Monday, December 18, 2023

Nie lubię grudnia

Trzeci tydzień przechorowany (stąd brak wpisu w zeszły poniedziałek), w towarzystwie męża, który wrócił z wyjazdu służbowego do Londynu zaziębiony. Dodatkowo trafiła mnie wyjątkowo bolesna rwa kulszowa, skąd to się bierze?!..... Ratowałam się maścią rozgrzewającą, jogą i masażami pistoletem (mąż bardzo się do tego przydał! ^^*~~).  


REMONTOWO - niewiele się posunęło do przodu, bo np: moja wiara w to, że komuś oferującemu swój produkt zależy, żeby szybko i sprawnie go sprzedać bardzo zainteresowanemu kupującemu nie ma pokrycia w rzeczywistości... Pan od okien zwlekał z przygotowaniem oferty przez trzy tygodnie (tłumaczył się jakimiś niesprzyjającymi okolicznościami...), ponaglałam, pisałam maile, w końcu się odezwał, dogadywaliśmy szczegóły przez dwa dni, potem znowu zamilkł... W końcu, kiedy dogadaliśmy szczegóły to okazało się, że chyba nie będziemy mogli złożyć u niego zamówienia, bo montaż wypadłby już w trakcie trwania remontu, a na to nie chce się zgodzić firma remontowa... Rozumiem, że takie mają zasady, że nie chcą wpuszczać na obiekt nikogo obcego, bo nie chcą brać odpowiedzialności za potencjalne zniszczenia zrobione przez inną ekipę (nawet my będziemy mogli wejść do mieszkania tylko z koordynatorem), ale najpierw powiedziano nam, że nie będzie problemu z wpuszczeniem ekipy od okien a teraz taka siurpryza...

Pani z firmy remontowej przesłała resztę kosztorysu do zatwierdzenia, ale okazał się niejasny, kilka pozycji powtórzyło się z pierwszej części kosztorysu wstępnego i nagle okazało się, że zupełnie nie mam pojęcia ile będzie do zapłacenia... Poprosiłam o zebranie wszystkiego do kupy (doprowadzenie mieszkania do stanu deweloperskiego i wykończeniówka), z konkretnym wyszczególnieniem kosztów poszczególnych elementów - kategoria "Dodatkowe", która zawiera osiem pozycji i jedną wspólną kwotę nie pozwala mi podjąć decyzji, czy chcę to wszystko w takich cenach i z czego ewentualnie mogę zrezygnować! Teraz już rozumiem, dlaczego koniec remontu został nam przedstawiony na kwiecień przyszłego roku... Dostaliśmy też wycenę i wizualizację kuchni, ale z jej zamawianiem musimy poczekać, aż ustalimy kosztorys remontu. Pewnie i tak do połowy stycznia niewiele da się ustalić, bo do świąt zostało kilka dni, potem jest martwy okres do końca roku, kiedy wszyscy są na urlopie, a potem nas nie ma w Polsce i wracamy 13-go stycznia.

 

***

 

Dalej mam kilka przemyśleń bardzo osobistych i jeśli ktoś kocha Boże Narodzenie, to można pominąć tekst i tylko obejrzeć obrazki. 

Niektórzy narzekają na wilgotną wiosnę, inni na upalne lato, są tacy co nienawidzą listopada, bo im się dłużą szarobure mokre i wietrzne dni. A ja nie lubię grudnia.

 

 

W połowie listopada w sklepach zaczynają się pojawiać choinki i bombki, a w telewizji reklamy tego, jak koniecznie trzeba spędzać święta i co nakupić bliskim w ramach prezentów. Człowiek boi się lodówkę otworzyć, bo wszystko krzyczy "ŚWIĘTA!!!", ludzie w sklepach od początku grudnia wkurzeni, zabiegani, obłęd w oczach, ręce wyciągnięte do kostek od toreb z zakupami i niestety ta nerwowa atmosfera i mnie się udziela... Co dziwne, ja wcale nie obchodzę świąt.

