie, natto - jest po pierwsze pyszne, po drugie - bardzo zdrowe! Nattokinaza czyli enzym pozyskiwany z natto obniża ciśnienie krwi, wpływa na gęstość kości, rozpuszcza skrzepy we krwi. Można go przyjmować w tabletkach, ale what's the fun in this?!.... *^O^*~~~ Lepiej jeść smaczne fasolki sojowe!

 


Z kupnem natto w Polsce nie jest tak łatwo, nawet jeśli jest dostępne w sklepach azjatyckich to jest drogie, więc odkurzyłam moją wiedzę na temat robienia natto w domu i zrobiłam mały zapas.  W skrócie - namaczamy ziarna soi na noc, następnego dnia gotujemy do miękkości, odcedzamy i mieszamy z porcją sfermentowanych fasolek - 400 g suchej soi + 45 g gotowego natto. Zostawiamy w temp. ok. 40 stopni na 24 godziny a potem wstawiamy uzyskane natto do lodówki, można też je zamrozić. Takie natto jest dość "młode", mało przefermentowane. Zamierzam zaeksperymentować też ze starterem w proszku (do kupienia online) i dam znać jak wyszło. ^^*~~

Pierwsze dwa tygodnie stycznia spędziliśmy w słońcu i plus 10 do plus 13 stopni C, a po powrocie w Warszawie zastała nas zima. Co mi się zresztą bardzo podoba, bo w styczniu powinien być śnieg i mróz, ja nie narzekam!!! ^^*~~~ Ubieram się w wełnę od stóp do głowy, owijam w pikowaną kołdrokurtkę i jest mi ciepło, jedyne na co trzeba uważać to ostrożne chodzenie po oblodzonych chodnikach, a chodzę w zasadzie każdego dnia robiąc krótsze i dłuższe spacery. Tak na przykład odkryliśmy fajny sklep z rybami w naszej okolicy! 

 

W styczniu byliśmy kilka razy na śniadaniu na mieście, szczególnie polecamy Mon Nom na Forcie Służew! *^o^*~~~
 


20 stycznia w Japonii obchodzono Dzień Skarpetek Tabi, a 25 stycznia był Dzień Nikumana (Bułki na parze).  Pierwsze święto obchodziliśmy, drugie jakoś nam umknęło... Do nadrobienia, tym bardziej, że zrobienie nikumanów w domu jest proste!

 


Mąż robi już plany na luty, ja na razie powoli wracam do codzienności. Wakacje mają to do siebie, że przeważnie żyje się innym rytmem - śniadanie, zwiedzanie, pod wieczór odpoczywanie, jedzenie japońskich przekąsek przed telewizorem, planowanie następnego dnia, gdzie pójdziemy, co będziemy zwiedzać, pisanie bloga (tak, tym razem pisałam na bieżąco, jeśli ktoś nie czytał a chciałby to zapraszam na Fumy Turystyczne ^^*~~). W domu trzeba się zająć innymi rzeczami, praca, sprzątanie, zakupy, cieknący kran (akurat nie, ale okazało się, że zlazła nam farba z jednej rączki od szafki w kuchni, więc trzeba było złożyć reklamację u naszego wykonawcy...), prań robiłam chyba z pięć pod rząd, koty trzeba tulić kilka razy dziennie bo stęsknione i pełne wyrzutów werbalnych (Aki *^v^*). 

 


Pojechaliśmy do Japonii na zakupy i... wcale jakoś dużo zakupów nie przywiozłam!... Kilka książek kucharskich, zawsze muszą być i tym razem udało się upolować coś ciekawego - dania z żeliwnej patelni, cała książka o tofu i 365 sposobów podania natto. Oraz książka "Tokyo Izakaya" z którą wiąże się śmieszna historia. *^V^* 

 

 

Zamówiłam ją na polskim Amazonie w czerwcu 2025 i termin wysyłki o jakim mnie poinformowano to 2 stycznia 2026.... TAK! Dobrze czytacie, 2 stycznia 2026!!! Ponieważ mi się nie spieszyło, zostawiłam to tak i czekałam na dostawę. 2 stycznia byliśmy już w Japonii a ja dostałam maila z nową datą dostawy mojej książki. 23 lipca 2026........ Wtedy pomyślałam, że to już raczej przesada, skasowałam moje zamówienie na amazon.pl i zamówiłam tę książkę na amazon.co.jp, i dostałam ją do hotelu za dwa dni. *^0^*~~~

  



Przywieźliśmy trochę ceramiki, trochę pierdółek ze stujenówki, zapas zielonej herbaty, kimono i kilka jedwabnych haori ze sklepu z używanymi ubraniami japońskimi, Robert wyszukał figurki które pasują do jego kolekcji, mamy noworoczne omamori ze świątyni Kanda Myoujin, trafiliśmy na ciekawą markę odzieżową która projektuje ubrania inspirowane tradycyjnymi japońskimi tkaninami i wzorami. Natomiast nie pomyślałam, że mogłabym całą jedną walizkę wypełnić pastą miso, umeboshi, shio kombu, czyli rzeczami, za które w Polsce płacę cztery razy tyle. Ech... Będę mądrzejsza następnym razem! 

