Monday, March 06, 2023

DOJadanie, tydzień II

 


Wiosna idzie!!! *^V^* Przynajmniej taką miałam nadzieję na początku zeszłego tygodnia... Mam tak dosyć zimy w tym roku, tej szarówki, pluchy, beznadziei za oknem... Ale już chyba o tym było niedawno, prawda? W każdym razie, pojawiają się słoneczne dni i staram się je wykorzystać na spacery. Jeszcze okutana w zimową kurtkę i szal, ale wierzę, że lada dzień będę śmigać z gołymi łydkami w lnach i muślinach!... ^^*~~



 

Czekałam na tę książkę i się wreszcie doczekałam! Kupiłam ją w przedsprzedaży w wydawnictwie, oficjalna premiera dopiero 8 marca. "Ciepło" Niny Czarneckiej czytałam z dużym zainteresowaniem, to dla mnie pierwszy kontakt z ajurwedą, wiedza jest podana umiejętnie i z wyczuciem, zachęca do dalszego szukania i zdobywania informacji, a sama książka prowadzi nas przez zimny i ciemny czas jesieni i zimy, są pomocne zimoumilacze, są przepisy kulinarne. "Rześko" to przewodnik na wiosnę i lato, poza wstępem jeszcze niczego nie czytałam, zamierzam delektować się tą częścią powoli zapoznając się z kolejnymi rozdziałami odpowiadającymi nadchodzącym miesiącom. Na pewno mogę już powiedzieć, że zdjęcia są zmysłowe i apetyczne, nadają książce magiczną atmosferę, ich autorką jest Maia Sobczak z bloga Qmamkasze.

 


 

Przeczytałam niedawno książkę Ireny Wielochy, którą znam z Instagrama jako Kobietę Zawsze Młodą. Pani Irena na pewno może być dobrym przykładem dla wielu z nas, zmieniła swoje życie będąc po 50-tce, bo przestało jej się podobać, że ma sporą nadwagę, która przeszkadza jej chodzić po ukochanych górach i zagrożenie cukrzycą. Radykalnie zmieniła swoją dietę i zaczęła ćwiczyć pod opieką profesjonalistów, a potem zaistniała w mediach społecznościowych, co krok po kroku doprowadziło do całkiem nowych doświadczeń życiowych, m.in. w wieku 70 lat została modelką! Czy to ciekawa lektura? Podobała mi się część opisująca historię życia pani Ireny, jej młodość, życie rodzinne, pozwala nam to zrozumieć jaką jest osobą i dlaczego udało jej się dokonać tak radykalnych zmian. Początek książki trochę przynudza, szczególnie ciągłe przepisywane cytaty z własnych wpisów na Instagramie.

 

 

A teraz zanurzyłam się w świat skandynawskich kryminałów, połknęłam "Niegodziwość ojców" Asy Larsson i pod koniec książki znalazłam informację, że jest to szósta ostatnia część cyklu... Na pewno poszukam innych pozycji tej autorki!

 
 

***

DOJadanie w toku. W zeszłym tygodniu na stół wjeżdżały na przykład takie pomysły - śniadanie według formuły: 

ugotowane ziarna 

przyprawy/zioła suszone 

pomidory 

silken tofu doprawione solą kala namak

+

świeże zioła/kiełki

 

Na pierwszej pozycji mogą się pojawić: różne fasole, ciecierzyca, soczewica, bób, możemy je sami wcześniej ugotować albo wybrać te puszkowane. Doprawiamy gotową mieszanką przypraw, czosnkiem, curry, garam masalą, itd. Pomidory mogą być świeże lub z puszki, zamiast nich albo razem z nimi można dodać paprykę, szpinak.


 

Robert smażył rosti, grzyby i szpinak z czosnkiem i gałką muszkatołową.

 


 

W niedzielę usmażyłam naleśniki. Nie korzystałam z żadnego wegańskiego przepisu, za to użyłam zamiennika jajka Veggs, który nadaje się do wszystkich potraw, w których jajko spełnia funkcję lepika. Sprawdziło się świetnie! Firma Veggs jest polska, z siedzibą w Puławach i fabryką w Piasecznie pod Warszawą.




Poszliśmy też na tofucznicę do Paprotki, w zeszłym roku bardzo nam smakowała. W tym - jakoś tak mniej... Zdecydowanie tym razem ich izraelski bajgiel z hummusem i dodatkami był dużo smaczniejszy!

