Tuesday, June 22, 2021

17 lat minęło jak jeden dzień!

Tak w ogóle, to 29, ale od dnia ślubu 17 lat nam minęło! *^V^*

 


 

W związku z tym zdecydowaliśmy wyrwać się na chwilę z Warszawy i pojechaliśmy na weekend do Kazimierza Dolnego. Nigdy tam nie byłam, Robert tylko przejazdem, a to takie piękne miasteczko!!! *^0^* Oczywiście, ultra-turystyczne, więc po pierwsze, należy się nastawić na tłumy wszędzie, szczególnie latem i w weekendy, co na przykład oznacza, że niesamowicie trudno znaleźć miejsce parkingowe. Są miejskie parkingi, są prywatne na podwórkach, wszystko płatne, a kiedy rezerwujecie pokój na kwaterach prywatnych to koniecznie upewnijcie się, że zapewniają miejsca parkingowe, bo nie wszyscy to robią, a potem może być bieda (my mieliśmy takie miejsce). Pierwszy raz byłam w miejscu, gdzie naprawdę NIE MA gdzie zaparkować na dziko, na piątego, tylko się przytulę na chwilę. Uliczki są wąskie, płoty posesji dochodzą do chodnika albo jezdni, wszędzie zobaczymy tabliczki z zakazem parkowania. I dobrze, bo inaczej całe to piękne miasteczko byłoby zaklejone samochodami!...

 


 

Kiedy szukaliśmy noclegu zależało nam na odrobinie dorosłego minimalistycznego fajnego luksusu, w końcu to była nasza rocznica ślubu! Cena w zasadzie nie grała roli, chcieliśmy dać się trochę porozpieszczać przez dwie noce. I tu było nasze pierwsze zdziwienie - w Kazimierzu nie za bardzo istnieje coś takiego jak luksusowy butikowy hotel... Szukaliśmy na agoda.com i booking.com, na jakichś polskich serwisach noclegowych, szukaliśmy po mapie wybierając co nam się wyświetliło... Niezależnie czy był to duży hotel czy pokoje do wynajęcia, wystrój przeważnie był obrzydliwy - seledynowe lub pomarańczowe ściany, dywany i pościel w obrzydliwe mazaje albo meble jak pozbierane na wyprzedaży garażowej, paździerz i tandeta. Czy Polakom jest naprawdę wszystko jedno, w jakich warunkach spędzają wakacje/wolne dni?... *^n^*  Udało nam się wyszukać dwa miejsca oferujące przyjemne dla oka apartamenty, i w jednym z nich zarezerwowaliśmy pokój, mianowicie w Marine Rooms

 

 

Poniżej widok na nasz taras z bulwaru nad Wisłą, który widzicie na zdjęciu powyżej. ^^*~~



Nasz apartament miał 21 m kw, taras wychodzący na Wisłę, klimatyzację, ogólnie był super tylko miał jedną zmorę polskich hoteli i kwater do wynajęcia - dwa pojedyncze zsunięte łóżka z miękkimi materacami, które rozsuwały się przy najmniejszym poruszeniu się! (tak, zarówno łóżka się rozjeżdżały jak i materace odpływały z łóżek!...) Tego nie potrafimy zrozumieć, co jest z tymi pojedynczymi łóżkami... To nie był pokój dla rodziny z dzieckiem, tylko apartament dla pary, dlaczego nie można było tam wstawić normalnego podwójnego łóżka? A poduszki to już w ogóle zaczniemy wozić swoje, bo my śpimy na profilowanych poduszkach zapewniających podparcie dla szyi i stabilizację głowy, a w hotelach i kwaterach prywatnych przeważnie trafiają się płaskie placki z luźnymi gulami wypełnienia w poszewce...

 





 

Nasze drugie zdziwienie związane z Kazimierzem - w piątek wieczór restauracje były pustawe, w sobotę bardziej zapełnione, ale bez problemu mieliśmy stolik w restauracji przy rynku o godz. 18:00. Nasze podejrzenia potwierdziła pani z recepcji hotelu - do Kazimierza walą tłumy głównie w sobotę w trakcie dnia i w niedzielę od rana, nie są to nocujący, tylko odwiedzający na pół dnia. Nie polecam wycieczki do Kazimierza w niedzielę po 12:00 samochodem, bo raz, że są tam wtedy tłumy, a dwa - na parkingach już szpilki się nie wciśnie! My wtedy właśnie wracaliśmy do domu. ^^*~~




Z restauracjami była inna zabawna historia - znalazłam dla nas dwa miejsca podające kuchnię żydowską (Bajgiel, U Fryzjera) i postanowiłam zrobić rezerwację. Obydwie restauracje mają strony internetowe a na nich system rezerwacji online, więc super! Wypełniłam dane, wysyłam - strona Bajgla ani drgnie... Dzwonię pod podany numer telefonu i mówię, że kliknęłam, ale nic się nie wydarzyło, a pan mi odpowiada, że... "a taaaaak... to nie działa, proszę pani..."

...

Wiedzą o tym, i nic z tym nie robią!

