Wednesday, March 06, 2019

DOJadanie

Today, as usual for the past few years, we are starting the Yearly Slimming of the Menu period that will last for 44 days. This year, because we have already been eating very healthy, we decided to try vegan diet. We'll see how it goes and if it changes anything in our health (I even did the blood tests for iron and B12 vitamin and I'm going to have them repeated at the end of April together with the test for calcium in my bones). It's just an experiment for now, to try something new, maybe something more healthy than flexitarianism, to loose some weight, to get fitter and have more energy. I'll post recipes and our progress, good and bad, on the blog. *^v^* 
Also, I wanted to bring my readers' attention to the importance of the aspect of reading the labels on the food we buy. Way too often we assume some products have only good natural ingredients and they don't, they're full of preservatives, colorants, thickeners, and who-knows-what-else... Let's be the conscious buyers and check what we get and feed our families! ^^*~~

Jak co roku, dziś zaczynamy DOJadanie. Czy wszyscy gotowi? Lodówki i szafki kuchenne wyczyszczone ze słodyczy i przekąsek? Półki pełne warzyw, owoców, zbóż?
U nas z roku na rok jest coraz trudniej, bo na co dzień żywimy się już tak grzecznie, że nie za bardzo jest co odstawiać, żeby się oczyścić na wiosnę... *^^*~~ (no, na przełomie roku nie było tak grzecznie, święta u teściów były pełne jedzenia a potem karnawał, faworki i takie tam... *^w^*) Oczywiście na te kilka tygodni odstawimy alkohol i słodycze (papierosów mąż nie pali już od jesieni), ale w tym roku dodatkowa rewolucja - DOJadanie będzie trwało od 6 marca do 19 kwietnia i w tym czasie przejdziemy na weganizm. *^O^*~~
(z wyjątkiem dla festiwalu Whisky and Friends 9 marca, bo nie mamy wpływu na datę tego wydarzenia, a po festiwalu idziemy jak co roku na hinduskie jedzenie - wegańskie, jeśli się uda! ^^)
Będziemy się zajadać warzywami pod najróżniejszymi postaciami - gulaszy, placków, pierogów, w sałatkach i surówkach, gotowane, grillowane i duszone. Do tego zboża i strączkowe. *^V^*

~*~

Mała uwaga: Wiem, że czytelnicy mojego bloga to ludzie na poziomie i nie spodziewam się awantur w komentarzach, ale wiem też, że jedzenie to temat niesamowicie drażliwy i często ludzi w niezrozumiały dla mnie sposób uwiera to, dlaczego inni jedzą inaczej niż oni... Dlatego wolę na początku zaznaczyć, że to, że ja dokonuję takich wyborów nie oznacza, że usiłuję kogokolwiek do nich nakłonić czy prawić komuś kazania! Dodatkowo, nie zamierzam nazywać siebie wegetarianką ani weganką, bo nimi nie jestem - mimo, iż od kilku lat kupuję tylko kosmetyki i detergenty nie testowane na zwierzętach wciąż czasami jadam mięso (ryby i owoce morza to też mięso), jem jajka, nabiał, miód, noszę wełnę i skórzane buty. Nikogo nie oceniam, nie mówię, że jakiś sposób żywienia jest lepszy czy gorszy. Dzielę się moim pomysłem na życie, podpowiadam produkty na podstawie mojej aktualnej wiedzy ale nikogo nie zmuszam, żeby też jadł tak jak ja. Poznałam historie osób, którym żywienie wegańskie bardzo pasuje ale też osób, u których taki sposób żywienia wywołał szereg dolegliwości i musiały powrócić do jedzenia produktów odzwierzęcych. Dla nas to jest eksperyment, który na razie nie zakłada długiego okresu weganizmu, chcemy się oczyścić, odchudzić i przekonać, jak taki sposób jedzenia wpłynie na nas. Wiem, że są różne poglądy na to, co jest zdrowe a co nie, są różne sposoby pozyskiwania jedzenia bo zarówno produkty roślinne jak i zwierzęce mogą być np.: ekologiczne albo pełne niezdrowych dodatków przyspieszających i zwiększających produkcję ze szkodą dla roślin/zwierząt i zdrowia konsumenta, i szanuję to, że każdy wybiera swój sposób żywienia.
Dodatkowo, mimo, iż nasz "post" ze swoimi ograniczeniami zbiega się w czasie z postem przed Wielkanocą nie ma charakteru religijnego, jest raczej oczyszczeniem się na przedwiośniu i zmianą nawyków żywieniowych.

~*~

Książki m.in. pełne przepisów wegetariańskich i wegańskich.

Skąd taki pomysł? Po pierwsze, dlatego, że chcąc się oczyścić i uszczuplić przed wiosną chcemy z czegoś zrezygnować, a jak już pisałam na co dzień jadamy już mało mięsa i słodyczy, więc wybraliśmy troszkę bardziej radykalną drogę.
Po drugie, jest to eksperyment zdrowotny. Na wizycie u osteopaty Robert usłyszał, że dobrze by było, gdyby na jakiś czas odstawił nabiał, ze względu na zawartą w nim kazeinę (nie, o dziwo, tak popularną laktozę!). Z kolei ja przez całe życie pijąc mleko i jedząc wszystkie przetwory mleczne w dużych ilościach nigdy nie miałam żadnych związanych z tym dolegliwości żołądkowych, ale... ostatnio poczytałam trochę o tym, że mleko może powodować nieustające katary i kaszel, a ja właśnie tak mam! Od dziecka nie ruszam się z domu bez chusteczek, ciągle cieknie mi z nosa i zawsze "mam coś przeszkadzającego w gardle"! Także jestem bardzo ciekawa, czy odstawienie mleka i jego przetworów coś zmieni w stanie mojego zdrowia pod tym kątem. Trochę też niepokoję się wpływem mięsa na nasze zdrowie po tym, jak moja mama jadła go bardzo dużo i zachorowała na raka... (wyniki badań Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem dotyczące rakotwórczości spożywania mięsa przetworzonego, widzieliście kiedyś skład wędlin w pierwszym lepszym sklepie?....)
Z ciekawości zrobiłam sobie badania poziomu żelaza i witaminy B12 na początku DOJadania i zrobię je pod koniec kwietnia, wraz z zawartością wapnia w kościach.
Będę meldować o wynikach eksperymentu! *^o^*




Wiem, że Robert będzie tęsknił za mlekiem, serami i maślanką, ja najbardziej za jajkami, ale chcemy spróbować i zobaczyć, czy taka zmiana żywienia spowoduje jakieś zmiany w nas. Istnieją różne wegańskie zamienniki, zobaczymy jak się sprawdzą, już niedługo podzielę się naszymi odkryciami i spostrzeżeniami. Z pomysłami na dania nie będzie problemu bo potrawy wegańskie gotuję od lat, najadamy się nimi po czubek głowy ("jak nie zjem mięsa to jestem głodna" to wielki mit, który tkwi w naszych głowach, nie żołądkach! *^V^*) i mam zapas dobrych książek z przepisami. Oczywiście będę się nimi dzielić, żeby Was inspirować! Na blogu w zakładce COOK znajdziecie spis potraw wegańskich i wegetariańskich jakie już kiedyś gotowałam.