 


 

Przepyszny klasyk, po którego chyba w zeszłym roku nie sięgnęłam, aż dziwne!... Wegańska wersja kapuśniaku po żydowsku według przepisu Marty Dymek. Pierwszego dnia zjedliśmy go w formie zupy, natomiast kolejnego zupą już to nie było, bo kasza wchłonęła większość płynu, więc dorzuciłam kostkę pokruszonego w palcach tofu dla większej treści i dodatku białka, i powstała gęsta potrawka, równie pyszna!

 


 

Zrobiłam sałatkę ziemniaczaną, przepis jest prosty, mieszamy ziemniaki i cebulę z sosem, odstawiamy do lodówki, żeby się przegryzły. (Włożyłam ją w słoiki, bo tak  łatwiej ją pomieścić w lodówce a Robertowi wygodniej zabrać do biura.)

- 1 czerwona cebula, drobno pokrojona
- 6 ugotowanych dużych ziemniaków pokrojonych w dużą kostkę

Sos

- 2 Ł posiekanych kaparów, można dodać trochę zalewy do smaku
- 2 Ł musztardy francuskiej
- 6 Ł majonezu
- sól i pieprz do smaku
- 3 łyżki posiekanego szczypiorku 



I pastę bezjajeczną z przepisu ErVegana, nieco przeze mnie zmodyfikowanego.



Z ciekawych produktów sklepowych - kupiliśmy Majtasy! *^O^*~~

 

 

Oraz pierwszy raz jedliśmy wegańskie pyzy z nadzieniem od Prostych Historii, pyzy w porządku, nadzienie niesamowicie delikatne w smaku i giną w towarzystwie grubego treściwego ciasta, lepiej sprawdziłoby się w ravioli. Porządniej bym to doprawiła czosnkiem i gałką muszkatołową!



 

Zauważyłam też mój problem z wegańskimi kanapkami. Kiedy robię sobie kanapkę z wędliną albo serem, nawet jajkiem na twardo, to zawsze jest na chlebie element w miarę twardy, w który można zatopić zęby z pewnym oporem materii, jeśli wiecie co mam na myśli. Z kanapkami wegańskimi to tak nie wygląda, bo przeważnie na pieczywie lądują różne pasty, a nawet jeśli jest to wegańska mortadela, to ma ona konsystencję bardzo miękką. Owszem, pastom towarzyszy pomidor, ogórek, papryka, to są elementy twarde, chrupiące, ale zawsze towarzyszy im miękka paćka. Nie podoba mi się to. Zamiast płaskich kanapek wolę chyba wegańskie wrapy, w których pasta jest rozsmarowana na tortilli i na niej są różne twarde warzywa, a wszystko to jest i tak wymieszane bo zwinięte w rulon. Ot, taka moja kanapkowa rozkmnina. >0<


***

 

Na 4 marca zostaliśmy zaproszeni na ślub i wesele, odbywało się w hotelu Belotto w Warszawie. No i jak zobaczyliśmy termin, to od razu zapaliła się nam lampka - "Acha! Ciekawe, czy nasza dieta wegańska zostanie wzięta pod uwagę?..." Pan młody zapewnił nas, że kuchnia o nas zadba i nie mogłam się doczekać, żeby się o tym przekonać! *^V^*

 


 

Było nieźle, ale... Kilka dań było serwowanych do stołu, reszta stała w postaci szwedzkiego stołu. Na przystawkę dostaliśmy konstrukcję z duszonego bakłażana, cukinii, cebuli na poślizgu z zielonego sosu, z pomidorkami i pięknym przybraniem. Wygląd 10/10, smak, hm... bardzo delikatny, trochę niezauważalny.




Potem była zupa-krem z białych warzyw, wspólna dla wszystkich gości.



Na koniec podano danie główne - i trudno nam było nie odnieść wrażenia, że to są te same duszone bakłażany, cukinie i cebula pokrojone trochę inaczej, z dodatkiem papryki, selera naciowego i ciecierzycy, smak ten sam co przystawki czyli zestaw przypraw był identyczny. Tu się hotel Belotto nie popisał, naprawdę można było wymyślić coś ciekawszego. Pozostali goście dostali pieczone udo kaczki z pure ziemniaczanym i buraczkami duszonymi.