 


Na razie osiadam z powrotem w domu, wychodzę z trybu wakacyjnego i wchodzę w tryb codzienności domowej. Pierwszy tydzień spędzaliśmy na spotkaniach towarzysko-rodzinnych, przeglądałam lodówkę i spiżarkę, i uzupełniałam zapasy, planowałam co chciałabym ugotować (chodzi za mną bigos jeszcze od jesieni! I mam do niego w zamrażarce trochę upieczonej gęsiny! *^V^*). Robert zabrał się za pieczenie rostbefu i jak tylko kończyliśmy zjadać jeden kawałek to kupował i piekł następny, a zjadaliśmy go na kanapkach albo w misce ramenu, też pasował! ^^*~~

 


Pierwszy chleb po powrocie okazał się niezbyt piękny i udany, nie wyrobiłam go porządnie i dokarmiłam zakwas tylko dwa razy a stał w lodówce przez trzy tygodnie i chyba nie miał jeszcze siły po śnie zimowym... *^W^* Za to w smaku pyszny, dodatek mąki orkiszowej naprawdę robi różnicę! Upiekłam go w foremce i to był dobry wybór, bo gdybym go zostawiła na noc w lodówce w koszyku rozrostowym i rano wrzuciła do rozgrzanego garnka to rozlałby się na boki, a tak foremka go trzymała i pomogła mu podrosnąć. 

Za to trafiłam na pomysł na kluski na zakwasie i zapisuję go sobie tutaj dla pamięci - 125 g semoliny, 60 g wody, 60 g zakwasu nieaktywnego, 15 g oliwy, szczypta soli. Zagnieść, odłożyć na 30 minut żeby odpoczęło, rozwałkować i ciąć na makaron albo ręcznie rwać i kulać kluski. Gotować 1 minutę. 

  

 

Styczeń był o tym co tak ładnie podsumowała niedawno na Instagramie Blimsien (w stories, więc nie mogę dać bezpośredniego linka), więc pozwolę sobie ją zacytować: 

"O uzupełnianiu zapasów. O głębokiej introspekcji. O mówieniu "sprawdzam". O trzymaniu rutyny tam, gdzie jest pięknie zbudowana. O spacerach. O domowych posiłkach. O byciu razem. Styczeń jest o basicku. O trzymaniu ciepła. Zero gwałtownych ruchów." 
 
 

Tak więc, napiekłam kruchych ciasteczek i spotkałam się z koleżanką, z którą już w grudniu widywałyśmy się co tydzień na wspólne rzemiosłowanie. *^v^* Tym razem odkurzyłam krosno i tabliczki, i zrobiłam mężowi nowe taśmy na owijacze do stroju historycznego. Przypomniałam sobie, jakie to jest medytacyjne zajęcie!

 

 

Wyprowadzałam się na spacery prawie każdego dnia. Wiem, był mróz, ale co mi tam zimno, kiedy wszystkie warstwy na mnie zaczynając od majtek i skarpetek to wełna merynosowa!... *^0^*~~~ 

 

 
Na koniec niespodzianka - zostawiam Was z fragmentem z telewizji japońskiej z programu Hiruobi z dnia 5 stycznia, w którym przypadkowo akurat byliśmy w odpowiednim miejscu i czasie, i załapaliśmy się na sekundę czasu antenowego (pod koniec nagrania)! *^V^*~~~~ 
 

Ruszamy z tym nowy rokiem! *^0^*~~~~ 

Tuesday, December 30, 2025

Grudzień i podsumowanie roku 2025

Grudzień rozpoczęliśmy świętowaniem urodzin Roberta! *^V^* Odwiedziliśmy miejsce, do którego wybieraliśmy się już od jakiegoś czasu a mianowicie do Muzeum Gier Video. Płaci się za wstęp a potem już można grać do upadłego (nie trzeba wrzucać żetonów do maszyn). Każdy znajdzie coś dla siebie, na przykład ja uwielbiam flippery, a tych jest cała alejka! Można to miejsce wynajmować na imprezy zamknięte, można na miejscu kupić kawę i przekąski.