Poniżej przydatne linki związane z naszym corocznym DOJadaniem:
DOJ 2017 podsumowanie

Acha, i przypominam, że DOJadanie to nie jest szybka dieta dla zrzucenia kilku kilogramów, po której wrócicie do poprzedniego sposobu żywienia. To czas na wypracowanie nowych zdrowszych nawyków żywieniowych, wypróbowanie czegoś nowego (np.: żywienia wegetariańskiego, wegańskiego albo może odstawienie cukru czy glutenu, żeby zobaczyć, jak nam z tym).


Dwie górne książki nie są czysto wege, ale mają duży wybór przepisów wegetariańskich i wegańskich. "Cała obfitość" zachwyca m.in. wyborem niesamowitych sałatek, będą jak znalazł nadchodzącej wiosny i latem! *^o^*

Chciałabym też w tym roku zwrócić Waszą uwagę na świadome kupowanie. Na początku stycznia słuchałam w radio audycji na temat dodatków do żywności i padło tam wtedy takie zdanie: "każdego dnia zjadamy około 80 różnych dodatków w produktach żywnościowych, jak barwniki, konserwanty, wzmacniacze smaku, itp".  No, nie każdy z nas zjada.
Owszem, jeśli żywimy się daniami gotowymi do podgrzania albo jadamy w fastfoodach, to tak. Natomiast jeśli większość składników kupujemy pojedynczo i z nich sami przyrządzamy nasze posiłki oraz CZYTAMY SKŁADY na opakowaniach, to wcale nie musi tak być! Nie mówię, że wszystko zaraz musi być eko i bio, to kosztuje i nie każdego na to stać, tak więc takie zakupy róbmy na miarę naszych możliwości. Ale każdy może zapoznać się ze składem na opakowaniu i może wybrać, czy kupić tę rzecz i zjeść, czy też nie.


 Warzywa z upraw ekologicznych dostępne w Biedronce. *^v^* 
Pomidory kosztowały 7,90 zł, awokado 9,90 zł, banany 4.92 zł. Szkoda, że wszystko zapakowane w folię...


Dla porównania, skład produktów od różnych producentów - na przykład chrzan. Możemy kupić w warzywniaku korzeń chrzanu i go zetrzeć na tarce, wtedy będzie on wolny od sztucznych dodatków (chyba, że był nawożony podczas uprawy, ale tego się chyba z chrzanem nie robi, bo on sam rośnie jak szalony w każdej ziemi... ^^) i sami zdecydujemy, czy i ile dodamy do niego soli, cukru, śmietany, soku z cytryny.
Ale dla wygody możemy kupić gotowy starty chrzan w słoiku, sama tak robię. Są na przykład takie:



Albo Chrzan extra Wieluński firmy Luniak, kupuję go od lat:


Leclerc, ok. 5 zł


Albo frytki. Co może być prostszego niż frytki! Albo sami obieramy ziemniaki i kroimy jest w słupki, albo kupujemy mrożonkę, gotowe obrane i pokrojone kartofelki. Otóż nie tylko...
Pomińmy milczeniem frytki zrobione z odtwarzanej pulpy ziemniaczanej, bo i takie się zdarzają (tak samo jak chipsy...), skupmy się na pokrojonych ziemniakach. Poniżej kilka przykładów mrożonych frytek, każde z nich zawierają olej, bo są przeznaczone do przyrządzenia w piekarniku, ale olej olejowi nie równy - może być niezbyt zdrowy i nieetycznie uprawiany palmowy (najgorszy dla zdrowia jest ten utwardzany!), może być lepszy słonecznikowy.





Tu jest już dłuższy skład, i co ciekawe, mimo, że produkt jest do przygotowania wyłącznie we frytownicy, do której sami nalejemy wybrany olej, ziemniaki już są nim nasączone...




A teraz kiler! *^W^* Moim antyfaworytem jest taka wersja "super chrupiąca" o chyba najdłuższym na świecie składzie, jak na frytki!...



Zdradzę, że najlepiej wypadła marka Proste Historie Iglotex, to były ziemniaki i olej słonecznikowy. Zresztą to moja ulubiona marka produktów mrożonych, kupuję ich warzywa i zupy.


Albo - jedna z sieci sklepów spożywczych zachęca - kupujcie nasze wędliny, mamy własną wędzarnię! Na ladzie chłodniczej wystawiony jest segregator z opisem każdej z wędlin i składem (to jak etykieta na opakowaniu i obowiązkiem każdego sklepu jest udostępnić taki spis) a w nim - dobrze, że nie ma całej tablicy Mendelejewa!... Własna wędzarnia...


Albo - co kilka lat wybucha w mediach "afera wanilinowa"... *^w^* Nagle ktoś będąc na zakupach przetrze okulary i doczyta się, że na opakowaniu cukru do pieczenia jest napisane WANILINOWY, a nie waniliowy, tak jak mu się zawsze WYDAWAŁO!... I w krzyk! Że producenci nas oszukują!... Że wszyscy byli przekonani, że tam jest prawdziwa wanilia, a nie ma, bo wanilina jest produktem laboratorium. A przecież to nie jest wina producentów, że ludzie są bezmyślni i nie czytają napisów ze zrozumieniem! *^O^* Wręcz przeciwnie, producent wprost i bez krętactw poinformował konsumenta, co znajduje się w opakowaniu. Oszukaństwem byłoby przecież, gdyby w torebce była wanilina, a na opakowaniu napisane by było, że jest tam prawdziwa wanilia!... Cukier wanilinowy był sklepach od kiedy pamiętam, czasami leżał nawet tuż obok cukru waniliowego z dodatkiem prawdziwej wanilii, wystarczyło przeczytać napisy na opakowaniu ze zrozumieniem.


 
Chcecie fast food? 
To jest porządny zdrowy tani fast food (ok. 4-6 zł, dwie-trzy porcje w jednym opakowaniu)! *^V^*
Albo taki jak poniżej (8-10 zł, cztery porcje w jednym opakowaniu).
Wszystkie te dania to 15-25 minut gotowania (w zależności od zboża), można je uzupełnić świeżymi warzywami, orzechami, serem, jajkami, i już jest pyszny i zdrowy pełnowartościowy obiad!

A to jest najszybszy fastfood na świecie - 2 minuty we wrzątku! *^V^*
Świeże ravioli o bardzo dobrym składzie, z Biedronki. 2 minuty to tyle, ile zajmie nam zrobienie do nich surówki z pomidorów, cebuli, pestek granatu i oliwy. ^^*~~ Na koniec posypujemy ravioli tartym parmezanem, rukolą i pestkami dyni.
 