"A na kiedy chce pani stolik? Na sobotę po 18:00? To na pewno będą miejsca, bo obłożenie mamy między 12:00 a 16:00" - i rzeczywiście był!

U Fryzjera było inaczej - wypełniłam dane rezerwacji, klikam, poszło! Czekam na potwierdzenie. Kiedy minęła doba i nic się nie wydarzyło, w piątek już z drogi zadzwoniłam do nich i mówię, że nie mam potwierdzenia rezerwacji a pani mi na to "ach, tak, bo to szef ma dostęp do komputera ale on wyjechał i nic nam nie przekazuje"....  

No powiedzcie mi, jak można w ten sposób robić biznes?!!!......

Jeśli chodzi o jedzenie - U Fryzjera mamy mieszankę kuchni staropolskiej i żydowskiej, my wzięliśmy śledzie siekane po żydowsku (z jajkiem na twardo, bardzo smaczne), gęsie pipki z ziemniaczkami i mizerią, i kreplach z wołowiną, z cymesem i farfelkami. Jedzenie poprawne, do lubelskiej Mandragory mu daleko, ale niestety już zawsze będziemy do niej robić porównania, bo to według nas modelowa restauracja żydowska, pod wieloma względami!

 


 

W Bajglu zamówiliśmy na przystawkę również śledzia, tym razem śledziki cackies - kawałki śledzia matias ze złocistą cebulką smażoną na gęsim smalcu, w zalewie nalewkowo-miodowo-cytrynowej z bakaliami, podane z macą i chałką. Potem wybraliśmy pierś gęsią pieczoną i kaczkę duszoną w rosole z sosem wiśniowym - bardzo fajny pomysł, bo była mięciutka! Na deser wzięliśmy paschę. Wszystko było pyszne, ale znowu powtórzę - wciąż tęsknimy za lubelską Mandragorą... *^0^*

 



 

Ceny w restauracjach wysoko warszawskie... Nie wiem, jakie były kiedyś i czy jest to efekt odbijania sobie po zamknięciu koronawirusowym, czy zawsze tak było. W każdym razie, trochę mnie to zaskoczyło. Natomiast dużym plusem było w obydwu miejscach to, że w tle leciała muzyka dostosowana stylem do miejsca (polskie przeboje z lat 90-tych, muzyka żydowska), i to w takiej przyjemnej głośności, że było ją słychać ale nie trzeba było się z nią przekrzykiwać podczas rozmowy. *^o^*

Śniadania jedliśmy w Botanice (nie polecamy, drogo i ogólnie średnio, trzy półtosty to całe pieczywo, jakie każdy z nas dostał do śniadania, nie licząc kawałka suchego placka drożdżowego...) i w piekarni Sarzyński - tu zdecydowanie lepiej, zarówno jakościowo jak i cenowo! 

 

 

 

Kazimierz jest bardzo ładny, zadbany, jest pełno pięknych domów. Widać, że mieszkają tam ludzie, którym zależy na tym, jak wygląda ich podwórko i ich miasteczko. Sporo się tam dzieje - wystawy obrazów, koncerty, nie tylko plastikowa tandeta dla turystów (co oczywiście też znajdziemy). W sobotę zrobiliśmy sobie 5-kilometrowy spacer, najpierw uliczkami Kazimierza a potem krótki kawałek przez las i powrót nad jednym z kazimierskich wąwozów. Jest jeszcze spora część miasta, której nie widzieliśmy, upał trochę dał nam się we znaki i wróciliśmy do klimatyzowanego pokoju na sjestę wcześniej niż planowaliśmy. Robiliśmy mało zdjęć, chyba potrzebowaliśmy się trochę oderwać od codzienności i po prostu pobyć w danym momencie i chłonąć otaczającą nas rzeczywistość bez jej ciągłego dokumentowania. 

 






 

Przy okazji utwierdziliśmy się w przekonaniu, że klimatyzacja w nowym mieszkaniu to świetny pomysł! *^v^* Teraz mamy tylko wiatraki, fajna sprawa, ale to jednak nie to samo. W nowy tydzień weszłam z jakąś energią sama nie wiem skąd, chyba to słońce i upały tak mi naładowały akumulatory! 

 



Monday, June 14, 2021

Projekt: remont III i dużo jedzenia

Zaczynamy od deseru (lody), bo jesteśmy dorośli i kto nam zabroni?!... *^0^*

 


Ale teraz śniadanie, proszę bardzo! *^v^* Boczniaki podsmażone na czosnku, do tego szpinak, jajka, po zdjęciu z gazu: szynka parmeńska porwana i rzucona na wierzch i pomidory z oliwą i bazylią.