 


 
A w ramach miłego zakończenia wieczoru odwiedziliśmy chińską cukiernię Sweet Desings - matcha tiramisu i torcik ze słodkiego ziemniaka oraz kawy z dodatkiem jujube i kasztanów. Czy było warto? Hm... *^0^* Bardzo to wszystko było słodkie, zarówno w wyglądzie jak i w smaku!
 

  
Grudzień miałam wypełniony odwiedzinami u koleżanki Leny (na które zawsze piekłam jakieś nowe ciasteczka, bardzo mi się to podoba! *^V^*), mało nam się udało zrobić rzeczy rękodzielniczych ale przegadałyśmy dużo różnych spraw, mamy plany na kolejne spotkania w nowym roku.  
 
 
Poza tym co drugi dzień biegałam na akupunkturę do gabinetu medycyny naturalnej (mongolskiej) i z moim nerwem kulszowym jest jak na razie całkiem nieźle! Fizjoterapia wspomagana akupunkturą i bańkami dała radę prawie postawić mnie na nogi. ^^*~~~ Niestety, z wydarzeń niefajnych - złamałam drugiego zęba!.... Już jestem umówiona do implantologa na styczeń. 
Według chińskiego kalendarza rok 2025 to był rok węża - czyli tak jak wąż zrzuca niepotrzebną mu starą skórę z której wyrósł, tak my zrzucaliśmy to wszystko co nam już nie służyło, fizycznie i w relacjach. Widocznie przyszedł czas na te dwa moje zęby (które wiele lat temu były już leczone kanałowo a to jak wiadomo bardzo osłabia ząb), teraz czeka mnie sztukowanie no bo jak mam chodzić taka szczerbata?!.... *^W^* Na razie od dwóch tygodni ostrożnie i powoli jem drugą stroną szczęki, żeby nie dołamać tej biednej czwórki do końca i dotrwać do wizyty u dentysty...

*** 

Mój aktualnie najbardziej ulubiony chleb domowy - pszenno-orkiszowy.

 


 
Poprzedniego wieczora około północy dokarmiam zakwas w proporcjach 1:5:5, za chleb biorę się rano około 9:00. 

Autoliza: 

100 g aktywnego zakwasu żytniego + 340 ml wody + 400 g mąki pszennej chlebowej + 100 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej

Wymieszać, przykryć folią, odstawić na 60 minut. 

Następnie: dodać 12 g soli, wyrobić 10 minut, przykryć i odstawić na 30 minut.

Zrobić 4 razy stretch&fold co 30 minut.

Odstawić do podwojenia objętości pod przykryciem.

Uformować bochenek, włożyć do koszyka i wstawić do lodówki na noc.

Rano rozgrzać Dutch Oven w 230 stopniach, piec chleb 40 minut pod pokrywką, następnie 20 minut bez przykrycia.  

Można go też wstawić do lodówki w foremce metalowej (wtedy wkładamy złożeniem do dołu, bo już nie będzie porannego obracania) i upiec rano chleb w rozgrzanym do 205 stopni piekarniku już bez garnka chlebowego, przez 45 minut. 

 


 ***

Czytelniczo: dokończyłam czwarty tom serii "Szczury Wrocławia" Roberta J. Szmidta, będą kolejne części, hurra!!!  

Potem trafiłam na książkę o rytmie dobowym "Spij, jedz i ruszaj się" Satchina Pandy. Trochę nowych dla mnie ciekawych informacji, ale widać, że odbiorcą jest ktoś o zupełnie innym typie odżywiania i stylu życia. Na przykład nie rozumiem porady o 12-stogodzinnym albo krótszym oknie żywieniowym - ja śniadanie najczęściej jem ok. 9:30 - 10:00 a kolację nie później niż o 20:00 więc moim standardem jest dziesięciogodzinne albo krótsze okno żywieniowe, nie wyobrażam sobie, że można jeść przez 15 godzin na dobę a to według tej książki wydaje się być standardem... 

 


Wróciłam do Roberta J. Szmidta i przeczytałam dwuczęściowy cykl SCI-FI "Samotność Anioła Zagłady" - Adam i Ewa. Jak to u Szmidta - jak się zacznie czytać to nie można przestać!!!

 


 

Potem zmiana nastroju - zaczęłam książkę Jolanty Lewickiej "BodyBook. 7 kroków o tym, jak pokochać swoje ciało i zbudować z nim wspaniałą relację". Trochę chaotyczna, dużo powtórzonych historii, są tu wartościowe dla mnie treści ale nie dałam rady przeczytać ich jednym ciągiem, po dwóch rozdziałach odłożyłam tę pozycję i na pewno do niej wrócę, natomiast...