To od nas zależy, który produkt zdejmiemy z półki w sklepie i włożymy do koszyka. I oczywiście, wszystkie te sztuczne dodatki do żywności są przebadane i dopuszczone do obiegu, więc nie są nielegalne i łyżeczka chrzanu z barwnikiem i konserwantem, i mlekiem w proszku, i błonnikiem pszenno-bambusowym, i skrobią kukurydzianą nie zabije nas na miejscu. Ale ja wychodzę z założenia, że jeśli mam już jeść żywność przetworzoną, to niech ona będzie przetworzona w najbardziej prosty i naturalny sposób - niech jogurt będzie pełen bakterii jogurtowych, a nie żelatyny, barwników, mleka w proszku, konserwantów i innych cudów. No i jeżeli zjadamy po kilka konserwantów i stabilizatorów w KAŻDYM posiłku, który jemy w trakcie dnia, to to się nawarstwia i kumuluje, i po co nam to?


 Kasza jaglana 5,99 zł, kasza manna 6,99 zł. Sklep Organic Market

Wiecie, że od lat zaopatruję moją kuchnię w składniki a nie w gotowe dania i zwracam dużą uwagę na to co producent napisał na etykietach. Owszem, czasami kupuję gotowe produkty pełne dodatków, bo lubię ich smak, na przykład niedawno stałam się fanką sosu sezamowego firmy Mosso (Kewpie), który wcale nie jest taki zdrowy, ale ja o tym wiem, bo przeczytałam skład. No i takie produkty w moim jadłospisie stanowią promil, nie podstawę.

Ale zaraz ktoś napisze, że mnie jest łatwo mówić o dobrej jakości produktach, bo mnie stać, a takie pełne chemii są tanie i ludzie mogą sobie pozwolić tylko na takie jedzenie.
Owszem, ale dlaczego mnie stać?
W moim przypadku to jest kwestia priorytetów co chcę jeść a czego nie - prawie nie kupujemy mięsa i wędlin, nie wydajemy pieniędzy na słone przekąski, słodycze, słodkie napoje gazowane, fastfood, dzięki temu możemy sobie pozwolić na szczęśliwe jajka od grzebiących kurek czy produkty z upraw ekologicznych, taki jest nasz wybór. Mogłabym każdego dnia wychodzić ze sklepu z torbą pełną kotletów i kiełbas, żebyśmy trzy razy dziennie jedli coś mięsnego (tak żywili się moi rodzice...), z butlą coli, chipsami, ciastkami do pogryzania przed telewizorem, z mrożonymi pizzami. Na kolację zjadać kromkę białego chleba z plasterkiem żółtego sera o tragicznym składzie... Ale tego nie robię bo nie chcę. Bo nasze kanapki to piramida warzyw na jakimś fajnym chlebie gruboziarnistym, który ma świetny smak.
Chodzi mi o to, że prawie zawsze istnieje możliwość takiego rozdzielenia naszych środków przeznaczonych na jedzenie, żeby wybrać najlepsze najzdrowsze opcje, to zależy od decyzji, jakie my podejmujemy w sklepie. 

Prawie zawsze, bo zdaję sobie sprawę, że są ludzie żyjący w skrajnej biedzie i dla nich nawet najtańsze (słabej jakości) produkty żywnościowe są drogie, co jest bardzo smutne. Ale odnoszę się do sytuacji, w której taki wybór mamy. A już na pewno do sytuacji, w której stać nas na jedzenie droższe, ale ignorujemy składy i nie czytamy etykiet, sięgając na sklepową półkę po cokolwiek, z przyzwyczajenia, i zaniedbując własne zdrowie!


 Leclerc, 7,99 zł

I jeszcze jedno - wiecie, że jestem zwolenniczką małych kroków i nie uważam, że trzeba od razu radykalizować naszych wyborów. Kiedy kilka lat temu podjęłam decyzję o niekupowaniu kosmetyków czy detergentów z firm testujących na zwierzętach to nie wyrzuciłam wszystkiego, co miałam w domu. Stopniowo je zużywałam, a nowe rzeczy wybierałam już tylko z firm nietestujących. Tak samo można zrobić z jedzeniem - poczytaj składy i kup jedną, dwie rzeczy lepszej jakości, dziś będzie cię stać na to, jutro na tamto, ja też nie robię w 100% zakupów w sklepach ekologicznych, w ten sposób małymi krokami polepszysz zawartość swojej lodówki (albo nie lodówki, bo np.: pomidory trzymamy poza chłodnią! ^^*~~).
(Uprzedzając pytania, dlaczego kupuję kosmetyki nietestowane na zwierzętach ale wciąż jadam mięso - bo jestem akurat w takim miejscu w moim życiu. Kiedyś w ogóle nie zwracałam uwagi na składy jedzenia czy kosmetyków, ani na miejsce pochodzenia czy sposób pozyskiwania, być może za jakiś czas moje poglądy się zmienią i odejdę od produktów odzwierzęcych w 100 procentach, tego jeszcze nie wiem. Dlatego nikogo nie namawiam, nie prawię kazań, nie twierdzę, że mój sposób na życie jest jedyny na świecie. Każdy dokonuje swoich wyborów.)

To my konsumenci decydujemy za pomocą naszych portfeli co jest dostępne w sklepach. Pamiętacie czasy, kiedy można było kupić wyłącznie jajka fermowe? Potem zaczęły się pojawiać ściółkowe, w niewielu dużych supermarketach, a gdy okazało się, że szybko znikają z półek bo ludzie chcą lepszego produktu nawet za trochę wyższą cenę, bardzo szybko jajka od kur z wolnego wybiegu a nawet ekologiczne zapełniły nawet najmniejsze sklepiki, a ich ceny spadły. Pamiętacie czasy, kiedy dany produkt zawierał to i tamto? *^v^* Dzisiaj łatwiej trafić na produkt którego etykieta nas informuje, że NIE zawiera: konserwantów, zagęstników, barwników, co jest fajne, bo widać, że z jednej strony konsumenci mają coraz większą świadomość tego co chcą kupować i jeść a z drugiej - producenci odpowiadają na to zapotrzebowanie usuwając ze swoich produktów zbędne elementy. Jeśli będziemy czytać składy produktów i sięgać po te zdrowsze, sklepy będą zamawiać więcej właśnie takich rzeczy, a nie tych z polepszaczami i konserwantami, bo po prostu zwycięży prosty rachunek ekonomiczny - ludzie chcą kupować to a nie tamto, a przy okazji skorzysta nasze zdrowie!
Uważam, że jesteśmy tym co zjemy i zachęcam do czytania składów produktów żywnościowych, nie zakładajmy, że na pewno każdy jogurt składa się wyłącznie z mleka i bakterii jogurtowych a każdy majonez tylko z żółtka, musztardy, octu, oleju i przypraw, zobaczmy to na etykiecie, niech do nas należy decyzja co zjemy, nie róbmy tego nieświadomie.
(Przypomniało mi się, jak kiedyś kefir Danone zmienił opakowanie, stało się wyższe, smuklejsze, spojrzałam kiedyś na etykietę świadomie i co się okazało? Kiedyś dostawaliśmy 200 ml kefiru a teraz było go już tylko 170 ml!!!...)