 


Na szwedzkim stole było kilka wegańskich opcji do wyboru, ze dwie sałatki, smażone gnocchi z cebulką, ryż z warzywami (wiem, te dwa dania pewnie były pomyślane jako skrobiowy dodatek do dań mięsnych stojących w sąsiednich bumarach, ale to nie przeszkadzało nam się nimi poczęstować. *^v^*) Na deser jedliśmy owoce, był duży wybór pokrojonych owoców na tacach. Nie było roślinnego mleka do kawy bo mleko było elementem wielkiego ekspresu do kawy i trudno, żeby były tam różne opcje. W sumie można było zapytać obsługę, czy mają na kuchni mleko roślinne i gdyby było to dolać je sobie do czarnej kawy, ale nie piliśmy kawy. Tort niestety nie był wegański, ale nie wymagajmy za wiele, i tak byliśmy chyba jedynymi gośćmi z odmiennymi wymaganiami żywieniowymi. 

Poniższe zdjęcie zrobiłam 28 lutego, kiedy na moment pojawiło się w Warszawie słońce. Dziś znowu jest zimno i wszystko przykrywa śnieg... Cóż, wygląda na to, że na wiosnę musimy jeszcze poczekać. Do wyjazdu do Japonii 57 dni! *^0^*~~~


(kliknij żeby powiększyć)

Monday, February 27, 2023

DOJadanie, początek

 

 

22 lutego zaczęliśmy tegoroczne DOJadanie. To już czwarta wersja wegańska i jak co roku zaczęliśmy od badań profilaktycznych, a po nich poszliśmy na śniadanie do BRU bar kawowy. I na początek od razu rozczarowanie... W BRU jedliśmy kiedyś najlepszą wegańską tofucznicę, ale niestety nie ma jej już w ofercie! Zamówiliśmy Croque Monsieur  - nie jestem do końca przekonana do wegańskich serów, wędlina stopiła się pod wpływem wysokiej temperatury grilla (ser nie...), a musztarda w kanapce była koszmarnie ostra!!!




Dla równowagi na drugie śniadanie kupiłam nam wegańskie pączki z porzeczkową konfiturą w piekarni Putka, są pyszne! Mają też w ofercie bułeczki z budyniem, już nie aż tak fajne.

A na obiad zrobiłam znane i sprawdzone kotlety z fasoli (z przepisu Olgi Smile). Ta masa jest super, można z niej zrobić "mielone" i zjeść z ziemniakami i surówką, albo dorobić gęsty sos grzybowy czy sos "pieczeniowy" i podać je z makaronem albo kaszą. Można ulepić kuliste klopsiki, zatopić je w sosie pomidorowym i podać ze spaghetti. Wreszcie można takiego kotleta wsadzić do kanapki, z dodatkiem sałaty, ogórka, pomidora, papryki, jakiegoś pysznego sosu musztardowego. Te wszystkie wersje pewnie się na naszym stole pojawią, bo z tej ilości składników wychodzi 14-16 sporych kotletów!

 


 

Wrzucę tutaj przepis, gdyby zniknął ze strony Olgi.

  • 500 g fasoli białej
  • 1,5 szklanki suchego ryżu długoziarnistego białego lub naturalnego
  • 3 cebule
  • pęczek koperku
  • 1 czubata łyżka czarnej soli kala namak (lub więcej, do smaku)
  • sól i pieprz do smaku
  • 80 ml bułki tartej + bułka do obtaczania
  • olej do smażenia
  1. Fasolę namoczyć przez noc, rano ugotować do miękkości. Zmielić na gładko.
  2. Cebule pokroić w kostkę, usmażyć na złoto.
  3. Ryż wsypać do 4 szklanek gotującej się wody. Gotować 15 minut na małym ogniu. Zostawić na kolejne 15 minut pod przykryciem.
  4. W dużej misce wymieszać ryż, usmażoną cebulę, zmieloną fasolę, posiekany koperek i sól do smaku. Dosypać bułkę tartą, wymieszać ponownie i odstawić na 15 minut.
  5. Formować kotlety, obtoczyć w bułce tartej i smażyć na złoto.
  6. Przed usmażeniem można kotlety zamrozić.



Wymyśliłam też inne kotlety roślinne - z kaszy gryczanej i fasoli adzuki, bo chciałam zużyć kiepskiej jakości kaszę gryczaną, która gotowała się nierówno.  

 


 

Kotlety z kaszy gryczanej i fasoli adzuki

- 1 szkl. suchej kaszy gryczanej palonej

- 1 szkl. suchej fasoli adzuki lub czerwonej 

- 1 cebula

- 1 marchewka, starta na drobnych oczkach tarki

- 0,5 szkl. nasion słonecznika

- 0,5 szkl. nasion dyni 

- 2 Ł mielonych ziaren siemienia lnianego

- 1 Ł sosu sojowego

- garść posiekanej natki pietruszki 

- ł tymianku, oregano

- sól i pieprz do smaku


Kaszę gryczaną ugotować do miękkości.