 

Kiedy zaczęłam książkę Michała Gołkowskiego "Russkij mir" to już jej nie mogłam odłożyć! Michał (mogę tak familiarnie napisać bo to mój kolega od ponad 20 lat ^^*~~) porozmawiał do tego reportażu z rosyjskimi jeńcami wojennymi, do tego dołożył sporą dawkę wiedzy historyczno-politycznej i swój niepowtarzalny styl pisania, i wyszło jak zwykle - nie da się od tej książki oderwać! Niesamowite, przerażające, Rosja w pigułce na ponad 500 stronach. 

 

  

***


 

Rok 2025 był inny niż wszystkie poprzednie. Nie dość, że od lutego zmagałam się z rwą kulszową (walka wciąż trwa, w sierpniu wydawało się, że jest już prawie wygrana kiedy ból przegrupował siły i uderzył z nową siłą we wrześniu... na szczęście teraz po fizjoterapii i akupunkturze jest całkiem nieźle!), dodatkowo w sierpniu złamałam jednego zęba, a na początku grudnia drugiego!... To wszystko razem wzięte spowodowało, że żyłam na 50%, na minimum zasobów, nie czerpałam radości ze spędzania czasu poza domem bo były miesiące, kiedy nie mogłam bez bólu stać, chodzić ani siedzieć.   

 


 
 

Zobaczymy co będzie w roku 2026. Nie robię żadnych planów, zamierzam żyć z dnia na dzień, skupić się na zdrowiu fizycznym i psychicznym, relacjach z bliskimi. Na razie kiedy to czytacie jesteśmy na wakacjach w Japonii. *^O^*~~~ Zamierzamy odpoczywać, jeść, chodzić na spacery po naszym ukochanym Tokio i ładować baterie na kolejne miesiące. Jeśli chcecie nam towarzyszyć, jak zawsze zapraszam na wakacyjnego bloga:

fumyturystyczne.asia 

Sunday, November 30, 2025

Listopad

Czy ja jestem jesieniarą? Ba!....

Ja jestem LISTOPADZIARĄ pełną gębą!!! *^O^*~~~

 


 

Kiedy świeci słońce jestem marudna i niechętnie wychodzę z domu, za to kiedy za oknem mgła i szarówka, a jeszcze do tego deszcz to jest obecnie moje środowisko naturalne!... Wskakuję w buty, zawijam się w płaszcz i szal, i chodzę po okolicy, obserwując gołe drzewa i liście pod nogami.  

 ***

Obudziłam zakwas na chleb, który stał w mojej lodówce od stycznia.

 


 

Tak, dobrze czytacie. Zakwas stał w zakręconym słoiku w lodówce od stycznia, czyli prawie rok, bez dokarmiania. Nie zepsuł się, nie skwasił, nie spleśniał, nie zasechł. Dokarmiłam go porządnie dwa razy i potem już weszłam w system wieczornego wyjmowania z lodówki gdy chciałam piec, dokarmiania w proporcjach 1:3:3 (1 część zakwasu, 3 części wody, 3 części mąki żytniej) i zabierałam się za zrobienie chleba następnego dnia około południa, kiedy zakwas pracował już jak szalony. 

 


 

Piekłam na zakwasie nie tylko chleby, także np.: focaccię, placki naan i ciastka z orzechami i czekolada. *^V^*   

*** 

W listopadzie koleżanka postanowiła wznowić regularne spotkania rękodzielnicze i co czwartek po południu spotykałyśmy się u niej w domu na plotki, przekąski i zajmowanie rąk robótkami, na przykład zabrałam się za taśmy tkane na tabliczkach, Robert specjalnie w tym celu kupił ręcznie tkaną i naturalnie barwioną wełnę. 

*** 

W listopadzie wciąż szukałam rozwiązań dla moich różnych znanych i tych tajemniczych dolegliwości zdrowotnych. Poszłam do osteopatki na zabieg terapii czaszkowo-krzyżowej oraz do gabinetu medycyny mongolskiej na akupunkturę, bańki i po zioła na zatoki, nie zaniedbałam też wizyt u mojego fizjoterapeuty. 

*** 

Czytelniczo - przez kilka dni po ostatniej lekturze października nie mogłam sobie znaleźć nowej książki. Zaczynałam chyba z dziesięć różnych tytułów i odkładałam po kilkudziesięciu kartkach... Wreszcie sprawdziłam nowości na Legimi i okazało się, że jest już dostępna najnowsza powieść Michała Śmielaka "Śnieg przykryje" i od razu się wciągnęłam w akcję!

 

 

Następnie przeczytałam cykl Zbrodnie czorsztyńskie Anny Olszewskiej - "Osada", "Samotnia" i "Uroczysko".

