Wiem, wiem, po sierpniu pozostało już tylko wspomnienie, a ja z wpisem jestem daleko w lesie, ale... mam wytłumaczenie.
Tak się składa, że byłam niesamowicie zajęta!.... *^w^*~~~~
I już się tłumaczę czym.
Po pierwsze, najpierw była impreza antyczna w Krzemionkach na którą szyłam ciuchy, tkałam taśmy na tabliczkach, rzeźbiłam drewniane miski i łyżki a dodatkowo w ostatniej chwili zdecydowaliśmy, że uszyjemy sobie namiot... Tak więc pracy przez 14 sierpnia było tyle, że nie wiedziałam, w co ręce włożyć. Ale się udało i impreza była świetna! ^^*~~
Po drugie, od razu po powrocie z Krzemionek zabrałam się za przygotowania do Dracońskiej uczty, która odbyła się na początku września, więc teraz nie o tym, ale znowu szyłam (komplet ubrań na wczesne średniowiecze, bo w te sprzed 15 lat oczywiście się nie mieszczę...), gotowałam, planowałam, itd...
W tak zwanym międzyczasie miałam imieniny, które świętowaliśmy w restauracji Krym pysznym jedzeniem tatarskim! *^V^*~~~
A dodatkowo wydarzyło się coś, czego nikt z Was nie zgadnie...... Zaczęłam chodzić na siłownię!!!
Ponieważ teraz obydwoje chodzimy na siłownię, zamówiliśmy zapas napojów izotonicznych. *^o^*
Dwa razy w tygodniu mam zajęcia z trenerem i co się okazało? UWIELBIAM podnoszenie ciężarów!!! Do tego stopnia, że nawet nie bardzo marudzę na wszystkie inne ćwiczenia, które wykonuję (te na brzuch i nogi, których nie znoszę, ale wiem, że są niezbędne, żebym cała była w dobrej formie), bo wiem, że zaraz po nich będą same przyjemności!... ^^*~~ Oczywiście jak tylko mogę, staram się przemycić dwie informacje podprogowe - "a może zamiast tego ćwiczenia bym coś podniosła?..." oraz "jestem na to za ciężka...", *^O^*, ale mój trener jest niewzruszony i wydziela mi odpowiednie dawki wszystkiego co na siłowni się robić powinno. Na razie idzie mi bardzo dobrze a progres w zwiększaniu ciężarów czy ilości powtórzeń jest zaskakująco szybki, i mój jedyny zarzut do samej siebie brzmi - GDZIE, U LICHA, BYŁAM CAŁE MOJE WCZEŚNIEJSZE ŻYCIE I CZEMU NIE NA SIŁOWNI?!!!......
Ostatnio byliśmy na spotkaniu ze znajomymi, i oni we trójkę zgodnie stwierdzili, że ich ulubionym ćwiczeniem jest to ostatnie, kiedy wychodzi się z siłowni do domu... *^w^*, a moim nie! Ja wychodzę z domu na ćwiczenia z radością, co jest dodatkowo wspomagane faktem, że do siłowni mam całe 5 minut na piechotę. ^^*~~
Bardzo dużo siedzę przy krośnie, dodatkowo powoli wracam do rekonstrukcji i okazuje się, że przez te 15 lat kiedy nie zajmowałam się tematem ludzie poszli do przodu - jest dużo więcej tekstów źródłowych i opracowanych znalezisk, pojawiły się nowe rzemiosła, których wcześniej nie znałam a którymi teraz chciałabym się zająć, znowu mnie to cieszy jak ... chyba nigdy dotąd! I żałuję, że mam tylko dwie ręce a doba ma tylko 24 godziny, bo najchętniej bym się rozdzieliła na kilka osób i robiła milion rzeczy na raz!...
Zostawiam Wam z moim sukcesem roślinnym - łosie rogi wypuściły nowe liście!!! To zdjęcie z początku sierpnia, teraz ten okrągły zielony liść zaczyna już brązowieć (tak ma być), a ta chuda wypustka zamieniła się w porządny długi liść i ma kolejnego młodszego brata. ^^*~~ Biorąc po uwagę, że do tej pory łosie rogi mi raczej umierały to uważam to za miłą odmianę!
W ogóle otoczyłam się roślinami, przez wakacje kilka razy robiłam zakupy w sklepie Zielony Parapet i mam wiele odmian sansevierii, haworsji, mam hoje (dwa gatunki dostałam od przyjaciółki), awokado szaleją, w domu gdzie nie spojrzeć tam rosną pieniążki a z festiwalu w Krzemionkach przywiozłam gynurę, komarzycę i szałwię... ^^*~~ Może jednak odziedziczyłam odrobinę zielonych palców po moim tacie?...
Następnym razem będzie o uczcie Draconii oraz na pewno obiecany spis stron, na których możemy szukać wiadomości o naszych przodkach, bo już zaczęłam nad tym pracować. Do przeczytania pod koniec września. *^V^*~~~