Drugi tydzień czerwca minął przede wszystkim pod znakiem drugiej dawki szczepionek.  Robert miał dostać swoją w piątek a ja w sobotę, ale moja wizyta została przeniesiona na środę. Tak samo jak po pierwszej dawce, tylko trochę nam zdrętwiały ręce, ale nie mieliśmy żadnych silnych efektów ubocznych. Czuliśmy się nawet lepiej niż po pierwszej dawce! *^v^*

I teraz domagam się otwarcia dla nas japońskiej granicy!!! ^^*~~


 

Przy okazji, tak wygląda fragment parkingu pod prywatną lecznicą w Sochaczewie, gdzie byłam na szczepionce... Ford tu zaparkowany przywiózł osobę na wózku inwalidzkim, więc jak najbardziej miał prawo stanąć w tym miejscu, pod znakiem. Jednak... ktoś bezmyślnie ustawił pod tym samym znakiem parkingu dla niepełnosprawnych wzdłuż rampy podjazdowej stojaki na rowery! Oto polska myśl architektoniczna!...

 


W piątek ubraliśmy się ładnie *^n^* i pojechaliśmy na spotkanie z panią architekt. 



Było ciekawe, chociaż... chyba należą się jej z mojej strony dodatkowe przeprosiny, bo zbyt radykalnie odrzuciłam jej pomysły na łazienkę... >0< No bo tak, rozumiem, że chciała dobrze, ale projektowała nie znając naszych potrzeb i nie trafiła zupełnie! Pokazała nam trzy pomysły przebudowy kawałka mieszkania, ale każdy z nich zawierał przeniesienie wc do łazienki (teraz jest w osobnym pomieszczeniu) i zmniejszenie sypialni (co w ogóle nie wchodzi w grę, bo w sypialni mam już "wstawioną" szafę, łóżko i komody, i miejsce jest wyliczone co do centymetra!). Nie mówiąc o tym, że na każdym planie był prysznic z brodzikiem a my chcemy po prostu odpływ w podłodze a obok wannę (może być krótka byle by była głęboka!), ta koncepcja była pani nieznana i zrobiła to co uważała za najlepsze rozwiązanie. Co najśmieszniejsze, na najlepszy pomysł wpadłam ja zupełnie znienacka, bo prawdopodobnie wystarczy przesunąć drzwi o 10-15 cm w prawo na tej ścianie na której już są, i wszystko nam się ładnie zmieści, nie trzeba będzie burzyć i budować ścian, ruszać wc ani zmniejszać sypialni. *^w^* Teraz nastąpi dłuższa przerwa w sprawach remontowych, bo my musimy załatwić trochę formalności a firma remontowa musi doprecyzować kosztorys pierwszej części prac, czyli kolejne wpisy remontowe zapewne pojawią się w lipcu.

Acha, najważniejsza wiadomość - można burzyć ścianę i zakładać klimatyzację!!! *^0^* Dostałam wytyczne ze spółdzielni i mam ochotę zrobić kilka zdjęć na osiedlu i zapytać, czy mieszkańcy tych mieszkać mają właściwie założone klimatyzatory PONIŻEJ linii barierki balkonu jak stoi w wytycznych... Bo raczej nie mają, pewnie nawet wcale nie pytali, czy wolno... WSZYSTKIE klimatyzatory wiszą wysoko obok drzwi balkonowych, niemalże na linii sufitu danego mieszkania. No, ale cóż...

 

Dodatkowo, taka moja refleksja a propos tego piątku - w ogóle w tym roku nie noszę sukienek i pantofli... Przed erą rowerów naszą aktywnością fizyczną poza domem były długie spacery, a na spacer iść w sukience można jak najbardziej! A od kiedy wszędzie jeździmy na rowerach - na wycieczki i na zakupy, nawet nie sięgam do szafy z sukienkami bo wiadomo, że muszę założyć coś wygodnego (legginsy lub spodenki) ze sportowych tkanin, bo z Robertem jeździ się żwawo i szybko będę spocona na wylot. Tak więc, wypatruję tych dni "sukienkowych" jak kania dżdżu, i w tym tygodniu takie dni przydarzyły się aż dwa! Środa, czyli wyprawa samochodem na moją szczepionkę do Sochaczewa, oraz piątek - czyli wizyta w siedzibie Gotowego Mieszkania i zaraz potem wyprawa samochodem na szczepienie Roberta do Milanówka. (nie pytajcie, dlaczego trafiły nam się szczepienia poza Warszawą, tak wyszło, a i tak się cieszę, bo prawie jechałam do Radomia...) 

Po szczepieniu pojechaliśmy na obiad do Osterii Piemonte w Ursusie. Byliśmy w restauracji pierwszy raz od października i czuliśmy się dziwnie... *^0^* 

 



 

Zupy średnie... (ta zielonkawa to miał być krem ze szparagów), ale lasagna i agnolotti pyszne!!!

 


A potem były zakupy i deser w Bottega del Gusto, po sąsiedzku. ^^*~~ (przy okazji, jakby Wasi panowie szukali kaszkietów, to polecamy polską firmę z tradycjami Sterkowski, Robert nosi ich kaszkiety od lat, a teraz kupił nowy lniany model na lato!)

 


No i taki to był tydzień. Pogoda się poprawia, zaczęliśmy regularnie włączać wiatrak bo skradają się upały. Regularnie jadamy już szparagi i truskawki, i teraz czekam na polskie słodziutkie czereśnie. *^v^* Przypominam pomysł na pyszny wegański obiad - makaron ze szparagami, grzybami i kremowym sosem z tofu, przepis od Vegan Richa.