Fasolę namoczyć na noc, następnego dnia wodę odlać, gotować do miękkości ze szczyptą soli ok. 60 minut. Przestudzić, częściowo porozgniatać.

Cebulę posiekać drobno, przesmażyć na złoto.

Ugotowane kaszę i fasolę oraz przesmażoną cebulę i startą marchewkę wymieszać z mąką, płatkami drożdżowymi, nasionami, siemieniem, sosem sojowym, pietruszką i przyprawami, wyrobić porządnie żeby składniki się połączyły. Formować kotlety, schłodzić w lodówce 30 minut, smażyć na oleju z obydwu stron.

 

Do kanapek nie mogło zabraknąć mojej ulubionej pasty bezrybnej autorstwa MolomoVegan! Robert jest pełen podziwu, jak ta pasta świetnie smakuje i mówi na nią "rybna". *^0^*

 


 

Śniadania to była np.: owsianka z jabłkiem i konfiturą z jagód, ugotowana na mleku grochowym Sproud - bardzo polecamy to mleko, odkryliśmy je w zeszłym roku i od tamtej pory regularnie kupujemy zapas (w Sieci), jest świetne do kawy.


 

Albo japońskie klasyki. Tamagoyaki jeszcze w fazie testów, trzeba dopracować formułę.



Robert smażył silken tofu z grzybami.

 


 

Albo robił makaron, który zjedliśmy z sosem kurkowym.




Zamówiliśmy też kilka słoików od Wege Michy (odbieramy w soboty na bazarze na Ursynowie), m.in. ich genialną pastę bezjajeczną i sałatkę ziemniaczaną. 



 

No i tak sobie powoli wchodzimy w okres wegański. Na razie doceniamy skrócenie czasu zakupów o połowę (no bo część alejek w sklepach w ogóle nas nie interesuje), pewnie za niedługo zaczną się jajkowo-serowe tęsknoty. ^^*~~


***

 


 

Z innych wieści - w przyszłym tygodniu mamy okazję, która pozwoli mi ubrać się ładniej niż codzienna porcja dresów... >0<"~~ Dlatego przeglądam szafę, przymierzam, grzebię w wykrojach i zapasach materiałów, i w ogóle się sobie nie podobam w niczym!... Najchętniej ubrałabym się w moją ulubioną szarą dresową sukienkę, która ma krój prostopadłościanu. Ale jeszcze walczę ze sobą, żeby jednak wybrać coś innego. Relację zdam następnym razem.



Monday, February 20, 2023

Zdziczałam

Zdziczałam. Siedzę w domu i nie chce mi się nigdzie wychodzić.

Nie, no raz w miesiącu spotykam się z przyjaciółkami, czasami idziemy na wódkę i tatara, czasami poruszać się na parkiecie a czasami zasiadamy u którejś z nas, wypijamy butelkę wina i plotkujemy na lewą stronę!... 

 


 

Ale żebym była zbyt chętna, żeby wyjść do ludzi to już nie bardzo. Dlatego żeby się rozruszać międzyludzko w zeszłym tygodniu poszłam na Krąg Kobiet organizowany w Warszawie. Prowadzącą znam z jej bloga, książki "Ciepło" i Instagrama, pozostałe 9 kobiet do były dla mnie obce osoby. Jak się okazało na miejscu, one dla siebie też były zupełnie obce (z wyjątkiem dwóch koleżanek). Było jak w życiu - my w różnym wieku, wysokie i niskie, chude i grube, rozgadane i cichutkie. I nie wiadomo kiedy minęły dwie godziny spotkania, i wszystkie zgłosiłyśmy chęć do przedłużenia go o kolejne pół godziny, a mam wrażenie, że gdybyśmy miały tam spędzić razem kilka godzin to też nie byłoby wystarczająco.