 


Dalej pozostałam z kobiecą autorką kryminalną - przeczytałam dwie świetne powieści Ałbeny Grabowskiej z cyklu "Franciszek Stawicki i Maja Kwiatkowska" - "Nóż w sercu. Sprawa chirurga" i "Dzieci we mgle. Sprawa ginekologa". 

 


Do tego dorzuciłam pojedynczą powieść tej samej autorki - "Ostatnia chowa klucz". Zaczęła się powoli, ale potem nie można się zatrzymać w czytaniu!...

 


 

Gdzieś wpadł mi w oko najnowszy kryminał Roberta J. Szmidta "Wiem kiedy umrzesz", przeczytałam i pod koniec okazało się, że to pierwsza część dłuższego cyklu... W sumie fajnie, bo wciąga i trzyma w napięciu!

 


To poszłam za ciosem i zaczęłam czterotomowy cykl tego samego autora "Szczury Wrocławia". Wrocław, rok 1963 i epidemia... zombie!!! *^V^*

 



W tak zwanym międzyczasie przeczytałam dwie książki poświęcone terapii krzyżowo-czaszkowej, bo szłam do fizjoterapeutki i chciałam poznać podstawy teoretyczne. Niszowe i specjalistyczne, dużo anatomii. Czy pojedyncza wizyta mi pomogła? Nie bardzo. 



 

Przeczytałam też "Wsparcie dla córek narcystycznych matek" Karyl McBride. Mocne, otwierające oczy, pomocne.



 

W listopadzie wyszła kolejna książka Marianny Gierszewskiej "Trigger. Jak odzyskać wpływ kiedy steruje nami przeszłość", tym razem tematem są sytuacje z przeszłości które wyzwalają w nas takie a nie inne reakcje w obecnym życiu. Bardzo cenię sobie treści tworzone przez Mariannę i kiedy tylko dowiedziałam się o nowej książce od razu ją zamówiłam w przedsprzedaży, ale musiałam na nią poczekać do 13 listopada. 

 


Przed nami grudzień. Nie przepadam, nie czekam jakoś szczególnie na święta, za to jak tylko będzie po świętach to lecimy do Japonii, hurra!!! ^^*~~ 

Friday, October 31, 2025

Październik




 W tym roku jak chyba nigdy w życiu płynnie weszłam w jesień. Jakbym na nią czekała, i to nie na tę piękną słoneczną ciepłą tylko właśnie na pluchy i wiatry! Nie tęsknię za latem. Oszalałam na punkcie typowo jesiennych kolorów, ubieram się najchętniej w bordo, fiolety, śliwki, popatruję w kierunku ceglastych pomarańczy.  Owijam się w warstwy i chodzę po mieście wolniej, żeby napawać się tym zimnem i wichrem na policzkach. Dziwne, c'nie? 


 

Październik był miesiącem zmagań z dziwnymi problemami zdrowotnymi. Nie wdając się w szczegóły powiem tylko, że mój organizm nie przestaje mnie zaskakiwać poziomem uciążliwości tego, jak i na co potrafi zareagować fizyczną chorobą...  Poza tym, kontynuowałam epopeję zębową - poszłam wyrwać drugą szóstkę i zajęłam się dziąsłami. Okazuje się, że samo szczotkowanie zębów dwa razy dziennie nie wystarczy!... Należy jeszcze płukać, nitkować i używać szczoteczek międzyzębowych, a można by jeszcze dołożyć irygator... Na szczęście moja szczęka jest wciąż w nie najgorszym stanie, jeszcze dwie wizyty w grudniu u periodontologa i potem większa uwaga poświęcona dokładniejszej higienie, i będzie czym gryźć!... *^W^*~~~ 

 


 

W październiku spotkałam się z  Fretką która wpadła do Warszawy z wizytą, poszłyśmy na ciasto i kawę do Vita Cafe na Nowym Świecie i bardzo Wam polecam ich ciasto marchewkowe, gdybym mieszkała tuż obok to jadłabym je codziennie!... *^V^*~~~

 


 

Zrobiłam też sobie nowy tatuaż, drobiazg uzupełniający wolne miejsce. Znacie Koziołka Matołka? To była kiedyś zmora mojego dzieciństwa... Nie wiem czemu, ale kiedy słyszałam w czołówce filmu to jego "Meeee!....." to strasznie się bałam i uderzałam w płacz!... Do dziś się wzdrygam na myśl o początku tej kreskówki, ale postanowiłam oswoić potwora i mieć go zawsze przy sobie/na sobie. *^0^* Większe projekty zostawiam już na nowy rok, mam kilka konkretnych pomysłów. *^V^*  

 


Chciałam wziąć udział w Birdtober, nawet we wrześniu wyszukałam w Sieci zdjęcia wszystkich trzydziestu jeden ptaków do namalowania i wybrałam szkicownik... Niestety, udało mi się skończyć tylko dwa pierwsze rysunki. Wciąż mam w planach kontynuację, może uda się w listopadzie?