 

 

Od dziecka święta kojarzyły mi się z pośpiechem, umęczeniem (najpierw polerowaniem mieszkania na błysk i przygotowywaniem ton jedzenia a potem wpychania w siebie tego jedzenia i niezadowolenia mamy, że wszyscy tak mało jedzą i tyle zostanie....), ogólnymi nerwami. Nie miały u nas podłoża religijnego i w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, po co w ogóle to wszystko robimy, skoro symbolika katolicka jest dla nas pusta, bo nas nie dotyczy. A skoro tak, to nie umiałam (tak jak moja niewierząca koleżanka i jej rodzina) podejść do obchodzenia tych świąt jak do rodzinnego spotkania, bo cała oprawa była dla mnie zawsze związana z konkretną religią. Tak, jak nie świętuję Diwali ze wszystkimi elementami, jakie są związane z tym świętem (jedzeniem, dekoracjami, obrzędami), tak samo w mojej głowie nie umiałam dopasować katolickich świąt do spotkania z rodziną, z ubieraniem choinki, dzieleniem się opłatkiem, wsadzaniem sianka pod obrus... To wszystko było w moim domu rodzinnym ale nic za tym nie stało, to były puste symbole i ja tak nie chciałam.

 

 

Przez lata próbowałam jakoś oswoić ten czas. Ubierałam choinkę. Potem wieszałam pod sufitem podłaźniczkę - dekorowaną gałąź pochodzącą z tradycji przedchrześcijańskiej, ale to też do mnie nie przemówiło. Odwiedzałam rodzinę (nikt w naszych rodzinach nie jest wierzący), jadłam te wszystkie tradycyjne potrawy (które lubię), wymieniałam się prezentami, oglądałam udekorowane choinki i czułam, że mi to wszystko nie pasuje, czułam się nie na miejscu z tym wszystkim.


 

I przyznaję, że mam z tym duży problem. Bo cały grudzień stoi świętami Bożego Narodzenia, wszyscy się szykują, gotują, ozdabiają choinki i domy, biegają z rozwianym włosem i szaleństwem w oczach za prezentami, a ja nie umiem sobie wytłumaczyć, że to będzie takie spotkanie z rodziną, tylko w bożonarodzeniowym kostiumie...

 

 

W tym roku podjęłam decyzję, że nie jadę na święta do teścia, mąż jedzie sam. Tak zdecydowałam, bo właśnie wychodzę z trzytygodniowego chorowania a 28-go grudnia lecimy do Japonii. W związku z tym nie chcę ryzykować na kilka dni przed wyjazdem podróżowania przez pół Polski tam i z powrotem między ludźmi i złapania jakiegoś wirusa...

 

 

Dodatkowo, oczywiście nie ma mowy o białym końcu roku, "tradycyjnie" w połowie grudnia zrobiło się 5 stopni na plusie, śnieg stopniał, za oknem jest to za co wszyscy tak nienawidzą listopada, a ja grudnia - bura szmata, zero słońca, mokry deszczyk, błoto i szybko zapadający zmierzch, bo rok zmierza ku najkrótszemu dniu i najdłuższej nocy. Najchętniej zapadłabym w sen zimowy i obudziła się 28-go grudnia w samolocie do Tokio.

 


 

Ponarzekałam. A teraz element pozytywny - bardzo mi dobrze z tym, że w tym roku wreszcie odpuściłam obchodzenie świąt. Zawsze czułam przymus a teraz wyluzowałam. Nic nie muszę. Święta spędzę w piżamie, pod kocem, czytając książki, malując ptaki, planując spakowanie się na wyjazd, będę jadła to na co mam ochotę w ilościach normalnych. Nie muszę nigdzie jechać - a podróżowanie samochodem dłuższe niż godzina jazdy to dla mnie katorga, nie lubię, ciężko znoszę...

Jeśli lubicie to całe świąteczne zamieszanie - super! Nie neguję tego, że są ludzie, których pozytywnie nakręca to całe przedświąteczne zamieszanie a potem kilka dni w dużej grupie ludzi, z ciotkami, wujkami, dzieciakami, półmiskami pierogów i paterami ciast. Są na pewno tacy, którzy przeżywają okres adwentu i święta duchowo i to jest wspaniałe! Ale są też tacy, dla których to bardzo trudny czas, kiedy przebodźcowanie zaczyna się już 1 grudnia samą zapowiedzią nadchodzących świąt... Życzę Wam spędzenia tego czasu dokładnie tak, jak tego potrzebujecie.