 


 

Cudowne miejsce w śródmiejskiej kamienicy na poddaszu, rozgrzewająca herbata, prowadzona medytacja na początek, potem karty z pytaniami. Można było siedzieć albo leżeć, można było mówić albo milczeć, wszystko na luzie. Nie wyszłam stamtąd z telefonami do nowych koleżanek ale też nie o to chodziło. Wyszłam trochę ugruntowana, ze świadomością innej perspektywy z jaką te kobiety patrzyły na różne tematy pojawiające się w rozmowach, bardzo ciekawe doświadczenie które nie jest mi dane zbyt często, bo obracam się w niewielkim gronie tych samych ludzi. Jaki z tego morał? Czasami warto wyjść z domu do ludzi i do świata! 

Bo ten świat sam do nas nie przyjdzie, nie wyciągnie nas z domu, nie przyprowadzi nowych znajomych, nie poda na tacy nowych doświadczeń. Następnego dnia po Kręgu Kobiet pojechałam do sklepu z instrumentami muzycznymi po guiro - tykwę wypełnioną kamykami. Spodobał mi się jej dźwięk, który poznałam kiedy Nina pokazała ją u siebie na Instagramie, zapytałam skąd wzięła to cudo, dostałam adres sklepu. Zanim dotarłam do tego miejsca przeszłam się kawałek po Mokotowie, kupiłam chleb i pączki w lokalnej piekarni, znalazłam sklep z antykami do którego obiecałam sobie wrócić, kiedy już będziemy na etapie meblowania nowego mieszkania, zajrzałam do sklepu z tkaninami, odetchnęłam powietrzem innej części miasta, niż ta w której mieszkam. Zanim wyruszyłam z domu byłam o krok od zrezygnowania "bo w sumie to mi się nie chce wychodzić...", "bo zimno...", "bo po co mi ten instrument, na pewno go nie kupię...". Rzeczywiście, nie kupiłam guiro, na żywo jego dźwięk wcale mi się już tak bardzo nie podobał, za to kupiłam małą grzechotkę. Na chwilę wyszłam z własnej skorupy, doświadczyłam czegoś nowego, zmieniłam mój codzienny schemat, mam poczucie, że stworzyłam w głowie nowe połączenie nerwowe które być może popchnęło mnie na nowe tory. A jakby tak spróbować wychodzić z domu raz w tygodniu i zrobić tego dnia coś nowego, innego, odwiedzić kompletnie nieznane nam miejsce? Co się wtedy zmieni w naszym życiu?




***


Najważniejsze sprawy związane z wyjazdem do Japonii mamy ogarnięte - bilety lotnicze kupione, wycieczki zaplanowane, hotele zarezerwowane. Odgrzebuję notatki sprzed trzech lat, gdzie pozapisywałam co chcę zobaczyć, jakie miejsca w Tokio odwiedzić, skreślam wystawy, które już się zakończyły, dopisuję nowe rzeczy. Napisałam maila do osoby, która potencjalnie umożliwi nam bardzo fajną jednodniową wycieczkę - ciekawe, czy mnie pamięta i czy realizacja tego pomysłu jest wciąż możliwa?... Robię listy - co ze sobą zabrać, jakie ciuchy spakować, co chcę uszyć przed wyjazdem, czy mam wygodne buty (mam! ^^*~~), trzeba kupić kostium kąpielowy (czy w ogóle będzie mi potrzebny?...), wydrukować potwierdzenia szczepionek anty-covidowych (jak to w ogóle będzie w tej nowej post covidowej Japonii?...). Powoli strach przed pojechaniem zamienia mi się w niecierpliwe radosne oczekiwanie. 

W środę zaczynamy kolejne wegańskie DOJadanie, więc siedzę i planuję co trzeba kupić, co ugotować na pierwsze kilka dni. Jak co roku mamy kilka ulubieńców, znalazłam nowe przepisy do wypróbowania, jestem ciekawa czy pojawiły się nowe wegańskie knajpy w mojej okolicy. Zapas roślinnego mleka do kawy zamówiony, pozostały dwa dni do wyjedzenia reszty jajek, sera i wędlin z lodówki.


Monday, February 13, 2023

Jestem! Co mnie ominęło?...

Jak zacząć po tak długiej nieobecności na blogu?

Może grzecznie, od przywitania się - dzień dobry! *^o^*~~~

 


 

Dawno mnie tu nie było i nie było żadnego powodu, dla którego porzuciłam bloga, nic się nie wydarzyło. Po prostu poczułam, że muszę sobie zrobić przerwę. Czy mogłam coś powiedzieć, żeby nie niepokoić Czytelników? Może mogłam. Albo może nie mogłam, bo gdybym mogła, to bym powiedziała!