 



 W październiku było sporo jesiennego gotowania - na przykład zrobiliśmy wreszcie japoński oden - delikatny bulion na bazie kombu a w nim różne odmiany tzw. ciastek z ryby, tofu, jajka, rzodkiew daikon, można też dorzucić kawałki ryby albo długo gotowane ścięgna wołowe. Nie jest to wykwintne danie, raczej prosta tania ciepła zupa z rybno-sojową wkładką na rozgrzanie w zimne dni.

 


  

Jedno z naszych szybkich dań na jesienną kolację - ziemniaki pokrojone w cząstki i usmażone na patelni (ok. 25 minut), do tego można dorzucić pod koniec smażenia inne warzywa jak papryka, dynia, bakłażan, wykładamy to na talerz na pokrojone doprawione pomidory, a na to idzie stek (brudzimy tylko jedną patelnię do smażenia najpierw warzyw a potem steka, czysty zysk! ^^*~~). Na wierzch można dać posiekane orzechy albo pistacje.

 


 

Pamiętacie pierogi dynia-feta-szałwia? To sobie przypomnijcie, bo to jest przepyszne!!! 

 


 

Naszło mnie też na dyniowe gnocchi, znalazłam fajny przepis i podałam je z podsmażonym guanciale. 

  


 *** 

 


 

W zeszłym miesiącu Ela Kos zapytała, czy jeszcze szyję i postanowiłam napisać kilka moich przemyśleń w tym temacie, bo sporo się nad tym zastanawiałam w trakcie zeszłego roku.

W poprzednim mieszkaniu, mimo, iż było mniejsze, mieliśmy dwie bardzo duże szafy na ubrania, dodatkowo wielki balkon, na którym trzymałam aktualnie nienoszone sukienki letnie albo zimowe, w zależności od sezonu. W tym mieszkaniu mamy jedną szafę i komodę, i nagle okazało się, że nie mam gdzie trzymać dużej ilości sukienek... Zgromadziłam je wszystkie na widoku i zaczęłam się zastanawiać, po co jest mi ich tyle?... Pomińmy fakt, że wiele z nich szyłam i nosiłam 10 kilo temu, i na razie wciąż się w nie nie mieszczę a chciałabym. Oraz to, że w tym roku nosiłam głównie spodnie dresowe, bo wciąż biegałam na rehabilitację rwy kulszowej... Ale wiele z nich powstało sama nie wiem dlaczego, bo nie kochałam ich już w momencie zdjęcia z maszyny do szycia, rzucałam się na jakiś materiał i fason, koniecznie chciałam to uszyć, a potem odwieszałam do szafy i brałam się za coś nowego, a ja wcale aż tak często nie chodzę w sukienkach... Był ku temu jakiś powód, pewnie taki sam jak kupowanie tony włóczek i nieprzerabianie ich na swetry (tego na szczęście już od dawna nie robię!), zresztą swetrów też człowiek może mieć ograniczoną ilość, prawda? Nawet człowiek mieszkający na Alasce, gdzie w swetrach chodzi się okrągły rok. *^w^*  

 


 

Wraz z wiekiem zmienia się mój gust co do sukienek, poza tym w 2023 zorientowałam się, że mam 20 kilo menopauzalnej nadwagi i nie podoba mi się, jak wyglądam w sukienkach, które wcześniej leżały na mojej figurze inaczej. Przeprowadzka dała mi też do myślenia co do ilości rzeczy, jakie posiadam - im tego więcej tym bardziej czuję się przytłoczona, dlatego w tym mieszkaniu staram się mieć tyle wszystkiego (ubrań, naczyń), żeby się mieściło w zamkniętych szafkach, nie przeładowywać przestrzeni durnostojkami, nie zapychać szafy ubraniami tylko po to, żeby w niej wisiały, chociaż ich nigdy nie wyjmuję i nie noszę (ciągle mam sporo takich ubrań, z tym tematem jeszcze muszę się zmierzyć...). Wciąż jestem w procesie odchudzania i dałam sobie czas do przyszłego lata, żeby zobaczyć, czy schudnę na tyle, żeby cieszyć się moimi ulubionymi sukienkami, bo jeśli nie, to się z nimi pożegnam i przestanę już się tym zadręczać. Nie może być tak, żeby kiecki nami rządziły i wisiały nad nami jak miecz Damoklesa!... 