Ekologiczne jajka 9,99 zł, Kefir 2,99 zł, cukinia 7,99 zł, wszystko z Biedry.


I niech nawet nikomu nie przyjdzie do głowy napisać w komentarzu, że jest tak zapracowany, zabiegany i zajęty, że nie ma czasu w sklepie spojrzeć na skład jedzenia, które kupuje!!! *^W^* To by oznaczało, że jest Wam wszystko jedno czy Wy i Wasze rodziny jecie zdrowsze czy mniej zdrowe jedzenie, a w to nigdy w życiu nie uwierzę!

[Przy okazji, polecam taki genialny sposób na przechowywanie ziół i liściastych - szpinaku, buraka ćwikłowego: do słoika z wodą i do lodówki, naprawdę przedłuża to ich świeżość i żywotność! Testowane na szpinaku, kolendrze i dymkach. *^-^* Wprawdzie jak nastawiamy na drzwiach lodówki kilka słoików, to już nie ma miejsca na 2 litrowe butle coca-coli, ale cóż z tego?! *^W^*
EDIT: dziękuję za podpowiedzi o mrożeniu pokrojonych ziół, tak, ja też tak robię przygotowując zieleninę na zimę, ale pomysł z ziołami w słoiku z wodą w lodówce jest przeznaczony dla szpinaku/ziół spożywanych na bieżąco. Lada dzień pęczki z natką pietruszki czy kolendrą będą bardzo duże i trudno je będzie zjeść do jednego dania, a słoik z wodą znacznie przedłuży ich żywotność.]



Jeśli dołączacie się do naszego DOJadania to napiszcie w komentarzu, co chcecie zmienić/wypróbować przez ten czas i powodzenia dla nas wszystkich! *^v^*

38 comments:

  1. Wspaniały tekst. Popieram w 100%. Moja skromna uwaga: jeśli nie wydam pieniędzy na dobre jedzenie, to wydam je na lekarza, aptekarza itp :)
    Pozdrawiam gorąco:)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Masz absolutną rację i zapomniałam to dopisać!
      I niestety lekarze nie myślą o naszej diecie lecząc nasze dolegliwości, czasami zwracają uwagę na palenie papierosów albo alkoholikowi każą odstawić alkohol, ale słyszałam, że dietetyka to jedyny przedmiot na Akademii Medycznej, który można sobie podczas studiów odpuścić więc nawet się na tym za bardzo nie znają, a dietetyk w szpitalu zarabia gorzej niż sprzątaczka... A przecież jedzenie to nasz budulec, a z jakiego materiału zbudujemy dom to tyle potem postoi!
      Sami musimy pilnować naszego odżywiania! *^v^*

      Delete
  2. Tylko co do spraw ekonomicznych - akurat kasze wszelkiego rodzaju, strączki kupowane jako suche, pojedyncze składniki to całkiem tania rzecz i do tego taka, której raczej się nie marnuje, bo można długo przechowywać, więc tu wymówki nie może być :) Drogie są raczej dodatki.
    Zieleninę dobrze jest też zamrozić (umytą, osuszoną, pokrojoną), można długo tak przechowywać. Sprawdzone na pietruszce, koperku, szczypiorku, cebuli.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Jeśli chodzi o kasze i strączki to wydaje mi się, że mają one u nas słaby image, kojarzą się z kuchnią prostych ludzi albo wiejską, dopiero od niedawna różne firmy i media próbują odczarować te produkty robiąc mieszanki kasz z przyprawami/grzybami/suszonymi warzywami i zachęcając młodych ludzi do ich jedzenia. Co jest bardzo pozytywne! *^v^*

      Tak, ja też zamrażam duże ilości siekanego kopru i natki na zimę, i liście selera korzeniowego w całości, żeby dodawać do gotowania zup. Natomiast sposób z zieleniną w słoiku z wodą w lodówce jest pomysłem na przedłużenie jej świeżości w danym momencie i zużycie jej do końca w czasie kilku dni. Sama byłam zaskoczona, jak długo w słoiku stał pęczek kolendry! Kiedy trzymałam go w lodówce bez wody, nawet zawiniętą w wilgotną ściereczkę, to dużo szybciej więdła. *^o^*

      Delete
  3. W całej rozciągłości zgadzam się z tym co tu napisałaś, podzielam Twoje poglądy na jedzenie/odżywianie i w większości je realizuję. Po wielu latach, metodą drążenia kroplą skały, udało mi się w dużym stopniu przekonać do tego mojego mięsożernego męża, który robi większość zakupów spożywczych do domu i do niedawna nie dostrzegał w ogóle etykietek na produktach. Co ja się przez te lata nagadałam... No ale pierwsze sukcesy są, a właśnie parę dni temu zaskoczył mnie mówiąc, że na okoliczność przedwielkanocnego postu postanawia zaprzestać jedzenia mięsa. Chyba w końcu przemówiły do niego roztaczane przeze mnie wizje zarówno mordowania zwierząt jak i szansy zachorowania na raka.
    Zieleninę zebraną latem z grządek u mamy przechowuję przez resztę roku jak Theli - zamrożoną, w łatwych do otwierania pudełkach.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Czyli Twój mąż dołączył się do DOJadania, super! *^V^*~~
      Taki eksperyment daje do myślenia, przekonujemy się na własnej skórze, czym jesteśmy w stanie się najeść i, że to wcale nie musi być kawał mięsa. ^^*~~ I doświadczenie własne lepiej nas przekonuje niż kazania, które ktoś nam prawi, bo wtedy działa mechanizm zaparcia się w sobie i zrobienia na przekór.

      Ja też mrożę co roku późnym latem zapasy krojonego kopru i natki oraz liście selera korzeniowego do zimowych zup. Ale polecam wypróbować metodę z zieleniną w słoiku w lodówce do bieżącego spożytkowania, robię tak nie tylko z ziołami ale też ze szpinakiem, burakiem liściowym, itp.