W każdym razie poczułam, że chcę coś napisać. Może to być zapowiedź powrotu do blogowania i regularnych wpisów, kto wie? ^^*~~ Kiedy mnie nie było, oczywiście życie toczyło się dalej! W wielkim skrócie, od czerwca zeszłego roku: 

- zrobiłam kolejne tatuaże i nie ma zamiaru przestać

- skróciłam włosy i pofarbowałam na niebiesko (na serio! *^v^*) 

 



- uszyłam kilka sukienek, ale wszystkie są lniane lub muślinowe, co oznacza, że prawie wcale ich nie nosiłam w zeszłym roku, za to będą jak znalazł na zbliżającą się wiosnę i lato (i mam co pokazywać na blogu!... *^0^*)

 


 

- nie zrobiłam ani jednego oczka na drutach

- za to powstało już ponad 100 akwarelowych ryb



- oraz spora ilość prac monochromatycznych, i mam ambitny plan przeniesienia mojej strony z obrazami na nowy serwer i uzupełnienie jej o najnowsze prace, może uda mi się to do końca lutego




- obejrzałam niezliczoną ilość turniejów sumo, snookera i skoków narciarskich

- wciąż nie ruszyliśmy z remontem mieszkania ale dokończyły się sprawy papierkowe 

- regularnie chodziłam na rehabilitację mojego lewego barku i prawie wyszłam z nim na prostą 

- koty niezmiennie puchate i mruczyste ^^*~~





- i najważniejsze: kupiliśmy bilety na samolot do Japonii na maj!!! Oczywiście już teraz zapraszam na bloga wakacyjnego fumyturystyczne.asia na relację z wyprawy. Jestem podekscytowana i przerażona, bo po trzyletniej przerwie czuję się, jakbym tam miała jechać po raz pierwszy w życiu...


Zbliża się 22 lutego, a więc czas na coroczne DOJadanie. W tym roku znowu bardzo na to czekam. W 2022 chciałam, żeby zima trwała do czerwca a śnieg przykrywał wszystko i świat trwał sobie w zimowym śnie... W tym roku już 2 stycznia mogłabym świętować nadejście wiosny! Mam ochotę na różową szminkę, lnianą sukienkę i bose stopy w sandałach. Potrzebuję przewietrzyć głowę po jesieni i zimie.

 


 

Tyle na dzisiaj, pozdrawiam serdecznie pod postacią brokatowej ryby, proszę się częstować faworkami i do następnego wpisu! *^o^*

 


Saturday, June 18, 2022

Fishy

Kiedyś bardzo chciałam mieć tatuaż. 

 


 

Najpierw wymyśliłam sobie chińskiego smoka wijącego się przez całą rękę od dłoni do barku. Potem miałam fazę fascynacji hinduską sztuką dekorowania dłoni henną i rozważałam wybranie takich motywów, niekoniecznie na dłoniach. Ale cały czas miałam z tyłu głowy, że to przecież na zawsze, że trzeba wybrać coś, co naprawdę mi się podoba, co mnie reprezentuje, co będzie takie moje. 

 


 

Przez wiele lat nie brałam tatuażu pod uwagę, bo Robert jest wielkim miłośnikiem japońskich gorących źródeł i hoteli z takimi kąpieliskami, a do takich osoby z tatuażami nie są wpuszczane. To się zmienia, szczególnie jeśli chodzi o obcokrajowców, ale nie chciałam naginać zasad. Jednak nigdy nie byłam miłośniczką długiego moczenia się w basenach na przemian z gorącą i zimną wodą, wolę szybki prysznic, więc jeśli nie będę już mogła korzystać z łaźni to nic się nie stanie. I tak zawsze korzystamy z łaźni osobnych dla kobiet i mężczyzn, więc Robert będzie się kąpał i moczył do woli a ja spędzę ten czas w pokoju relaksując się na tatami i pijąc zieloną herbatę. *^o^* Nie mówiąc już o tym, że z gorących źródeł korzystamy tylko przez kilka dni w roku, jeśli uda nam się wyjechać do Japonii.

 

 

No i najważniejsza kwestia - znalazłam motyw, który chciałabym mieć na skórze, i jest to coś wyjątkowego, niepowtarzalnego, tylko mojego, czego nie spotkam na drugiej osobie. Moje ryby. Moje własne akwarelowe obrazki. *^o^* Na pierwszy ogień wybrałam skalara, miejsce nierzucające się od razu w oczy - prawe udo. Jak założę szorty latem - będzie widać. (ja w szortach?.... he he he!... *^W^*) Udało mi się znaleźć artystę, który robi kolorowe prace w podobnej malarskiej estetyce i zgodził się pracować z moim projektem, nie każdy tak lubi i absolutnie to rozumiem. Znalazł się szybki termin na 1 czerwca - co mnie nieco zaskoczyło, bo myślałam, że będę miała więcej czasu na zastanawianie się, czy robić, czy nie robić... 