24 comments:

  1. Jak ja Ci zazdroszczę tego nie obchodzenia świąt! też mnie wkurza to szaleństwo. Niestety mój mąż, chociaż niekościółkowy, to jednak silnie przywiązany do tradycji i bardzo mu zależy na świętowaniu z rodziną. Co roku jest o to spór. Na szczęście na Wigilię idziemy do siostry, ale na drugi dzień trzeba będzie i tak podjąć obiadem kilka osób, bo inaczej mój mąż sobie nie wyobraża, więc bez pewnych przygotowań się nie obejdzie. Wolałabym gdzieś wyjechać. Choinka może być, robi się od niej kolorowo w domu w te pochmurne dni :). Ale poza tym nic mi nie jest z tych świąt potrzebne do szczęścia.
    Piękne akwarele! Ja mam w planie małe obrazki z ptaszkami, ale farbami olejnymi - może uda się przeznaczyć na to trochę czasu między świętami a Nowym Rokiem.
    Spokoju i zdrowia Ci życzę!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Może skoro Twój mąż sobie nie wyobraża, to niech on zrobi zakupy i przygotuje ten obiad na kilka osób?... Może wtedy zrozumie ile pracy fizycznej i psychicznej trzeba włożyć w tym czasie roku w takie przyjęcie. Taka myśl rewolucyjna... *^w^*
      Ściskam Cię mocno i trzymam kciuki za czas wolny na malowanie!!!

      Delete
    2. Mój mąż jest chętnie gotującym facetem i codziennie robi zakupy, tak więc nie w tym problem :). Dla niego porządki to abstrakcja, ja jestem przeciwieństwem, więc jak widzę ten chaos, który się dzieje przy jego gotowaniu, to automatycznie zabieram się za porządki. No i jednak nie da się uniknąć zamieszania, wyciągania obrusów, polerowania przykurzonych kieliszków itd, bo skoro już mają być goście to chcę, żeby to wszystko jakoś wyglądało, a mąż nie dostrzega takich drobnostek... a między tym wszystkim szaleje pies i pięć kotów. Tak więc zaznaczam zawsze wyraźnie, że się poświęcam i potem oczekuję w stosownym momencie wzajemności ;). Jakoś to przeżyję, bywało gorzej, jak przed laty robiłam sama Wigilię na 18 osób. To tylko raz w roku, na szczęście. Ale wolałabym mieć święty spokój i malować obrazki na przykład :).

      Delete
    3. Ach, to co innego! Myślałam, że to ten typ męża, co sobie nie wyobraża, ale w razie czego znika na cały okres przedświąteczny bo trzeba umyć samochód!... *^O^*~~~
      Tak swoją drogą, coś w tym jest, że jak faceci gotują to robią straszny bałagan... Jak ja gotuję, to sprzątam i zmywam wszystko na bieżąco, a jak mój mąż gotuje, to... ech... ^^*~~ Podobno nawet Jamie Oliver jest koszmarnym bałaganiarzem w kuchni!

      Delete
  2. Rozumiem Twoje podejście. Ja akurat lubię Święta, ale chyba głównie przez wspomnienia z dzieciństwa i tę cudowną atmosferę którą dzieci najbardziej kochają. Moje "wewnętrzne dziecko" nadal ją kocha, choć, a może właśnie dlatego, że nie wpadam w żadne przedświąteczne szaleństwa. No prawda, trochę trzeba w kuchni postać, żeby ulubione nasze potrawy wylądowały na stole, ale nie latam jak szalona z piórkiem, żeby wszystko było idealnie czyste, pachnące czy błyszczące. Grudzień lubię głównie dlatego że, dzięki Świętom, szybko przelatuje, natomiast styczeń i luty to katorga, w oczekiwaniu na wiosnę. Tylko cholernie brak mi śniegu. Teraz, odkąd mieszkam na wsi, śnieg nagle stał się w zimie najważniejszy, a zwłaszcza w grudniu właśnie!
    Natomiast nie lubię Sylwestra! Nie wiem co w nim jest do świętowania, i to naprawdę nie dlatego że latka mi lecą. Po prostu nie i już. Każdy ma swoje spojrzenie. :) Pozdrawiam cieplutko.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Jakbym mieszkała na wsi, to strasznie bym chciała śniegu przez całą zimę! *^0^* Mogłabym siedzieć zakopana pod kocem przed oknem i patrzeć na ptaki w karmniku w moim zaśnieżonym ogródku.
      A wiesz, że dla mnie styczeń to już jakby wiosna była tuż za rogiem!... *^V^* Wiem, często pada śnieg, w lutym bywają duże mrozy, ale chyba dlatego, że dzień już się po troszeczku wydłuża to i ja mam bardziej pozytywne podejście do pory roku.
      Z Sylwestrem to jest podobna sprawa jak ze świętami - człowiek czuje presję, że należy ten wieczór jakoś obchodzić, ja w sumie też nie lubię Sylwestra. Cieszę się, że w tym roku będziemy siedzieć w japońskim ryokanie, dostaniemy pyszną kolację i będziemy mogli po prostu nic nie robić tylko odpoczywać (i kąpać się w gorącej źródlanej wodzie... na balkonie! ^^*~~).

