Wiosna idzie!!! *^V^* Przynajmniej taką miałam nadzieję na początku zeszłego tygodnia... Mam tak dosyć zimy w tym roku, tej szarówki, pluchy, beznadziei za oknem... Ale już chyba o tym było niedawno, prawda? W każdym razie, pojawiają się słoneczne dni i staram się je wykorzystać na spacery. Jeszcze okutana w zimową kurtkę i szal, ale wierzę, że lada dzień będę śmigać z gołymi łydkami w lnach i muślinach!... ^^*~~
Czekałam na tę książkę i się wreszcie doczekałam! Kupiłam ją w przedsprzedaży w wydawnictwie, oficjalna premiera dopiero 8 marca. "Ciepło" Niny Czarneckiej czytałam z dużym zainteresowaniem, to dla mnie pierwszy kontakt z ajurwedą, wiedza jest podana umiejętnie i z wyczuciem, zachęca do dalszego szukania i zdobywania informacji, a sama książka prowadzi nas przez zimny i ciemny czas jesieni i zimy, są pomocne zimoumilacze, są przepisy kulinarne. "Rześko" to przewodnik na wiosnę i lato, poza wstępem jeszcze niczego nie czytałam, zamierzam delektować się tą częścią powoli zapoznając się z kolejnymi rozdziałami odpowiadającymi nadchodzącym miesiącom. Na pewno mogę już powiedzieć, że zdjęcia są zmysłowe i apetyczne, nadają książce magiczną atmosferę, ich autorką jest Maia Sobczak z bloga Qmamkasze.
Przeczytałam niedawno książkę Ireny Wielochy, którą znam z Instagrama jako Kobietę Zawsze Młodą. Pani Irena na pewno może być dobrym przykładem dla wielu z nas, zmieniła swoje życie będąc po 50-tce, bo przestało jej się podobać, że ma sporą nadwagę, która przeszkadza jej chodzić po ukochanych górach i zagrożenie cukrzycą. Radykalnie zmieniła swoją dietę i zaczęła ćwiczyć pod opieką profesjonalistów, a potem zaistniała w mediach społecznościowych, co krok po kroku doprowadziło do całkiem nowych doświadczeń życiowych, m.in. w wieku 70 lat została modelką! Czy to ciekawa lektura? Podobała mi się część opisująca historię życia pani Ireny, jej młodość, życie rodzinne, pozwala nam to zrozumieć jaką jest osobą i dlaczego udało jej się dokonać tak radykalnych zmian. Początek książki trochę przynudza, szczególnie ciągłe przepisywane cytaty z własnych wpisów na Instagramie.
A teraz zanurzyłam się w świat skandynawskich kryminałów, połknęłam "Niegodziwość ojców" Asy Larsson i pod koniec książki znalazłam informację, że jest to szósta ostatnia część cyklu... Na pewno poszukam innych pozycji tej autorki!
***
DOJadanie w toku. W zeszłym tygodniu na stół wjeżdżały na przykład takie pomysły - śniadanie według formuły:
ugotowane ziarna
+
przyprawy/zioła suszone
+
pomidory
+
silken tofu doprawione solą kala namak
+
świeże zioła/kiełki
Na pierwszej pozycji mogą się pojawić: różne fasole, ciecierzyca, soczewica, bób, możemy je sami wcześniej ugotować albo wybrać te puszkowane. Doprawiamy gotową mieszanką przypraw, czosnkiem, curry, garam masalą, itd. Pomidory mogą być świeże lub z puszki, zamiast nich albo razem z nimi można dodać paprykę, szpinak.
Robert smażył rosti, grzyby i szpinak z czosnkiem i gałką muszkatołową.
W niedzielę usmażyłam naleśniki. Nie korzystałam z żadnego wegańskiego przepisu, za to użyłam zamiennika jajka Veggs, który nadaje się do wszystkich potraw, w których jajko spełnia funkcję lepika. Sprawdziło się świetnie! Firma Veggs jest polska, z siedzibą w Puławach i fabryką w Piasecznie pod Warszawą.
Poszliśmy też na tofucznicę do Paprotki, w zeszłym roku bardzo nam smakowała. W tym - jakoś tak mniej... Zdecydowanie tym razem ich izraelski bajgiel z hummusem i dodatkami był dużo smaczniejszy!
Przepyszny klasyk, po którego chyba w zeszłym roku nie sięgnęłam, aż dziwne!... Wegańska wersja kapuśniaku po żydowsku według przepisu Marty Dymek. Pierwszego dnia zjedliśmy go w formie zupy, natomiast kolejnego zupą już to nie było, bo kasza wchłonęła większość płynu, więc dorzuciłam kostkę pokruszonego w palcach tofu dla większej treści i dodatku białka, i powstała gęsta potrawka, równie pyszna!
Zrobiłam sałatkę ziemniaczaną, przepis jest prosty, mieszamy ziemniaki i cebulę z sosem, odstawiamy do lodówki, żeby się przegryzły. (Włożyłam ją w słoiki, bo tak łatwiej ją pomieścić w lodówce a Robertowi wygodniej zabrać do biura.)