      Delete
  4. Hej,
    świetny wpis, mnóstwo wiedzy, opcji, Waszych sposobów.
    My domowo mięso ograniczyliśmy jakiś czas temu. Tzn. w naszej dwuosobowej rodzinie nie kupujemy, nie gotujemy mięsa (w pojęciu tym najpopularniejszym tj. wieprzowiny, drobiu etc. bo ryby jemy). Natomiast zdarza nam się na tzw "występach gościnnych" czyli u naszych rodziców jeść mięso, bo oni gotują bardzo tradycyjnie i trudno nagle wywracać cały system gotowania sidemdziesięciolatka. Oczywiście moglibyśmy przestać takie wizyty odbywać, ale to byłoby najprostsze i w sumie nic nie wnoszące rozwiązanie. Wolę inną metodę i ostatnio udało mi się namówić moją mamę aby obok tradycyjnych gołąbków z mięsem zrobiła wersję wegetariańską. Może następnym razem zrobi takie dla wszystkich  Święta też tradycyjnie przygotowują rodzice, ale w tym roku mam plan partycypować w przygotowaniach w większym stopniu i przygotować wegetariańskie pasztety, burgery i tym zaspokoić naszą dwójkę a przy okazji ograniczyć nieco spożycie np. białej kiełbasy.
    W poście tradycyjnie odstawiam słodycze. Mam postanowienie naprawdę wytrwać, bo o ile ze słodyczy faktycznie udaje mi się zrezygnować, tak na końcówce dopadający mnie mega kryzys oszukiwałam np. miodem do herbaty, podczas gdy normalnie herbatę piję tylko gorzką.
    Z innych postanowień – oczyścić przestrzeń – zrobić generalny przegląd wszystkich pomieszczeń.
    Wracając do Twojego wpisu polemizowałabym z kwestią, że kupowanie produktów bio i wartościowych to kwestia wyboru i rezygnacji z np. napojów gazowanych czy przekąsek. To nie tak. Produkty o „lepszym składzie” są na ogół tak z dwa razy droższe. Więc kupując tyle samo tego samego rodzaju produktów kupujesz dwa razy drożej. Np. kromka chleba domowego wypieku z ekologicznej mąki żytniej z plasterkiem długo dojrzewającego sera i ogórkiem kiszonym z eko uprawy wyjdzie lekko ze dwa razy drożej niż kromka białego chleba z żółtym serem i ogórkiem konserwowym ze słoika z Biedry. Ale oczywiście na wszystko można znaleźć sposób. Mój to bezwzględne unikanie produktów nazwijmy je „nieetycznymi” Jajka, czekoladę, kosmetyki, tuńczyka kupię drożej, ale by jak najmniej stworzeń przy tym ucierpiało, soczewicę czy buraki czasem eko czasem nie, bo inaczej ucierpiałby nasz budżet 
    Niestety czasy kiedy warzywa, nabiał i ryby były najtańszymi produktami, którymi ratowało się budżety domowe już chyba nie wrócą.
    Wytrwania w postanowieniach Wam i sobie życzę.
    gradowa

    ReplyDelete
    Replies
    1. Rozumiem Waszą "walkę" z nadmiarem mięsa i jego przetworów w domu rodziców, ja miałam tak samo, bo moja mama nie wyobrażała sobie nie zjedzenia mięsa przynajmniej raz dziennie... No i ten stały tekst, który słyszałam od dziecka (i być może wynikał z czasów kryzysu, w których jak już się zdobyło kawałek mięsa to szkoda go było zmarnować...): "jak już nie możesz, to zostaw ziemniaki i surówkę, zjedz mięsko"... *^w^* Dobrym pomysłem jest przyniesienie własnych wersji dań na święta, może rodzina da się namówić na spróbowanie i może nawet coś im posmakuje i się przyjmie na dłużej w domowym jadłospisie! *^V^* Ja próbowałam, ojciec był bardziej otwarty na nowe smaki, sam uwielbiał gotować i eksperymentować, ale moja mama była niesamowitą tradycjonalistką i nie było mowy np.: o przyprawach hinduskich, dalekowschodnich, o jedzeniu wytrawnym z minimalną nutą słodyczy... Nie, i koniec. I jak coś przyniosłam warzywnego, to spróbowała półgębkiem, ale nigdy sama do tego nie wracała. Życzę Wam powodzenia w tegoroczne święta! *^v^*

      No właśnie, jeśli chodzi o takie radykalne odstawianie czegoś z diety, to u nas nigdy to nie działało. W pewnym momencie tak nam się czegoś chciało, że następowało takie "oszukiwanie" o jakim piszesz. ^^*~~ W sumie ciekawe, czy za kilka tygodni złamiemy się i rzucimy na jajka niczym wygłodniałe wilki?... *^O^*

      Zgadzam się, że jedzenie bio jest drogie, ale właśnie trzeba znaleźć swój sposób na kupowanie jedzenia - jeden będzie jadł byleco a pieniądze wyda np.: na elektroniczne gadżety, a drugi będzie kupował wszystko bio i eko, a dziesiąty rok w tych samych spodniach i swetrze. Idealnie by było uprawiać własne warzywa i owoce, tylko nie każdy ma przydomowy ogródek (i czas, i chęci do grzebania w ziemi). Trzeba znaleźć równowagę w budżecie i dokonać swoich wyborów. Dlatego postuluję małe kroki - tak jak piszesz, wybór niektórych lepszych produktów, i kupowanie innych w miarę możliwości.
      A propos czekolady, poczytałam sobie niedawno składy czekolad i o rany!... Jakie rzeczy można włożyć do tabliczki czekolady!... ><

      Delete
    2. O to to, zjedz mięso, zostaw ziemniaki :) Moja mama jest otwarta na nowe, inne smaki, które chętnie próbuje. Potrafi gotować pysznie bezmięsnie (rybnie albo stricte bezmięsnie) no ale kwestia podania mięsa wynika właśnie z głęboko zakorzenionej z czasów kryzysu postawy, że mięso jest jedzeniem odświętnym i takim chce swoich gości uraczyć. A że dziś mięso często jest w sumie tańsze niż np. ryby lub bardziej wyszukane danie warzywne a więc de facto mniej „reprezentacyjne” to już inna inszość. Ale jak zostanie postawiona przed faktem, że przyniosę coś, co będzie właśnie inne, dla niej nowe, to bronić się nie będzie i na pewno chętnie spróbuje. Trochę trudniej sprawa wygląda w rodzinie mojego męża, bo jeśli tylko się zająknę przy mamie męża, że wolałabym coś innego, to ona od razu to zrobi ekstra dla mnie i męża, ale dla reszty rodziny ugotuje „tradycyjnie” więc de facto dołożyłabym jej pracy, a jak pisałam moje decyzje nie mogą być kosztem innych stworzeń. Myślę, że właśnie zaproponowanie jej, że przyniesiemy na święta coś więcej od siebie niż dotychczas będzie dobrym kompromisem.