      Delete
    2. Cudny pomysł z tą wyprawą do Japonii! Chyba najlepszy sposób na przetrwanie sylwestrowego "musika". Co do śniegu, wyznać muszę że nie znosiłam zimy przez całe swoje dorosłe życie. No ale mieszkałam wtedy w Warszawie. Obecna zima jest moją już drugą spędzoną na końcu świata, gdzieś pod wschodnią granicą. I naglę widzę, że zima jest piękna! No oczywiście pod warunkiem że biała... ;)

      Delete
    3. Ja zimę zawsze lubiłam i lubię do tej pory, nawet mieszkając w mieście. (Wiem, nigdy nie byłam dozorcą który musi odśnieżać oblodzone chodniki!...Moja ciocia była i wiem, że to ciężka praca.) Gdyby był śnieg za oknem to te szarobure krótkie dni pod koniec grudnia byłyby bardziej do zniesienia, niestety pogoda jakoś się w tym czasie zmienia i ociepla, i o białych świętach można tylko pomarzyć...

      Delete
  3. Living in the US, Christmas assault starts beginning of Sept right after the kids return to school from Summer holidays.
    This year, just about ALL the big stores had trees, ornaments and such up and ready.
    I am already tired of it and have zero holiday cheer.
    While there might be those who are religious and celebrate that way;
    My husband, Mother and I will cook a nice meal and enjoy each other's company.
    From my corner of Pennsylvania in the US, I wish you all a peaceful and safe holiday however you celebrate and a wonderful 2024.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Thank you very much! Happy holidays to you and your family and friends! *^v^*
      In Poland we have that holiday in November when we remember our departed, visit graves and light candles there, so in the Autumn all the shops sell various candles in wholesale quantities and chrysanthemums that we bring to decorate the graves!... This craziness stops after 3rd November and Christmas enters the shops and tv commercials, there is no time to catch a breath and just not celebrate anything. Oh, well... I guess that's the way the world is now - shops must advertise their products, and as long as we can stop watching tv, we cannot stop doing food shopping... *^o^* So we have to deal with this holiday attack somehow.

      Delete
  4. Cóż ,jeżeli nie ma Boga ,nie ma świat. Dobrze ,że nie ma fikcji:)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Wydawałoby się to oczywiste, ale chyba jesteśmy w mniejszości z takim myśleniem. *^o^*

      Delete
  5. Piękne ptaszyska! Zdrowia życzę jak najwięcej i żeby się remonciarze ogarnęli!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Bardzo dziękuję! ^^*~~ W sumie po to wzięłam firmę remontową a nie tylko ekipę, żeby ktoś inny ogarnął za mnie dużo nadzorowania, kosztorysów, itd, i to się dzieje, tylko powoli. Ale już w tym tygodniu oddaję klucze i mam nadzieję, że prace wreszcie ruszą!

      Delete
  6. Jak ja to rozumiem. Podpisuję się całą sobą . Też tak mam. Nie lubię grudnia.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Mam wrażenie, że wolno narzekać na listopad, ale nie wolno nie lubić świąt... A my właśnie nie lubimy! Trzymaj się, jakoś przetrwamy do stycznia. *^v^*

      Delete
  7. Nie wiem od czego zacząć. Ja też nie przepadam za Świętami. Jako dziecko byłam niejadkiem, nie lubiłam wigilijnych potraw ani tego co było potem. Pamiętam jak całe Święta marzyłam abym mogła zjeść frytki. Dodatkowo w moim domu był wymóg eleganckiego ubrania przez bite trzy dni, co było bardzo niewygodne. Za to zawsze bardzo lubiłam rodzinny aspekt, dyskusje przy stole i nigdy jakiś tam wujek pytający 'kiedy będzie narzeczony', mi nie przeszkadzał. Na początku byłam oczarowana tym, jak spędza się Święta w UK. Wstaje się, pije się w piżamie szampana z sokiem pomarańczowym od rana, są prezenty a potem człowiek ubiera coś innego na świąteczny obiad (ale nie garnitur i krawat). Owszem, też jest dużo jedzenia ale innego. Nikt nie piecze pasztetów ani nie kroi sałatki jarzynowej. Pije się dużo alkoholu, je czekoladę, orzechy, sery. Za to parcie na kupowanie prezentów jest masakryczne. I wiem, że w Polsce też już jest w tym temacie duża komercja to wydaje mi się, że w UK jest dużo, dużo gorzej. Kupuje się jakieś pierdoły aby 'było co rozpakować'.