 


Poza tym jadamy dużo japońszczyzny, na przykład taki lunch - na ryżu ugotowanym z grzybami mun jest tuńczyk z puszki z majonezem, a kukurydzę najpierw ugotowałam, a potem zgrillowałam, smarując masłem i sosem sojowym. Szparagi lądują nawet w zupie miso, a w sobotę zawinęłam je w plastry włoskiej szynki i zalałam galaretą! *^o^*

 


Nawet na śniadanie w Konstancinie najfajniej jest zabrać domowe onigiri! ^^*~~ (No, tęsknię za tą Japonią jak szalona, nic na to nie mogę poradzić... Oglądam ją, zjadam, nawet mi się śni. Wiem, kiedyś znowu tam pojedziemy. Niech już będzie kiedyś!!!)

 



Na koniec informacja z podwodnego świata - japońscy naukowcy odkryli nowy gatunek meduzy - ma 1 cm średnicy, cztery macki, jest prawie przezroczysta i nazwali ją Wataboshi (綿帽子), od nazwy kobiecego ślubnego nakrycia głowy, które rzeczywiście przypomina! ^^*~~

 

 

A na sam koniec - nie uwierzycie, ale... w zeszłym tygodniu padła nam grzałka od suszarki w pralko-suszarce kupionej w styczniu i czekamy na kontakt z serwisem.... Tu przynajmniej urządzenie jest inteligentnie zaprojektowane i pokazało kod usterki, więc nie trzeba będzie szukać, co się zepsuło. Zaczynam się bać kupowania sprzętów agd!!!

Monday, June 07, 2021

Projekt:remont II i no to czerwiec!

Szparagi wciąż w natarciu, poniżej śniadanie - grzanka, na niej grillowane szparagi, jajka sadzone, boczek, wszystko posypane serem sirene i koperkiem. ^^*~~


 

Na stole pojawił się też pierwszy chłodnik - na bulionie z kurczaka (bo Robert lubi w chłodniku mięsko, zazwyczaj gotuję na cielęcinie, ale w Auchan nie było żadnych zupowych kawałków cielęciny, same sznycle i kotlety), botwinka, rzodkiewki, koperek, maślanka i jajka na twardo. Będą też inne chłodniki - ogórkowy bułgarski tarator z orzechami włoskimi, będzie koreański oinaengguk, japońska hiyajiru. Jeden z symboli nadchodzącego lata. *^o^*

Jak robicie chłodniki? Podzielcie się pomysłami. ^^*~~


 

A jak mam gorszy dzień, to rzucam się w wir gotowania rzeczy bardziej skomplikowanych żeby zająć głowę i ręce, na przykład robię domowy makaron, a do niego sos z pieczonych pomidorków koktajlowych (zblanszować przed pieczeniem i pozbawić skórki!) z klopsikami i peccorino. Przepis na sos z książki "Jamie cooks Italy", już go kiedyś robiłam i teraz sobie o nim przypomniałam. ^^*~~

 



***

Myślałam ostatnio o mieszkaniu po moich rodzicach - patrzę na zdjęcie kuchni i wcale nie czuję, że to był kiedyś mój dom! A dlaczego? Bo takiego wystroju kuchnia nabrała jakieś 15 lat temu, kiedy ja już dawno tam nie mieszkałam. "Moja" kuchnia była cała wyłożona jasną boazerią, szafki były w kolorze miodowego drewna, na podłodze leżało linoleum w mazaje. Kto miał boazerię w kuchni? *^v^* Albo i w przedpokoju?

 

 

Kuchnia jak widać jest dość długa ale trochę nieustawna, bo ta pierwsza ściana po lewej przed kuchenką to jest szeroki komin wentylacyjny i słup konstrukcyjny (spokojnie mogłyby być na korytarzu, klatki schodowe w tym bloku są bardzo duże!) a tuż za zlewozmywakiem jest zbiór rur od wody i ogrzewania, które zostały zasłonięte ekranem, a które spróbujemy nieco skompresować (pozbywamy się z kuchni kaloryfera). Zamierzamy wprowadzić trochę zmian w ustawieniu wszystkiego, na przykład ściana po prawej stronie (którą kuchnia dzieli z pokojem dziennym) wylatuje! W jej miejscu stanie wyspa kuchenna i z tamtej strony będzie też wejście do kuchni, ponieważ... tu gdzie stałam robiąc zdjęcie będzie ścianka, za nią słupek z piekarnikiem i obok lodówka. *^v^* Przynajmniej takie są plany, czekam na pismo ze spółdzielni, czy możemy wyburzać ścianę!