      Delete
    3. Wiesz, że mi już jako dorosłej śniło się kiedyś, że jest stan wojenny, ja będąc dzieckiem siedzę pod lodówką pełną mięsa z zabitego na wsi u rodziny świniaka, a po domach chodzi milicja i zabiera mięso ludziom?..... Nic dziwnego, że nas rodzice, którzy świadomie jako dorośli żyli w tych czasach cenią mięso jak kawałek złota! *^o^*
      Rzeczywiście w dzisiejszych czasach mięso bywa tańsze niż dobra ryba czy egzotyczne warzywo, ale kawał pieczeni na stole chyba wciąż kojarzy się ludziom z pokolenia naszych rodziców z zasobnością.
      Jak tak rozmawiamy o świętach, to zachciało mi się pasztetu z kapusty kiszonej, chyba upiekę na dniach! *^V^*

      Delete
    4. Przepis na pasztet z kiszonej kapusty brzmi świetnie, podzielisz się prawda?
      Tobie śniła się milicja a po mojej rodzinie krąży bynajmniej senna opowieść jak to dziadek podczas wojny rozbierał świniaka i został przyłapany przy tym przez Niemca, ale że jakiegoś liberalnego, więc dziadek z życiem uszedł. Może gdyby historia miała inne zakończenie mięsna tradycja mojej rodziny też byłaby inna ;)

      Delete
    5. Oczywiście! Robiłam go już kilka razy, to jakby bezmięsny bigos, ale w formie pasztetu, kocham! *^V^* Przepis jest Vegeneraty: http://vegenerat-biegowy.pl/mocno-wedzony-pasztet-z-kasza-jaglana-kiszona-kapusta-i-grzybami/
      W ogóle polecam zajrzeć u mnie na blogu w zakładkę COOK, tam jest trochę przepisów wegetariańskich i wegańskich. ^^*~~
      Czyli wojny o mięso były żywe w starszych pokoleniach!

      Delete
  5. Fantastyczny wpis. Dla mnie idealnie w porę, bo od początku marca zaczęłam polepszać swoje odżywianie. Z trudem ograniczam słodycze (nie ja kupuję, niestety i czasem "dopadają mnie" w trudnych chwilach), staram się je skasować do zera. Mięso od jakiegoś czasu co najwyżej "skubnę". Wiesz, Joanno, ja też miałam w domu kult jedzenia mięsa i tekst "zjedz tylko mięsko" znam bardzo dobrze. Mam jednak na to trochę inne spojrzenie, nie uważam tej postawy za samo zło. Czytałam z różnych źródeł, że dzieci potrzebują znacznie większej procentowej podaży białka niż dorośli - my czerpiemy białko głównie z "recyclingu" własnych komórek, z jedzenia zaspokajamy może kilka procent. Dlatego ja bez zbytniego napinania się zadowalam się łyżką fasoli, łyżką hummusu, plastrem tofu ew. jajkiem lub kawałkiem sera - to już bomba białkowa. Natomiast dziecku młodszemu podaję mięso i ryby (i stad czasem sama "skubię") lub inny białkowy produkt regularnie i pilnuję, czy zje odpowiednią porcję. Tak się składa, że miewa różne humory (np. zjada samo białko jajka, a żółtko wypluwa itp.), więc stawiając na pewniaki, często sięgam po mięso. Znam kilkoro dzieci (dorosłych lub prawie) wysokich rodziców, które są od nich znacząco niższe i często idzie to w parze z ograniczeniem przez nie spożycia mięsa, z rozmaitych powodów. Podejrzewam, że właśnie w okresie szybkiego wzrostu wegetarianizm/weganizm jest ryzykownym wyborem ze względu na połączenie trudności w ułożeniu odpowiedniego planu podaży białek z wybrednym podniebieniem młodych ludzi. Natomiast prawdopodobnie dla nas, dorosłych, to bardzo rozsądny wybór, nawet jeśli nie stosujemy tej metody w 100%. Myślę, że nadchodzi czas dla postawy pt. "ograniczam produkty odzwierzęce do roli dodatku kulinarnego spożywanego sporadycznie". Z przyjemnością będę śledzić Waszą wegańską przygodę, postaram się przyłączyć w jak najszerszym zakresie. Zresztą coś jest w powietrzu, mój ulubiony dziennikarz Tomasz Sekielski rozpoczął odchudzanie, inspiracje same wlatują przez okno jak powiew świeżego wiosennego powietrza.
    Pachnotka
    P.S. Ja mam niestety inną słabość, zdrową ale tylko w umiarkowaniu, a to najtrudniejsze. Uwielbiam orzechy. Ubóstwiam, mogłabym się nimi żywić samymi. Kocham wszystkie, no może oprócz ziemnych. Niestety wystarczy raz na jakiś czas policzyć, ile się ich zjadło spontanicznie, przeliczyć na kilokalorie... no i dramat.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziękuję! ^^*~~
      Ja nie mogę mieć słodyczy w domu, bo jak coś mam, to jem dopóki jest... Staram się więc nie kupować zapasów, na szczęście czekoladę lubię gorzką (ale uwielbiam żelki i cukierki, hm...).
      W kwestii karmienia dzieci nie mam zdania, bo temat mnie nie dotyczy. Jednak znam przynajmniej jedną osobę trzydziestokilkuletnią, faceta, który od urodzenia był karmiony wegetariańsko, a od ok. 10 lat jest weganinem. Jest wysoki, wysportowany, umięśniony, podnosi ciężary, biega maratony. Może taki wyjątek, jedna osoba nie jest próbą statystyczną, trzeba by poobserwować grupę dzieci od urodzenia do dorosłości. *^v^*
      O, orzechy są super! Niestety, ich kaloryczność bije rekordy, ech... Ale kilka sztuk nas nie utuczy! Chyba zjem na kolację kanapkę z masłem orzechowym i powidłami, natchnęłaś mnie! *^O^*

      Delete
    2. Dzięki za podjęcie polemiki. :) Bardzo mnie cieszy, że komuś udało się wychować zdrowe, wysokie, wegetariańskie dziecko. Ja wierzę, że to jest możliwe, ale obawiam się, że bywa trudno i łatwo popełnić serię błędów, więc tym bardziej podziwiam rodziców tej osoby. Może to kwestia ich mocnych przekonań, stabilnej motywacji, poważnego podejścia do tematu, umiejętności itd. Przypadki, które ja znam mają w sobie sporą dawkę hmm... przypadkowości. Masło maślane, ale pewnie wiesz, o co mi chodzi. W ten sposób powróciłam do głównej tezy Twojego tekstu, czyli do świadomości tego, co wkładamy do naszych i naszych bliskich organizmów. Natomiast ta moja dygresja o rodzicach i dzieciach wynika też z tego, że często się ostatnio zastanawiam nad tym ogromnym skomplikowaniem powodów, dla których nasi rodzice decydowali o naszym życiu niekoniecznie słusznie i choć cofnąć czasu się nie da, to można próbować zrozumieć. A wtedy pojawia cały kalejdoskop punktów widzenia i zależności.
      Zbieg okoliczności, mój starszy syn dzisiaj w szkole rozmawiał z koleżankami i kolegą o dietach, o jedzeniu lub nie mięsa i różnych aspektach tegoż. Może te koleżanki to czytelniczki tego bloga, kto wie?
      Btw, przypomniał mi się smaczny sposób na "rozcieńczenie" orzechów surowym ogórkiem - to sałatka z jakiejś prehistorycznej książki o odchudzaniu typu dieta Diamondów. Może i był tam jakiś sos, ale ja po prostu mieszałam krojone orzechy z kostkami ogórka. Dobra rzecz, zrobię jutro, tymczasem smacznej kanapki!