 

 

 

Bo chciałam najpierw schudnąć, porządnie poćwiczyć, żeby te nogi jakoś lepiej wyglądały, iść na jakieś zabiegi usuwania cellulitu... Myślałam, że terminy zazwyczaj są odległe i jeszcze zdążę się dziesięć razy rozmyślić! Ale z drugiej strony, po zeszłorocznej operacji obiecywałam sobie, że TERAZ to się wezmę za siebie, wreszcie nabiorę energii, kondycji, schudnę, wzięłam się za jogę, planowałam powrót na rower, nawet siłownię, żeby wymodelować sylwetkę na ciężarach... I co? I niewiele z tego wynikło, bo od kilku miesięcy walczę z bólem i blokadą lewego barku (jestem cały czas pod opieką fizjoterapeuty). Życie nas czasami trochę stopuje ale to nie powód, żeby wszystko odłożyć na niewiadomokiedy. Poszłam za ciosem i absolutnie nie żałuję! Zawsze chcemy być szczuplejsze, gładsze, może bardziej opalone, albo bledsze, może więcej mięśni, żeby to lepiej wyglądało... I w ten sposób odsuwamy w naszym życiu różne rzeczy "na później", i potem żałujemy, że czegoś nigdy nie zrobiliśmy! ^^*~~

 

 

 

Nie będę ukrywać, że bolało. Na początku troszkę, ale z czasem skóra była coraz bardziej podrażniona. Raz, że tatuaż jest duży, większy niż planowałam, ale jak zaczęliśmy wybierać rozmiar i przykładać do nogi, to taka większa wersja wydała mi się lepsza, zresztą tatuażysta powiedział, że przy większym motywie będzie mógł lepiej dopracować szczegóły. Dwa, tatuaż jest kolorowy, a cieniowanie kolorami boli bardziej niż czarny kontur nakładany pojedynczą igłą. Zmieściłam się w jednej sesji - 6 godzin (z małymi przerwami), potem czekało mnie kilka dni pielęgnacji - częstego mycia i smarowania specjalnym kremem do świeżych tatuaży. Dokładnie tak jak się spodziewałam po mojej skórze - tatuaż błyskawicznie się zagoił, już następnego dnia rano nie miałam już upływu limfy, która jest naturalną substancją ochronną w ranach drapanych lub kłutych (np.: przy przekłuwaniu uszu). Za to opuchlizna schodziła mi dobre kilka dni. Potem kolejne dni gojenia jak to przy zadrapaniu - musiałam się mocno pilnować, żeby tej ryby cały czas nie drapać, bo czułam się jak po ugryzieniu komara, tylko takim na pół uda! 

Poniżej tatuaż świeżo po zrobieniu, po 6 godzinach sesji:


 

I osiemnaście dni po zrobieniu, jest już częściowo wygojony.




Kryzys wieku średniego? Być może. *^0^* Nawet, jakbym wytatuowała się cała to i tak wyjdzie to taniej niż Porsche czy Ferrari. (Tak, tę muślinową spódnicę z rozcięciem uszyłam specjalnie po to, żeby chwalić się tatuażem! ^^*~~)

 

 



Moja wytatuowana przyjaciółka powiedziała "Uważaj, robienie tatuaży wciąga!..." i teraz wiem co miała na myśli. ^^*~~ Mam już plany na kolejne wzory, chcę dołożyć więcej ryb na nogach, już wybieram gatunki, robię szkice. Wrócił do mnie stary pomysł na motyw, który kiedyś narysował dla mnie kolega - mój znak zodiaku. Zmienia mi się perspektywa i planuję tatuaże na ręce, barki, łydki. 

 


 

I na koniec, odpowiedź na często zadawane pytanie - a jak z tymi tatuażami będziesz wyglądać na starość? *^W^* Mój tatuażysta powiedział kiedyś "Wszyscy w starszym wieku będziemy prezentować się nieładnie, ci z tatuażami będą bardziej kolorowi." *^0^* Ja bym powiedziała "A kogo to będzie obchodzić, jak będziemy wyglądać w starszym wieku? Ważne, że nam się to będzie podobać, teraz i za kilka lat!" 