Firma remontowa z jaką postanowiliśmy nawiązać współpracę to Gotowe Mieszkanie. Do tej pory było tak: znajomy nam ją polecił, bo wykańczała jego mieszkanie, napisaliśmy maila z prośbą o kontakt z ich strony, przez półtora tygodnia była cisza. Robert zadzwonił, pani bardzo przeprosiła za opóźnienie, tego samego dnia oddzwonił "pan pierwszego kontaktu", z którym spotkaliśmy się tydzień później w mieszkaniu. Jak już pisałam wcześniej pan był bardzo profesjonalny - obmierzył wstępnie wszystkie pomieszczenia, omówiliśmy każdy pokój - wysłuchał, doradzał, zapisywał wszystko, spędziliśmy w mieszkaniu ponad dwie godziny. Tydzień później przesłał mailem bardzo szczegółowy kosztorys z podziałem na wszystkie prace i pomieszczenia. W środę 2 czerwca oddzwoniliśmy z informacją, że chcemy ruszać z remontem został nam obiecany kontakt z architektem i tego samego dnia zadzwoniła do nas pani architekt, z którą umówiliśmy się na 11 czerwca na spotkanie w siedzibie firmy i omawianie projektu (można było wcześniej, ale nam nie pasowało). Piszę daty, żeby pokazać, że po wstępnym braku kontaktu wszystko zaczęło się dziać dość szybko, co mi się bardzo podoba.

Co do wystroju, mieszkanie będzie minimalistyczne, jasne, głównymi kolorami ścian, podłóg i mebli będzie biel i szarości. Z przyjemnością powitałabym jakąś ciemną/czarną ścianę albo nawet część mieszkania z surowego szarego betonu, ale do tego potrzebna jest wysokość czyli porządna przestrzeń, a tutaj od podłogi do sufitu mamy tylko 245 cm. Na pewno nie zobaczycie u nas beżów i pasteli, zwariowałabym w beżowym mieszkaniu!!! *^w^* Ale może jakieś drewno w ciepłym odcieniu? Zobaczymy. Tym razem kuchnia nie będzie czerwona bo... IKEA przestała produkować czerwony drzwi do szafek!!! Ale czuję, że chętnie odpocznę od tej czerwieni i sprawdzę, jak to jest otworzyć przestrzeń jasnymi szafkami. Łazienka znowu będzie miała japońskie rozwiązanie kąpielowe, chociaż chyba nie dokładnie takie jak teraz mamy. W sypialni planujemy tylko łóżko, szafę i dwie komody, za to pracownia będzie obstawiona regałami i półkami na książki, zmieszczą się tam też dwa biurka. 

Zostawiam Was na razie z zeszłotygodniowymi pizzami, zaczęliśmy je jadać regularnie, bo kto nie lubi pizzy?!... *^O^* Ciasto fermentowane i wyrastane w sumie około 24 godzin, wychodzi przepyszne.
 



Monday, May 31, 2021

Zimny maj!

Maj dobiegł końca i dobrze, bo nie będę go szczególnie miło wspominać. 

 


 

Po pierwsze, zeszłoroczny majowy wyjazd do Japonii przełożyliśmy na maj 2021, i niestety znowu nic z tego nie wyszło... Pandemia się ciągnie jak flaki z olejem, granice (które nas interesują) wciąż pozamykane dla turystów, a co najgorsze - sama Japonia, stawiana w zeszłym roku za przykład kraju, który tak świetnie radzi sobie z koronawirusem, bo ma mało zachorowań, i w ogóle, okazuje się kompletnie nieogarnięta jeśli chodzi o zaszczepienie Japończyków (brak sprawnie działającej infrastruktury) czy organizację służby zdrowia. Do tego zbliżają się przełożone o rok Igrzyska Olimpijskie, wobec których narasta coraz większy sprzeciw społeczny (nawet do 80% pytanych jest na "nie") - czemu się specjalnie nie dziwię, skoro obecnie zaszczepionych jest ok. 5% Japończyków i to z grupy 65+, a co z kolejnymi rocznikami nie wiadomo. Podczas, gdy wycofują się wolontariusze i brak jest wystarczającej ilości personelu medycznego do zabezpieczenia potrzeb okołoolimpijskich, władze miotają się, żeby ogarnąć wszystko i jednak zorganizować te Igrzyska, bo w grę wchodzą olbrzymie pieniądze, a wypowiedzi padające z ust władz MKO-lu w rodzaju "Igrzyska się na pewno odbędą! Wszyscy musimy coś poświęcić dla zorganizowania igrzysk w tym roku za wszelką cenę!" wywołują tylko kolejne fale protestów ze strony obywateli Japonii, którzy pytają pana Bacha co na przykład on osobiście zamierza poświęcić, bo w ich przypadku może to być zdrowie albo życie, kiedy do nie zaszczepionej Japonii bez wystarczającego zaplecza szpitalnego przyjedzie 15 000 sportowców i 90 000 ludzi z ekip/sędziów/itd z najróżniejszych krajów... Inna sprawa, że myślę sobie, że te Igrzyska będą niesamowicie smutne, to zawsze był festiwal sportu ale też kultury danego kraju, a już wiadomo, że Japonia nie wpuści do kraju widzów zagranicznych, w czerwcu zdecydują, czy pozwolić miejscowym widzom wejść na trybuny stadionów, a sportowcy dostali już wytyczne, że będą się poruszać wyłącznie między Wioską Olimpijską a obiektami sportowymi bez możliwości wyjścia na miasto, zwiedzenia czegokolwiek, i bez kontaktów z innymi ekipami. No i tak...

