Izuss, małe sweterki w 2012 nadal pozostaną na moich drutach, właśnie robią się rękawy Leny! ~^^~ I masz rację - rok 2011 był pod kilkoma względami przełomowy, również pozytywnie - bardziej świadomie zajęłam się sobą, pielęgnacją włosów i buzi, wyglądem, rozwojem intelektualnym.
Herbatko, dziękuję! ^^ Ja Ciebie postrzegam jako osobę bardzo kreatywną więc wcale nie zauważyłam tego "pół gwizdka". ~^^~
Artsajke, jest tyle instrukcji robienia skarpetek, że chyba już moja nie jest potrzebna, tym bardziej, że nie czuję się ekspertem. Co do robienia dwóch skarpet na raz, to gdzieś tu już próbowałam pokazać, jak to się robi, może odnajdę własny wpis albo zrobię nowe zdjęcia przy okazji kolejnych skarpetek. ~^^~
Lauro, masz na myśli szczotkę Tangle Teezer? Przyznam, że mimo, iż był to mój prezent imieninowy, od jakiegoś czasu jest używana głównie przez mojego męża (ja czeszę się bardzo-szerokozębnym grzebieniem), ~^^~, ale nadal podtrzymuję to co o niej pisałam - robi genialny masaż skóry głowy i delikatnie rozplątuje kołtuny, a mimo częstego używania jest wciąż od sierpnia w dobrym stanie, kilka zewnętrznych zębów trochę się powyginało ale wciąż spełnia swoją funkcję.
Intensywnie Kreatywna, małe sweterki pozostaną, Lena ma już kawałki obydwu rękawów, a moje myśli krążą sobie wokół kolejnego projektu. ~^^~ A mąż czapki chwilowo nie nosi, bo... zrobiło się za ciepło na czapkę! Ale mam nadzieję, że jeszcze będzie mróz tej zimy i się przyda. (no właśnie, co z tą zimą, co to miała taka sroga być?....)
***
W moim domu panoszy się Smok żywiołu wody. Nie wiedziałam, że jego wpływ będzie w 2012 taki silny...
We wtorek rano pojechaliśmy na Suwalszczyznę do ojca Roberta, żeby spędzić sobie miły tydzień czasu z nim i jego żoną. W środę o 6 rano obudził nas telefon - sąsiadka która mieszka pod nami dzwoniła z informacją, że leci jej woda z sufitu w łazience... Ponieważ przed wyjazdem zakręciliśmy dopływy wody, była tylko jedna możliwość - kaloryfer. Tak więc, wsiedliśmy w samochód i sześć godzin później byliśmy już z powrotem w Warszawie.
Rzeczywiście, okazało się, że poszła nam uszczelka w kaloryferze, mieszkanie mamy ubezpieczone, więc zaraz przyszedł hydraulik, który uszczelkę naprawił, u sąsiadów też na szczęście dużej szkody nie było, a straty i malowanie kawałka sufitu pokryje nasze ubezpieczenie.
Rozważaliśmy, czy wracać do teściów i jakoś odpuściliśmy, przekładając wizytę na przyszły miesiąc. Okazało się to dobrym posunięciem, bo w piątkowe popołudnie będąc w łazience usłyszałam miarowe kapanie wody... Obmacałam kaloryfer, ale był suchy, natomiast kapanie nasiliło się, kiedy zajrzałam za umywalkę, tam gdzie jest pion z rurami. Po chwili kapało już nie tylko wzdłuż rur, ale także z sufitu nad kabiną prysznicową (mamy podwieszany sufit...), z miejsca wypuszczenia deszczownicy. Robert pobiegł piętro wyżej i okazało się, że sąsiadkom przecieka odpływ brodzika! Załatali to na szybko i dziewczyny obiecały zająć się naprawą jak najszybciej i zwracać uwagę na szczelność odpływu. Na szczęście niewiele wody zeszło do nas, nie uśmiechało mi się demontowanie podwieszanego sufitu z halogenami, brrr....
Kiedy drugi potop okazał się opanowany, mieliśmy jechać po Ryśka, który na czas naszego wyjazdu został wysłany na wakacje do naszego kolegi. Ale jak tu jechać, kiedy... nie mogliśmy znaleźć kluczyków do samochodu!!!... Przeszukaliśmy wszystkie kieszenie, półki, szafki, obmacałam kanapę, w końcu Robert przesunął jedną z puf i wygrzebał kluczyki spod spodu... Najwyraźniej w naszym domu mieszka sobie duch kota (może to nasza Barbusia, a może jakiś poprzedni kot babciny?), który bawi się chowając Małe Ważne i Potrzebne Przedmioty tam, gdzie niełatwo je odnaleźć. Nie muszę chyba dodawać, że mamy jeden komplet kluczyków, eeee....
Wróciliśmy do domu z Ryśkiem bez nieprzyjemnych przygód i zabrałam się za obiad. Na kranie w kuchennym zlewie mamy założony taki mini-prysznic, który rozprasza strumień wody i jest wygodny do płukania naczyń. I właśnie kiedy miałam opłukać jakiś talerz i włączyłam wodę - wężyk od tego mini-prysznica pękł sobie i zaczął lać wodę na wszystkie strony!...
...
...
Przyznam szczerze, że zaczynam mieć traumę związaną z wodą. Boję się włączyć pralkę. Boję się, że padający deszcz przecieknie nam przez okno w sypialni (to się już zdarzało, ale wtedy, gdy była super-ulewa, siekąca pod pewnym kątem). Że zacznie cieknąć jakiś inny kaloryfer albo zdarzy się po prostu powódź tysiąclecia, która wybije studzienki i zaleje nasz budynek do wysokości naszego pierwszego piętra.
Rok Wodnego Smoka dopiero się zaczął, a ja już czuję się aż nadto uhonorowana jego obecnością...