      Delete
    3. Tak, dokładnie wiem, co masz na myśli. Miałam taką koleżankę wegetariankę, która będąc w szóstym miesiącu ciąży (o czym się dopiero co dowiedziała, takie miała problemy ze zdrowiem...) jadła przy mnie na kolację pomidora krojąc go na talerzu jak kotlecik, a zagryzała kromką białego suchego chleba. Także, ten... >o< Każdy sposób żywienia należy prowadzić świadomie i w jak najlepszym sposób nam dostępny, a to oznacza poszukanie informacji a potem poczytanie składów na produktach.
      I oczywiście, zalecenia żywieniowe zmieniają się co pokolenie, dzieci należy karmić piersią - dzieci należy karmić butelką, na żądanie - o konkretnych porach, dawać im mięso - nie dawać im mięsa, itd, itd. Dużo też zależy od tego, w jakim kontekście społecznym żyjemy - dla naszych rodziców mięso było graalem, który się zdobywało, tym cenniejsze było i tym chętniej karmiło się nim dzieci. W dzisiejszych czasach, w świecie Zachodnim, jeśli ktoś ma pieniądze, to może się żywić jakkolwiek chce i to też wpływa na nasze wybory. Trzeba w tym wszystkim znaleźć jakiś złoty środek dla siebie. *^v^*
      Fajny pomysł z tą sałatką, wypróbuję, mam ogórki i orzechy włoskie! ^^*~~

      Delete
  6. trzymam kciuki za tegorocznego DOJa, a tym czasem idę obalić moją wegańską szczawiową z wegetariańskim jajkiem ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dzięki! ^^*~~
      Zazdroszczę tego jajka, jeszcze tylko 43 dni!...

      Delete
  7. Bardzo mądry i wyważony wpis! Lubię czytać o Twoich kuchennych poczynaniach i czuję się zainspirowana do zmian we własnych nawykach żywieniowych. Od małego nie jestem wielką fanką mięsa, ale jadam małe ilości np kawałek boczku do grochówki czy łazanek. Podobnie jak u Ciebie w moim domu również było popularne "zjedz mięso,resztę zostaw", była to dla mnie katorga ponieważ ziemniaki i surówki mogłam jeść na kilogramy. Podziwiam Twoją chęć do wypróbowania diety stricte wegańskiej i jestem bardzo ciekawa jakimi potrawami zaskoczysz czytelników. W ramach DOJadania chciałabym ograniczyć do minimum spożycie sklepowych słodyczy i upiec domowy chleb chociaż raz w tygodniu. Trzymam kciuki żeby tegoroczne DOJadanie zakończyło się sukcesem! Pozdrawiam,Kasia.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Cieszę się, że wpis się spodobał! ^^*~~
      Jakbym miała szczerze powiedzieć, jakie danie z mięsa tak naprawdę mi smakowało od dziecka i chętnie bym je zjadła nawet dzisiaj, to by było... ugotowane mięso wołowe z rosołu, zmielone razem z marchewką! *^-^* To podobno nazywa się pieczeń rzymska, ale ja to znam z przedszkola w formie pulpy, ale nie zapieczonej, pewnie specjalnie dla dzieci mielono ugotowane mięso, bo tak łatwiej je było nim nakarmić.
      Dziękujemy za kciuki i trzymamy w rewanżu za Twoje postanowienia!

      Wspomniałaś łazanki i od razu zachciało mi się łazanek z kapustą! *^V^*

      Delete
    2. Z czasów przedszkolnych miło wspominam "kule na mole"- pulpety z mielonego mięsa i ryżu w sosie wlasnym z koperkiem, nie wyglądały apetycznie ale były bardzo smaczne. Niestety do dzisiaj nie udało mi się odkryć sekretu i nie potrafię odtworzyć tego smaku.
      Co do łazanek- to potrawa ,którą w wersji wegańskiej sama chętnie jem i myślę, że będę musiała ugotować w najbliższym czasie ☺

      Delete
    3. Może lepiej nie wnikać, co tam było w tych kulach!... *^w^* I nie wracać do szukania tego smaku, tylko zachować wspomnienie z dzieciństwa. My kiedyś często jadaliśmy kurczaka z sosem słodko-kwaśnym Uncle Ben, z ryżem, a po ok. 5 latach znowu kupiliśmy słoik tego sosu i... już nie smakował tak dobrze jak za czasów studenckich!
      Łazanki - kapusta kiszona i makaron, what's not to love?!... *^V^*

      Delete
    4. Te pulpety to jeden z koszmarów moich przedszkolnych czasów (obok zupy mlecznej i kisielu do picia)... Kolejny dowód na to, że nie to dobre co dobre, ale co kto lubi ;)

      Delete
    5. Czy tylko ja od dziecka byłam wszystkojadkiem?... *^V^* Miałam preferencje, ale generalnie nie było potraw, na które bym wybrzydzała, a wręcz jak o czymś usłyszałam to koniecznie musiałam tego spróbować!

      Delete
  8. Ojejku, jaki bogaty wpis! Przeczytałam z przyjemnością. :)
    Nie podejmuję się w ogóle wyrażania swojej opinii, temat jedzenia się zrobił strasznie skomplikowany i tak sobie myślę, że kiedyś największym problemem było co ugotować na obiad, a teraz, co się ugotowało. I czy ma E, czy nie świeci i czy był szczęśliwy w stanie naturalnym. Człowiek jednak na własne życzenie robi krzywdę. I jeszcze braciom mniejszym też.