Poza tym, to był wyjątkowo zimny maj! Zwiedziona którymś cieplejszym dniem zmieniłam nam kołdrę na letnią i to był błąd, bo kaloryfery już nie grzeją a ja w nocy marznę, dorzucając na cieniutką kołderkę grubości prześcieradła narzutę (i jak tak dalej pójdzie, to rozważę jeszcze wełniany koc!...) Rowerowo maj nie był tak bogaty jak kwiecień, jeździłam w zasadzie tylko wtedy, kiedy musiałam coś załatwiać na mieście czy zrobić zakupy, mało robiliśmy wycieczek krajobrazowych. Pierwszy tydzień był zimny, mokry i wietrzny, a ponieważ 6 i 9 maja mieliśmy pierwsze dawki szczepionki, to nie chcieliśmy się pozaziębiać przed szczepieniem i odpuściliśmy rower. Potem do końca miesiąca "chodziły" po nas mniejsze i większe katary, i tylko Robert cisnął, żeby znowu zrobić 400 km, ja nie byłam taka twarda. W ogóle, kwiecień i maj pokazały nam jedną rzecz - jeżdżenie na rowerze jest super, można pojechać na wycieczki w piękne miejsca i załatwić dużo spraw bez korzystania z komunikacji miejskiej/samochodu, ale 400 km/miesiąc to nasza górna granica do przejechania. Rower jest fajny, ale jeżdżenie zabiera dużo czasu, a my nie jesteśmy rowerowymi fanatykami, nie budzimy się z nadzieją na jeżdżenie na rowerze i nie kładziemy spać planując kolejne trasy. Mamy też inne zainteresowania, na które chcemy poświęcać czas, a przecież pojechanie na wycieczkę rowerową to nie tylko czas na siodełku - to przygotowania sprzętu i wybór trasy, ubranie się i wyposażenie, a po jeździe - zadbanie o rower (czyszczenie, oliwienie łańcucha, itp), pranie, prysznic. 

Projekt remont zaczyna wchodzić w fazę realizacji - dostaliśmy już wstępną wycenę podstawowych prac remontowych, teraz musimy spotkać się z naszą firmą, ustalić konkrety (chcemy dokonać kilku zmian w kosztorysie) i podpisać umowę. I oczywiście przekazać klucze, żeby prace się rozpoczęły! To jeszcze nie jest ten fajny etap wybierania czegokolwiek (oprócz okien, które też wymieniamy), na razie będzie burzenie ścian, zrywanie starych podłóg, skuwanie kafelków, usuwanie kuchni i łazienki. 

Z innych wiadomości - piekarnik Amica na razie nadal działa. Nie wiem, czy się cieszyć, bo po dłuższym użytkowaniu wiem, że dokonałam złego wyboru - po prostu ten piekarnik nie jest wygodny w obsłudze! Ma dwa pokrętła - jednym wybiera się rodzaj grzania - drugim ustawia temperaturę albo czas pracy. Żeby ustawić temperaturę, trzeba dość długo przyciskać przycisk z symbolem termometru, żeby na wyświetlaczu wartość temperatury zaczęła migać i wtedy pokrętłem możemy ją zwiększyć/zmniejszyć. Tak samo z czasem - mocno i dość długo naciskamy przycisk z symbolem zegara aż wartość zacznie migać, wtedy pokrętłem ustawiamy czas. I kiedy piszę "długo naciskamy" to nie jest to moje marudzenie, tylko jest to naprawdę zauważalnie długo, nie pyk! i już, tylko trzeba docisnąć i poczekać z 5 sekund, a jeszcze są chwile, kiedy najwyraźniej nie trafiam idealnie w pole przycisku i nic się nie dzieje, muszę naciskać ponownie... (mam porównanie z pralko-suszarką marki Haier z podobnym dotykowym wyświetlaczem, tam jest tylko muśnięcie i pralka włączona, funkcja wybrana, tutaj trzeba mieć ciężką rękę!...) Gdy ustawimy rozgrzanie piekarnika do danej temperatury, na wyświetlaczu pojawi się kropka oznaczająca, że piecyk się nagrzewa. Gdy dojdzie do zadanej temperatury, kropka gaśnie. Czego się tu czepiam? A tego, że nie daje żadnego sygnału dźwiękowego!!! Włączam piekarnik, krzątam się po kuchni, coś gotuję albo dokańczam danie do wstawienia do piecyka i co chwilę muszę patrzeć czy piekarnik już mi się rozgrzał!... Ostatnio Robert poczuł się nieswojo, bo usiadłam obok niego na kanapie i co chwilę zerkałam mu przez ramię do kuchni, a ja po prostu pilnowałam, czy piecyk już się nagrzał i czy mogę wstawiać precle!...

 

Pizza pieczona w 280 stopniach. To znaczy, do takiej temperatury rozgrzał się piekarnik, a kiedy otworzyłam drzwi, żeby błyskawicznie wsunąć pizzę do środka, schłodził się do 254 C i zajęło mu dobre kilka minut, żeby znowu dociągnąć do tych 280 stopni.....