 


 

Czy już nigdy nie usiądę do maszyny do szycia? Na pewno usiądę! Mam nowe pomysły i zapas fajnych tkanin, powoli na nowo przyzwyczajam się do myśli, że jestem "osobą szyjącą". Brzmi to dziwnie? Ja też jestem zdziwiona. Myślałam, że się przeprowadzimy, ustawię meble, podłączę maszynę do szycia i ruszę z kopyta, a tu... niespodzianka. Stół do szycia wprawdzie przestał już być biurkiem do pracy dla męża, ale przez wiele miesięcy stał się składowiskiem rzeczy które nie znalazły jeszcze swojego docelowego miejsca w pracowni, dokumentów, pudeł, ciuchów historycznych... Przyznaję, że nie spieszyłam się z jego ogarnięciem, częściowo było to związane z rwą kulszową, która czasami nie pozwalała mi normalnie siedzieć czy się poruszać, ale częściowo z jakąś blokadą psychiczną. 

 


 

W zeszłym tygodniu posprzątałam wreszcie stół i podłączyłam maszynę, wyciągnęłam ciepłą bluzę kupioną kiedyś i wymieniłam jej tasiemki na mankietach rękawów na porządny ściągacz. Tym samym oswoiłam nowe miejsce i zainaugurowałam proces szycia w nowym mieszkaniu, i być może teraz już pójdzie gładko? W kolejce czekają materiały, ale też przeróbki, przydałoby się zwęzić spodnie mężowe szyte kiedyś przeze mnie, bo schudł ponad 20 kilo i nie da się już ich zebrać paskiem tak żeby to ładnie wyglądało a nie jak z grubszego brata!... >0< Mam piękne wzorzyste dresówki i rolki jedwabiu przywiezione z Japonii, na bieżąco oglądam kolejne wydania Burdy ale nic mi się od ponad roku nie spodobało na tyle, żeby kupić magazyn, same nudy albo powtórki. Zastanawiam się też, co chciałabym uszyć, czego mi brakuje, na przykład przydałaby się nowa para wygodnych spodni takich jak Złoty Pył, tamte wciąż kocham i próbuję nosić, ale o ile pierwsza wersja Złota Jesień szybko się sprała i materiał przestać ładnie wyglądać, to tutaj problem jest inny - nadruk wciąż jest żywy i piękny, ale tkanina się rozciągnęła i spodnie na mnie wiszą a z każdym krokiem czuję jak zjeżdżają mi z tyłka... Wykrój mam, materiał też, może czas się zabrać za nową parę? *^v^*

 

*** 

 

Czytelniczo zaczęłam inaczej niż w poprzednich miesiącach, a mianowicie od zbioru króciutkich esejów podróżniczych Ryszarda Kapuścińskiego "Gorzki smak wody", które powstały w pod koniec lat 50-tych XX wieku, kiedy 25-letni Kapuściński pisał dla "Sztandaru Młodych". Podróżujemy z autorem do Indii, Afganistanu i Japonii, i tej Japonii byłam oczywiście ciekawa najbardziej. I tu się trochę rozczarowałam, bo Indie i Afganistan są rzeczywiście opisane z perspektywy autora - przyjechał, doświadczył, podaje nam swoje pierwsze wrażenia, opisuje rzeczywistość, czujemy atmosferę, widzimy otoczenie, jesteśmy tam razem z nim! Niestety, Japonia była wtedy dla Kapuścińskiego tylko krótkim przystankiem w drodze do Chin i powstało kilka rozdziałów analizy historyczno-polityczno-społecznej, takie rzeczy można sobie przeczytać w encyklopedii!.... 

 


 A propos gorzki, wróciłam jeszcze do Mieczysława Gorzki. *^v^* Zostały mi jego dwie książki z cyklu "Wilk i Lesiecki" - "Poszukiwacz zwłok" i "Wilczyca". Trochę przekombinowane, nie sama historia tylko charaktery bohaterów, nie podobało mi się tak bardzo jak książki z Zakrzewskim jako głównym bohaterem.

 


Potem pozostałam w okolicach Wrocławia i przeczytałam cykl kryminalny Tomasza Duszyńskiego "Małomiasteczkowy" - "Małomiasteczkowy", "W imię ojców" i "Z innej gliny". Całkiem niezłe, wciągające, ale mam jedną uwagę - w pierwszym tomie jednym z kluczowych bohaterów był mężczyzna o imieniu Kamil. W drugiej części znowu się pojawia, ale zmienił imię na Krystian.... Autor zapomniał, jak nazwał jedną z postaci czy redaktor nie dopilnował korekty? W trzeciej części ta osoba znowu staje się Kamilem, a nawet przez chwilę Kamilem Krystianem, jakby autor chciał usprawiedliwić pomyłkę z drugiego tomu.  Dodatkowo, w jednym miejscu pomylone są ksywki dwóch różnych bohaterów, nie mówiąc już o wielu literówkach albo całych "zjedzonych" w zdaniu słowach, kolejne niedopatrzenia korektora. (Nie wiem dlaczego, ale takie pomyłki zawsze zauważę i strasznie mnie denerwują...)