    Od kilku lat za prezenty odpowiedzialny jest mąż bo ja nie zgadzam się na takie szalone kupowanie dla dzieciaków. Ja nie mam z tym nic wspólnego. Za to zawsze kupuje prezent teściowej. To w ramach wdzięczność za cały rok opieki nad dziećmi, ona nawet nie chce od nas pieniędzy na benzynę. Jak mieliśmy mniejszy dom i mniejszy kredyt to było to coś naprawdę extra typu herbatka w hotelu Ritz. Teraz jest nieco skromniej ale lubię tą tradycję.

    A aspekt religijny Świąt? To ciężki temat. Tradycje religijne w Polce po prostu stały się tradycjami, zadziwia mnie jak wiele osób totalnie zapomina, że mają coś wspólnego z religią katolicką. Mogłabym mnożyć przykłady bo spotykam się z tym na każdym kroku ale to temat na inny komentarz ;).

    Powodzenia z remontem, czekam na jakieś pierwsze foty na blogu. I miłego pobytu w Japonii, wyśmienity pomysł.

    ps. ja tez nie lubie grudnia, to taki listopad ze swiatelkami. W tym roku ciemnosc wyjatkowo dziala na mnie negatywnie. :(

    ReplyDelete
    Replies
    1. Mój kuzyn kiedyś przy stole świątecznym poprosił o żółty ser... Ale była afera!.... *^O^*~~~
      Mnie te pytania od rodziny (o dzieci) zawsze wkurzały, tym bardziej, że szybko wiedziałam, że ich nie chcę, a pytania i rozmowy na ten temat się pojawiały. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że mogę być ponadto i zostawić rodzinę z tymi pytaniami bez odpowiedzi zamiast się denerwować. Za to przypomniało mi się pytanie mojej cioci, która je zadawała na każdym rodzinnym spotkaniu, nie tylko w święta - "Kiedy Twój mąż będzie dyrektorem?..." *^V^* No i proszę, tak mu się kariera ułożyła, że niewykluczone, że kiedyś to się stanie! ^^*~~
      Wydaje mi się, że u nas z prezentami jest tak, że nie tyle 'żeby było co rozpakować', ale musi być dużo paczek, przynajmniej u mnie tak było. Jeden większy prezent to byłoby za mało. Zawsze czułam też presję ze strony mamy - nigdy nie wiedziałam, z czego byłaby najbardziej zadowolona i miałam wrażenie, że nigdy nie była tak do końca... Co ciekawe, dla taty zawsze wiedziałam co kupić i on się zawsze szczerze cieszył, i mnie też dawał drobiazgi ale trafione, mam wrażenie, że znaliśmy siebie nawzajem i zwracaliśmy uwagę na to, co by nas ucieszyło (np.: kiedy zaczęłam malować duże obrazy akrylowe dostałam od niego fartuch do malowania!) Ech, te traumy prezentowe!
      Bardzo mi się podobają święta w UK, też tak spędzę je w tym roku u siebie w domu (minus papierowa korona! ^^*~~) i pooglądam sobie, jak Jamie Oliver gotuje świąteczne obiady, uwielbiam to! ^^*~~
      Dziękuję za kciuki remontowe, dziś jadę oddać klucze, demontaże czas zacząć! A potem kilka dni i lecimy!
      (Z tym listopadem i grudniem to jest chyba tak, że w listopadzie oczekujemy, że będzie plucha i szarość, i jest, i nikt nie jest zaskoczony i wszystko jest w porządku tak jak ma być, a grudzień kojarzy nam się z bajkowym obrazkiem z książeczek dla dzieci - ośnieżony domek w słońcu, a tu niestety pogoda nie dowozi!...)

      Delete
  8. Współczuję choroby i problemów zz renontem. Co do rwy - to nie ciepłe okłady i maści rozgrzewające tylko wręcz przeciwnie - zimne okłady. Na mnie działa, a też ledwo się poruszam jak mnie dopadnie...