- 1 czerwona cebula, drobno pokrojona
- 6 ugotowanych dużych ziemniaków pokrojonych w dużą kostkę
Sos
- 2 Ł posiekanych kaparów, można dodać trochę zalewy do smaku
- 2 Ł musztardy francuskiej
- 6 Ł majonezu
- sól i pieprz do smaku
- 3 łyżki posiekanego szczypiorku
I pastę bezjajeczną z przepisu ErVegana, nieco przeze mnie zmodyfikowanego.
Z ciekawych produktów sklepowych - kupiliśmy Majtasy! *^O^*~~
Oraz pierwszy raz jedliśmy wegańskie pyzy z nadzieniem od Prostych Historii, pyzy w porządku, nadzienie niesamowicie delikatne w smaku i giną w towarzystwie grubego treściwego ciasta, lepiej sprawdziłoby się w ravioli. Porządniej bym to doprawiła czosnkiem i gałką muszkatołową!
Zauważyłam też mój problem z wegańskimi kanapkami. Kiedy robię sobie kanapkę z wędliną albo serem, nawet jajkiem na twardo, to zawsze jest na chlebie element w miarę twardy, w który można zatopić zęby z pewnym oporem materii, jeśli wiecie co mam na myśli. Z kanapkami wegańskimi to tak nie wygląda, bo przeważnie na pieczywie lądują różne pasty, a nawet jeśli jest to wegańska mortadela, to ma ona konsystencję bardzo miękką. Owszem, pastom towarzyszy pomidor, ogórek, papryka, to są elementy twarde, chrupiące, ale zawsze towarzyszy im miękka paćka. Nie podoba mi się to. Zamiast płaskich kanapek wolę chyba wegańskie wrapy, w których pasta jest rozsmarowana na tortilli i na niej są różne twarde warzywa, a wszystko to jest i tak wymieszane bo zwinięte w rulon. Ot, taka moja kanapkowa rozkmnina. >0<
***
Na 4 marca zostaliśmy zaproszeni na ślub i wesele, odbywało się w hotelu Belotto w Warszawie. No i jak zobaczyliśmy termin, to od razu zapaliła się nam lampka - "Acha! Ciekawe, czy nasza dieta wegańska zostanie wzięta pod uwagę?..." Pan młody zapewnił nas, że kuchnia o nas zadba i nie mogłam się doczekać, żeby się o tym przekonać! *^V^*
Było nieźle, ale... Kilka dań było serwowanych do stołu, reszta stała w postaci szwedzkiego stołu. Na przystawkę dostaliśmy konstrukcję z duszonego bakłażana, cukinii, cebuli na poślizgu z zielonego sosu, z pomidorkami i pięknym przybraniem. Wygląd 10/10, smak, hm... bardzo delikatny, trochę niezauważalny.
Potem była zupa-krem z białych warzyw, wspólna dla wszystkich gości.
Na koniec podano danie główne - i trudno nam było nie odnieść wrażenia, że to są te same duszone bakłażany, cukinie i cebula pokrojone trochę inaczej, z dodatkiem papryki, selera naciowego i ciecierzycy, smak ten sam co przystawki czyli zestaw przypraw był identyczny. Tu się hotel Belotto nie popisał, naprawdę można było wymyślić coś ciekawszego. Pozostali goście dostali pieczone udo kaczki z pure ziemniaczanym i buraczkami duszonymi.
Na szwedzkim stole było kilka wegańskich opcji do wyboru, ze dwie sałatki, smażone gnocchi z cebulką, ryż z warzywami (wiem, te dwa dania pewnie były pomyślane jako skrobiowy dodatek do dań mięsnych stojących w sąsiednich bumarach, ale to nie przeszkadzało nam się nimi poczęstować. *^v^*) Na deser jedliśmy owoce, był duży wybór pokrojonych owoców na tacach. Nie było roślinnego mleka do kawy bo mleko było elementem wielkiego ekspresu do kawy i trudno, żeby były tam różne opcje. W sumie można było zapytać obsługę, czy mają na kuchni mleko roślinne i gdyby było to dolać je sobie do czarnej kawy, ale nie piliśmy kawy. Tort niestety nie był wegański, ale nie wymagajmy za wiele, i tak byliśmy chyba jedynymi gośćmi z odmiennymi wymaganiami żywieniowymi.
Poniższe zdjęcie zrobiłam 28 lutego, kiedy na moment pojawiło się w Warszawie słońce. Dziś znowu jest zimno i wszystko przykrywa śnieg... Cóż, wygląda na to, że na wiosnę musimy jeszcze poczekać. Do wyjazdu do Japonii 57 dni! *^0^*~~~
(kliknij żeby powiększyć)






























