    Ja z wiekiem zauważyłam, że naturalnie zaczęłam jeść mniej mięsa, chociaż nie myślę o weganiźmie. No ale serek jem. I jajka. Mleka od dzieciństwa nie piję i nie tęsknię.
    Bardzo jestem ciekawa Waszych wyników i trzymam kciuki.
    (I w tajemnicy się przyznam, że idę zjeść pączka, który mi został od wczoraj. I wtedy zero słodyczy. Chyba, że same przyjdą do domu. :)))

    ReplyDelete
    Replies
    1. Bardzo mi miło! ^^*~~
      Zauważyłaś, że w dzisiejszych czasach sprzedaje się produkty żywnościowe nie po "zawiera to i to", ale "NIE ZAWIERA..." i tu długa lista różności, głównie tych niezbyt fajnych.
      Dziękujemy za kciuki, przydadzą się! My jesteśmy bardzo mlekowi i jajczani, nieprzerwanie od dziecka... Jak myślimy o śniadaniu, to od razu przychodzi na myśl jajko, kasza gryczana = z maślanką i jajkiem sadzonym, sama się teraz zastanawiam, czy nie rzuciliśmy się od razu na zbyt głęboką wodę, może trzeba było zacząć od wegetarianizmu?... *^-^*
      (Widziałam dziś pączki na mieście, patrzyły na mnie z witryny cukierni, ech... *^o^*)

      Delete
    2. Dzień dobry, Joasiu,
      Zgadzam się z każdym Twoim zdaniem. Moim problemem nie jest jakość, tylko ilość i wieczorne podjadanie, nawet zdrowych rzeczy. Sama gotuję, warzywa w większości z własnego ogródka, mąż piecze chleb z mąki z pełnego przemiału, mięso jemy rzadko i tylko własnego chowu. Ale tak bym chciała mniej jeść. Wczoraj (pod Twoim wpływem) pierwszy raz wygrałam z atakiem wieczornego głodu na słodycze. A może by tak, jak Ty, wytrzymać jeszcze trochę?

      Delete
    3. Witam i od razu gratuluję pierwszego sukcesu! *^V^* Podpowiem, że ja mam mniejszą ochotę na słodycze, kiedy jem dużo owoców, teraz na razie jabłka i gruszki, banany, czasem mango, ale lada dzień będą truskawki, agrest, czereśnie!... ^^*~~
      Ja mam podobny problem ilościowy - kiedy się denerwuję, to jem bardzo dużo. I wcale nie jest to niezdrowe byleco, tylko rzeczy przyzwoitej jakości, ale właśnie w ogromnych ilościach... Dlatego po zeszłym roku pełnym nerwów przybyło mi dobre kilka kilo! >< Które mam nadzieję zgubić teraz na diecie warzywnej. *^o^*
      Tak sobie pomyślałam, że skoro macie swój ogród i zwierzęta, to pracy przy tym wszystkim jest sporo i musicie być ciągle w ruchu? Teraz wiosną jeszcze jej przybędzie, na pewno uda Ci się zgubić nadmiarowe kilogramy ogarniając gospodarstwo. Trzymam kciuki!

      Delete
    4. No, niezupełnie u mnie z tym ruchem. Praca w ogródku zacznie się dla mnie w maju, bo ja tylko plewię, potem zbieram i przerabiam. Przy kilku zwierzakach kręci się mąż, to nie moje klimaty, ja nawet gdy jem mięso, muszę intensywnie myśleć i rozmawiać o czymś innym, niż o zwłokach na talerzu. A co do owoców: zauważyłam, że mniejszy przyrost na brzuchu i na wadze mam po zjedzeniu tabliczki czekolady, niż dużego jabłka. Jak żyć, panie premierze, jak żyć?

      Delete
    5. Kalorycznie jednak lepiej wypada jabłko, więc nie wiem, skąd takie u Ciebie zjawisko wagowe, hm... To może tak: jak już musisz czekoladę, to nie kupuj tabliczek, bo jak masz tabliczkę to pewnie całą zjesz na raz, znam to z własnego doświadczenia... *^w^* Kup mały batonik i nie rób zapasów słodyczy, nie zjesz jak nie będzie po co sięgnąć! A sięganie też jest naszym wyrobionym nawykiem, jak nie będzie po co sięgnąć to może nawyk z czasem zaniknie! *^V^*

      Delete
    6. Joasiu, już dwa wieczory wytrzymałam bez podjadania! A przed chwilą wyjęłam z zamrażalnika tylko jedną drożdżówkę (własnej produkcji) dla męża na podwieczorek, a dla siebie miseczkę borówek.
      A co do przeliczników, to jednak będę się (z uśmiechem to potraktuj) upierać, że kalorie to abstrakcja, a brzuch i waga to konkret.
      Pozdrawiam słonecznie!

      Delete
    7. Brawo, krok za krokiem, zawsze to mówię! *^V^* Nawet jeśli zjesz tę drożdżówkę kolejnego wieczora, to się nie biczuj, świat się nie zawali i staraj się jej nie zjeść następnego!
      A te jabłka to może jakieś inne u Ciebie rosną, bardziej kaloryczne! *^W^* A tak na serio, może po prostu na brzuch działa proces gazotwórczy, że się tak ładnie wyrażę, i stąd zaokrąglenie po owocach?

      Delete
  9. W pełni zgadzam się z Twoim wpisem. Ciekawa jestem, czy odstawienie nabiału zatrzyma wyciek z nosa? Będę czekała na wnioski. Pozdrawiam, Viola

    ReplyDelete
    Replies
    1. Bardzo się cieszę! ^^*~~
      Na razie po trzech dniach mam nawrót silnego zakatarzenia, mąż przyniósł do domu wirusy... Ale jestem dobrej myśli na dalsze tygodnie! *^O^*

      Delete
  10. Powodzenia w wegańskim czalendżu :)

    Ciekawa rzecz z tym nabiałem - może powinnam spróbować odstawić ser, bo np. przy drastycznym ograniczeniu cukru mój organizm stwierdził 'meh' i ani się nie zrobiłam lżejsza, ani zdrowsza O_o. Wnioskuję zatem że problem leży w soli i tłuszczu...

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziękujemy! Nie jest łatwo, ale pierwsze kilka dni za nami! *^O^*

      Sól zatrzymuje wodę, może zmniejszenie ilości soli da dobre rezultaty, a z tłuszczem wiadomo, zawsze lepiej mniej niż więcej... ^^*~~

      Delete
  11. generalnie jestem na innej drodze. Moje tegoroczne "dojadanie" to dieta, Trzymam się już tydzień. 1500 kcal. Cukier tylko w owocach 60% węglowodanów. To ostatnie jest najtrudniejsze. Szukając rozwiązania odkryłam naleśniki z mąki kokosowej (ale żeby wyszły muszę dodać szczyptę ziemniaczanej. Ale to nie załatwia sprawy. Szukam dalej

    ReplyDelete
    Replies
    1. W kwestii diet niskowęglowodanowych nie mam żadnej rady, bo ja raczej jadam węglowodany niż cokolwiek innego, i to mi służy.
      Jeśli szukasz niskokalorycznej mąki na naleśniki to może spróbuj mąkę z ciecierzycy? Do niej też trzeba dodać mąki ziemniaczanej, ale ma 387 kcal w 100 g, a kokosowa 479 kcal. A przepis np taki: https://www.olgasmile.com/nalesniki-z-ciecierzycy.html
      Poddaję pod rozwagę i trzymam kciuki za Twoją dietę! *^v^*

      Delete