    ReplyDelete
    Replies
    1. Przyznam, że trochę mnie zmroziło, jak sobie pomyślałam, że miałabym zrobić sobie zimny okład... Ale skoro polecasz... Może wypróbuję! ^^*~~

      Delete
  9. Cieszę się, że w tym roku mogłaś zaplanować, że spędzisz święta po swojemu. Mam nadzieję, że doszłaś do siebie i jutro w pełni sił wyruszysz do Japonii.

    Ja wciąż się miotam między lubieniem a nielubieniem świąt. Z jednej strony gdzieś wciąż mam nadzieję na magię (głównie wynikającą z dobrych wspomnień z dzieciństwa), z drugiej, zdaję sobie coraz częściej sprawę, że nie jest to tylko kwestia mojego nastawienia czy przygotowań, ale też zachowań innych a te nie zawsze się wpisują w moją wizję. Z trzeciej strony mam dzieci i nie chciałabym im zabierać tego czasu, dopóki wciąż się z niego cieszą.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Czy w pełni sił to nie wiem, bo zaraz oszaleję podczas pakowania... Ale tak mam zawsze, nienawidzę się pakować, bo nigdy nie wiem co mam zabrać, zawsze myślę, że czegoś zapomniałam, dorzucam rzeczy w ostatniej chwili... Byle do jutra!
      Czasami myślę sobie, że ludzie wierzący - ale tacy naprawdę wierzący! - mają łatwiej, bo nie zastanawiają się czy lubią święta czy nie, po prostu je obchodzą i tyle. *^w^*~~~

      Delete
  10. No ja nie wiem, czy Ty nie lubisz świąt? ;)
    Myślę sobie, że nie lubisz zupełnie czegoś innego, ale to tylko takie wiesz, internetowe wymądrzanie. Ja zawsze uwielbiałam święta, zapalona przez rodziców choinka wieczorem prześwitywała przez drzwi mojego pokoju, jedzenia w ogóle nie pamiętam, ale pamiętam ten świąteczny ranek i czekającą na mnie nową książkę (dostawałam oczywiście pod choinkę, ale wiadomo, wieczorem, a rano dopiero mogłam czytać).
    A potem, jak już sama robiłam wigilię, najbardziej lubiłam ten moment, jak mąż odwoził teściową do domu (no cóż, true story), ja siadałam w fotelu z nową książką przy zapalonej choince, bo już wtedy mogłam czytać wieczorami i wtedy zaczynały się dla mnie święta. A potem grałam z dziećmi w planszówki i dzwoniłam do babci poopowiadać ile nalepiłam pierogów. W tym roku były u mnie wnuczki, było cudownie, a ja znowu mam na stoliku dwie nowe książki. No tak, jestem wierząca, ale książki też są ważne. :)
    Rozumiem, że cieszymy się w aspekcie chrześcijańskim (puste rytuały już dwa tysiące lat temu były krytykowane, więc widać nic się nie zmienia w tym temacie), cieszymy się w aspekcie przesilenia, cieszymy się ze spotkań z bliskimi (naprawdę bliskimi).
    A Sylwester to nie wiem - czas mija po prostu. Udanego pobytu (wiem, na pewno będzie udany), cieszę się, że jesteś znowu tam gdzie lubisz!!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Najbardziej chyba nie mogę się pogodzić z tym, że świętuję w czasie, który jest poświęcony konkretnym świętom konkretnej religii, a ja tego nie wyznaję i nie czuję. Próbowałam zamiast Bożym narodzeniem tłumaczyć to sobie zimowym przesileniem, ale też mi nie pasuje... Jeszcze nie wiem, co z tym zrobię w przyszłym roku, pomyślę o tym w grudniu. ^^*~~
      A wiesz, że ja nie znosiłam tych książek, które masowo znajdowałam pod choinką?... *^W^* Może dlatego, że książki zawsze były w moim życiu, ciągle czytałam i miałam do nich dostęp - kupowaliśmy, wypożyczałam z biblioteki. Pod choinkę jako dziecko chciałam dostać Barbie, jak moje kuzynki!... *^0^* Ale moi rodzice wierzyli w prezenty praktyczne i edukacyjne.
      A Sylwester w tym roku spędziłam... idąc spać tuż po północy!!! Nakarmili nas zacnie w naszym hotelu, do tego zamówiliśmy butelkę nihonshu do kolacji, jak wróciłam o 22:00 do pokoju to wypiłam zieloną herbatę, z trudem doczekałam do północy i tyle mnie widzieli! Mąż sam siedział w noc sylwestrową w wannie na balkonie... ^^*~~

      Delete