No i kwestia wyświetlacza - potrafi on wyświetlić tylko jedną rzecz na raz - albo aktualną godzinę albo temperaturę w piekarniku. Jeśli chcemy sprawdzić, ile zostało czasu do końca pieczenia, trzeba nacisnąć przycisk z zegarem - wtedy na chwilę pokaże się czas pieczenia jaki pozostał, ALE zaraz z powrotem zmienia się na temperaturę albo aktualną godzinę, co tam mieliśmy akurat wybrane. I to jest dla mnie niewygodne, wolałabym widzieć kilka parametrów na raz, a nie co jakiś czas sprawdzać, ile mi zostało do końca pieczenia! Jest jeszcze jedna funkcja, którą jak ten głupek zachwyciłam się przed zakupem, ale poznałam jej wadę - piekarnik ma opcję "otwieranie drzwi łokciem" i to rzeczywiście działa, zamiast ciągnąć za rączkę stuka się lekko łokciem w uchwyt i drzwi same się otwierają na oścież. Nie musimy otwierać piekarnika dłonią a dopiero potem sięgać po blachę do wstawienia. Jednak... żeby taka funkcja działała, drzwi nie mają zawiasów, które można zblokować w dowolnym ustawieniu, bo przecież by się same nie otwierały! Więc nie ma mowy o pozostawieniu czegoś do wystygnięcia (np.: Pawłowej) w uchylonym piekarniku, bo nie da się tych drzwi trochę uchylić, można je tylko zamknąć albo całkowicie otworzyć.

Także tak to wygląda.... Oczywiście do nowego mieszkania mam już wybrany nowy piekarnik z zupełnie innej firmy!!! *^w^*

 

 ***

Mam dla Was nowy przepis na chleb słodowy od niezawodnej Vildy Surdegen. Chleb jest łatwy, w smaku treściwy, słodkawy, bardzo ciekawa alternatywa dla zwyczajnego razowca. 

 



Na 3 bochenki

Rano dokarm zakwas żeby mieć gotowe 300g aktywnego zakwasu.

300g słodu żytniego (użyłam jęczmiennego, bo taki miałam w domu)
120g płatków owsianych
60g mąki pszennej pełnoziarnistej 2000
160g mąki żytniej pełnoziarnistej
600g mąki pszennej chlebowej 750
1tbsp soli

- wymieszaj suche składniki w dużej misce.

1000g wody w temp. pokojowej
450g melasy (użyłam tej z morwy)
300g zakwasu
- w drugiej misce wymieszaj wodę z melasą i zakwasem.


Dodaj mieszankę płynną do suchych składników, wymieszaj porządnie szpatułką. Wyłóż trzy podłużne foremki papierem do pieczenia.

Wlej ciasto do foremek, ok. 1kg do każdej, przykryj i odstaw do wyrastania/dojrzewania w ciepłe miejsce (27°C na 8 godz. lub 24°C 12 godz.) 

Piecz 15 min w 200°C, zmniejsz temperaturę do 175°C i dopiekaj chleb jeszcze przez ok. 1 godz. 15 minut.


3 Ł melasy/miodu
3 Ł wody

Wymieszaj melasę z wodą, posmaruj wyjęte z piekarnika bochenki. Przykryj i pozwól im stygnąć 2 godziny w formach, następnie wyjmij chleb na kratkę i wystudź do końca. 

 


 

***

W czerwcu czeka nas początek prac remontowych, na ten miesiąc przypada też nasza rocznica ślubu i z tej okazji postanowiliśmy wyjechać na weekend do miejsca, które jest superturystyczne a ja jeszcze nigdy tam nie byłam! *^o^* Ale to w drugiej połowie miesiąca, a najpierw druga dawka szczepionek, pogoda mam nadzieję się poprawi i będzie więcej rowerowania dla przyjemności i pikników z przyjaciółmi! (jeden już był w maju) *^v^* Oraz czekam na truskawki! Bo szparagi już są! *^V^*


Thursday, May 20, 2021

Projekt:remont I, i fińskie chlebki


 

Nowy duży projekt powoli rusza! *^v^*

 

 

To co widzicie powyżej, to widok z naszego nowego pokoju dziennego. Podjęliśmy decyzję o przeprowadzce do mieszkania po moich rodzicach. ^^*~~

 


 

Mieszkanie do tej pory było wynajęte, ale lokator się wyprowadził i stanęliśmy przed wyborem, co dalej zrobić. Na pewno nie planowaliśmy sprzedaży. Żeby dalej je wynajmować, należało zrobić przynajmniej niewielki remont, ale teraz podobno jest słaby rynek na wynajem. I zaczęliśmy się zastanawiać... To mieszkanie jest trochę większe niż nasze, mielibyśmy osobną sypialnię i pracownię, dużą kuchnię z pokojem dziennym w którym zmieści się stół z krzesłami, jest dużo szaf i pawlacz. Okolica jest super - świetnie skomunikowana, sklepy i duży bazar, dużo zieleni. Nie przeniesiemy się daleko bo nie chcemy opuszczać naszego ukochanego Ursynowa, pozostaniemy na jego progu, że tak powiem. *^v^* Z parteru wzniesiemy się na ósme piętro, co dla Roberta jest nowością a dla mnie powrotem do miejsca, w którym spędziłam pierwsze 26 lat swojego życia. Gdyby nam się nie spodobało, to zawsze będziemy mogli odświeżyć nasze ursynowskie mieszkanko i tu powrócić, a tamto wynająć w nowoczesnym standardzie.