 


Porzuciłam na chwilę kryminały i przeczytałam dwie odmienne książki - najpierw "Dźwięki ptaków" Arka Kowalika. To zbiór opowiadań "o zagubieniu, samotności i poszukiwaniu bliskości", dzieje się to w Warszawie ale mogłoby się dziać w każdym mieście i na wsi, bo problemy, przemyślenia, lęki bohaterów są dość uniwersalnie ogólnoludzkie.

 


 

A potem "Wszystko dla N" Kanae Minato - książka, w której pierwsza część zapowiada sytuację banalną jakich wiele, a potem poznajemy historie poszczególnych bohaterów i odkrywamy kolejne warstwy wydarzeń, bardzo ciekawie skonstruowana powieść!

 


 

Sięgnęłam po polski kryminał w wydaniu kobiecym i przeczytałam "Noc kłamstw" Izabeli Janiszewskiej. Krótkie rozdziały, wartka akcja i nieoczywiste sytuacje, chce się czytać dalej i dalej, żeby wiedzieć co się naprawdę wydarzyło, polecam!

 

 

Przy zakupach w księgarni dorzuciłam za grosze książkę Katarzyny Drogi "Niełatwo mnie zabić. Opowieść o Joannie Chmielewskiej". Nie jest to wybitna pozycja, jeśli zna się Autobiografię to nic tu nas nie zaskoczy, ale jeśli ktoś nie zna tych sześciu tomów autobiografii napisanych przez Chmielewską to ta książka jest zwięzłym obrazem życia pisarki.

 


 

Zabrałam się też za czyszczenie mojej listy książek na Legimi, bardzo łatwo dodaje się tam kolejne pozycje, a kiedy to czytać? Nawet zapomniałam, co ja tam zgromadziłam!... Dlatego postanowiłam ruszyć od końca, od najstarszych dodanych książek i jedną z nich był "Song nauczycielki" Vigdis Hjorth. 57-letnia nauczycielka akademicka prowadzi szczęśliwe poukładane życie aż do momentu, kiedy jeden ze studentów pojawia się w jej życiu i nagrywa film dokumentalny z jej codzienności. Trochę nie rozumiem co autorka chciała pokazać - że starsze pokolenie dba o zagadnienia społeczne a młodzież chce się tylko wygodnie prześlizgnąć przez życie?... Hm...

 


 

W październiku zrobiłam kilka zakupów książek w formie fizycznej. "Drzewa" Ayi Koda to zbiór esejów o drzewach właśnie. 

"Miękko" to najnowsza książka Niny Czarneckiej, autorki "Ciepło" i "Rześko", ajurwedyjskich poradników jak dobrze przeżyć pory zimną i ciepłą. Tym razem to już nie jest poradnik a coś innego, dopiero zaczęłam przeglądać kilka pierwszych stron.

A "Hummusy i pasty" Konrada Budzyka to zbiór wegańskich przepisów, mam już tego autora książkę o tofu i nagle zapragnęłam tej pozycji.

 


 

Polecę Wam jeszcze kilka jesiennych herbat, które w tym roku szczególnie często pijam.  Basilur, Dear Tea Society i G'Tea to mieszanki czarnej herbaty z przyprawami i aromatami, natomiast Supertea i P&T to czyste ekologiczne składniki takie jak imbir, cynamon, kurkuma, lukrecja, pieprz, kardamon, skórka cytrynowa. Jest jeszcze jedna wersja od Supertea Chai Krishna którą lubię, w ciemnośliwkowym opakowaniu, to bio mieszanka czarnej herbaty, goździków, pieprzu, kardamonu, cynamonu i imbiru. Wszystkie można pić zaparzone wodą albo z dodatkiem mleka, pycha! 

 


 

Tyle się działo w październiku, a co do listopada na razie nie mam żadnych planów czy oczekiwań. Może będę malować, może szyć, na pewno będzie dużo gotowania i spacerów w deszczu (jakoś łatwiej mi wtedy wyjść z domu), wciąż chodzę na fizjoterapię z rwą kulszową, będę żyć powoli jeden dzień na raz. 

A teraz idę świętować moje urodziny. *^V^*~~~ 

Do zobaczenia za miesiąc!