Thursday, May 19, 2022

Tonę w rybach...


 

Dawno mnie tu nie było, więc wpadam z szybkim raportem co u mnie. Na razie niewiele nowego. Ręka wciąż boli, jestem pod opieką fizjoterapeuty i jej stan się polepsza, ale to proces który niestety musi trwać.

 


 

Dużo maluję, na razie głównie ryby. Obiecuję sobie, że usiądę wreszcie do zrobienia skanów na stronę, ale wciąż nie mam czasu, bo... maluję! *^o^* Jeśli macie ochotę na obejrzenie nowych rybek w szczegółach, na razie zapraszam na mojego Instagrama, tam są zbliżenia które wrzucałam na bieżąco dzień po dniu. Mam też nowy zupełnie rewolucyjny pomysł związany z moimi obrazkami, ale o tym za jakiś czas gdy przejdę do jego realizacji.

 



 

Uszyłam sukienki! Na razie trzy a zdjęć doczekała się jedna z nich, bynajmniej nie pierwsza z kolei, a ostatnia. ^^*~~ Wybrałam z Burdy model bluzki 119 (Burda 10/2012) z kopertowym marszczonym przodem i najpierw na jej podstawie powstała pierwsza wersja z dresówki (o niej innym razem, bo rozważam modyfikację dołu), a potem lżejsza wersja z bawełnianego jerseyu z krótkimi rękawami za to z bardzo długim dołem! 

 



 

Sukienka jest superwygodna, kopertowy przód pięknie eksponuje dekolt, długa spódnica to dla mnie nowość ale przyjemnie się ją nosi. Sukienka miała kieszenie, ale nie pomyślałam wcześniej, że dodanie otwartych kieszeni w bocznych szwach przy w miarę przylegającej spódnicy z jerseyu spowoduje brzydkie otwieranie się ich wlotów i tak właśnie było!... W związku z tym kieszeni się pozbyłam. Następne zdjęcia sukienek już wkrótce, a na razie wrzucę jeszcze najnowsze nabytki materiałowe - morski muślin i chabrowy len (Amstii).




Tak swoją drogą, jest dla mnie niezwykle fascynujące jak teraz postrzegam moje ciało i mój wygląd. W trakcie trzech lat życia z mięśniakiem przytyłam ok. 15 kilogramów i kiedy stopniowo przybierałam na wadze to zupełnie tego procesu nie zauważałam. Potem po operacji nagle się "obudziłam" i ten nadmiar dostrzegłam całkiem wyraźnie! Co ciekawe, kiedy patrzę w lustro, to nie wydaję się sobie taka wielka jak wtedy, gdy widzę siebie na zdjęciach, też tak macie?... Pewnie prawda leży po środku. 

W każdym razie, na chwilę obecną zostało mi 10 kilo do zrzucenia, taki jest plan minimum, żebym się poczuła lepiej, bardziej sprawna i żebym była w 100% zadowolona z mojego wyglądu - czyli, żeby znowu swobodnie się mieściła w kilka moich ukochanych sukienek, w które teraz niestety nie wchodzę tak swobodnie... Myślałam, że ruszę z kopyta w styczniu, kiedy dojdę do siebie po operacji ale niestety wtedy zaczął się problem z ręką i moje możliwości ćwiczenia są wciąż ograniczone, robię spokojną jogę na tyle na ile pozwala mi ta nieszczęsna ręka. Wiem, muszę sobie dać czas. Na razie wciąż trzymamy się postu przerywanego 10:00-19:00 i z radością stwierdzam, że przez ostatnie trzy tygodnie straciłam kolejne pół kilo wagi, czyli jest to dla mnie system żywienia przynoszący rezultaty!

Postanowiłyśmy też z przyjaciółką więcej bywać na imprezach tanecznych, kiedyś (ach, w czasach młodości!... *^W^*) latałyśmy na gotyckie potupajki bardzo często! W zeszły piątek wytańczyłyśmy się w klubie Dekada na imprezie w stylu pin-up (gdzie przy okazji pokaz burleski dawała nasza znajoma Pin-up Candy), a już planujemy kolejne wyjście na poskakanie przy cięższej muzyce. Na szczęście moja ręka mi w tym nie przeszkadza!... *^o^*





Są już szparagi, młode ziemniaki, polskie truskawki!... Lato tuż za rogiem, tak więc - byle do lata! I do następnego razu. *^o^*~~~