Powyżej widok z sypialni, kto widzi Pałac Kultury? ^^*~~

 

Oczywiście najpierw nastąpi etap gruntownego remontu, we wtorek spotkaliśmy się z panem z firmy remontowej (poleconej nam przez naszego lokatora któremu ta firma wykańczała jego własne kupione mieszkanie), obgadaliśmy wstępne szczegóły i czekamy na kosztorys. Najfajniejszy będzie etap wybierania poszczególnych elementów - kafelków, zabudowy kuchni, łazienki, mebli!... Ale do tego momentu jeszcze daleko, na razie będzie kucie, rycie, burzenie ścian, wymiana okien i drzwi, być może ogrzewanie podłogowe, klimatyzacja, i zobaczymy co jeszcze!... Kciuki mile widziane. *^-^*~~~

Dlaczego nie zrobiliśmy tego kroku w 2018 roku zaraz po śmierci mojej mamy? W sumie nie wiem, nie było konkretnego powodu... Mam z tym mieszkaniem i osiedlem bardzo dobre wspomnienia, spędziłam tam szczęśliwie dzieciństwo, jest świetnie skomunikowane (metro, autobusy, tramwaje), ma dużo sklepów wszelakich i dwa duże bazary, jest bardzo zielono między szeroko rozstawionymi blokami (sąsiedzi nie zaglądają sobie do okien! zalety budownictwa z lat 70-tych *^v^*), osiedle graniczy z wielkim częściowo dzikim parkiem.

Najpierw po prostu musiałam odpocząć i przewietrzyć głowę, w październiku 2018 wyjechaliśmy do Japonii na miesiąc zebrać siły na sprzątanie mieszkania które potem zabrało nam kilka miesięcy - człowiek nie zdaje sobie sprawy, jakim przez lata staje się chomikiem, ile rzeczy potrzebnych i niepotrzebnych gromadzi! I dodatkowo, sprzątanie rzeczy po zmarłej bliskiej osobie to ciężka praca psychiczna. A kiedy już uporaliśmy się z usunięciem rzeczy po mamie, w marcu 2019 roku znalazł się lokator chętny do wynajęcia mieszkania od zaraz, w takim stanie w jakim było (po odmalowaniu ścian). Szkoda było nie skorzystać z tej okazji. I gdyby nadal tam mieszkał, to pewnie wszystko pozostałoby tak jak jest, ale wyprowadził się do własnego mieszkania, a my musieliśmy podjąć decyzję co zrobić.

 

 

Jak tylko prace ruszą, to postaram się dzielić z Wami kolejnymi etapami i naszym przemyśleniami na temat firmy remontowej, z którą podejmujemy współpracę, być może komuś to się przyda w przyszłości!

 

*** 


Z innych wieści - piekarnik wciąż działa, chociaż mam zastrzeżenia do jego działania - ustawiam temperaturę, on się rozgrzewa a potem stygnie... Potrafi po 10 minutach pieczenia zejść z 250 stopni do 230 i widać, że stara się nagrzać z powrotem do 250, ale mu nie bardzo idzie... Chyba czeka nas kolejna rozmowa z serwisem!

Przeczytałam ostatnio fajną książkę o Finlandii i postanowiłam wypróbować przepis (znaleziony w Sieci) na szybkie żytnie chlebki fińskie.

 


 

- wymieszać 900 ml ciepłej wody i 12 g suchych drożdży

- dodać 1 kg mąki żytniej chlebowej i 2 ł soli

Zagnieść gładkie ciasto - będzie się mocno lepiło do wszystkiego, nie trzeba go długo wyrabiać, wystarczy zagnieść w kulę, można podsypać mąką. Przykryć folią i zostawić w misce w ciepłym miejscu do wyrastania na 90 minut.

Po tym czasie przenieść ciasto na obsypaną mąką blachę i rozwałkować na grubość ok. 2-3 cm - znowu będzie się kleić, podsypywałam mąką pszenną podczas wałkowania. Naciąć na "kromki" i zrobić widelcem dziurki. Wstawić do ciepłego miejsca na drugie wyrastanie na 50 minut. (u mnie to był piekarnik nagrzany do 40 stopni).

Piec ok. 25 minut w temp. 250 stopni C.

 


Smacznego! A do chleba można zjeść na przykład taką włoską sałatkę - rukola, pomidory, szynka parmeńska, buratta, orzechy nomen omen włoskie *^v^*, do tego garść ziół i dressing z oliwy z przyprawami! Gotował Robert. ^^*~~