Pomyślałam, że napiszę jeszcze kilka słów na temat naszego powrotu, ale już nie na Fumach, bo pojawią się komentarze, będę na nie odpowiadać i tamten blog podróżniczy nigdy nie zrobi sobie przerwy a ja będę pisać dwa blogi jednocześnie. *^v^* Uprzedzam, że będzie trochę narzekania.
W noc poprzedzającą wyjazd nie mogłam spać, przewracałam się z boku na bok, siedziałam przed komputerem, w końcu zasnęłam około 4 rano a o 6:00 obudził nas budzik. Pierwszym etapem podróży był Narita Express ze stacji Shinjuku na lotnisko Narita.


Odprawa poszła sprawnie (nikt z nas nie miał nadbagażu, hurra! ^^) i zaraz startowaliśmy. W samolocie niestety natychmiast dostałam okropnego kataru, który nie opuścił mnie wcale aż do dzisiaj.



BA uraczyło nas trzema kiepskimi posiłkami oraz pełnym dostępem do barku z napojami, z czego Robert nie omieszkał skorzystać. ~^^~
Na szczęście 11 godzin lotu minęło błyskawicznie i jeszcze czekała nas przesiadka w Londynie, gdzie dla poprawy humorów i zatarcia okropnego wrażenia po samolotowych posiłkach (są naprawdę paskudne! niestety zostaliśmy "zepsuci" japońskim jedzeniem i długo mrożona krewetka już nam nie będzie tak smakować jak krewetka świeża, ech...) poszliśmy do restauracji Plane Food Gordona Ramsaya na Heathrow. I to był strzał w dziesiątkę! *^v^* Trójka z nas zamówiła polecanego tego dnia cheeseburgera, natomiast ja wzięłam zupę cebulową z rozmarynowymi grzankami i sałatkę z kaczki, i wszystko było przepyszne!
Po długim oczekiwaniu na połączenie z Warszawą okazało się, że z powodu burz mamy opóźnienie. Najpierw czekaliśmy na lotnisku, ale w końcu wpuszczono nas na pokład samolotu, gdzie oznajmiono nam, że... opóźnienie się przedłuży. Czekaliśmy tak jeszcze około pół godziny, samolot nabity zmęczonymi i głodnymi ludźmi, niektórzy tak jak my lecieli do Polski po wielogodzinnych lotach skądinąd i oczekiwaniu na lotnisku. Tu nastąpiło moje wkurzenie nr 1, bo oczywiście na pokładzie był jeden pan biznesmen biurowy w typie "jaki to ja jestem zabawny i dowcipny, wszyscy dookoła się o tym zaraz dowiedzą". Przez miesiąc w środkach komunikacji miejskiej codziennie miałam do czynienia z ludźmi, którzy zachowują się cicho, żeby nie przeszkadzać innym, szczególnie ważne w przypadku zatłoczonego pociągu, i nie było żadnych pajaców rzucających "zabawne" tekściki i oczekujących na poklask współtowarzyszy. Na szczęście pan zabawny szybko się zmęczył i zasnął a potem zapchał kanapką.
Po wylądowaniu w Warszawie pół samolotu biło brawo, skąd się wziął u Polaków ten obciachowy zwyczaj?... Ciekawe, czy ci ludzie tak samo oklaskują motorniczego pociągu, kiedy dojedzie na wyznaczoną stację?...
Po wyjściu z bagażami do hali przylotów zaliczyłam wkurzenie nr 2 - nie ma tam ani żadnego kiosku ani automatu z napojami, a mnie bardzo chciało się pić. Ciekawe, czemu akurat tam nie można by ustawić automatu z wodą i colą? Przecież samoloty lądują całą dobę i to bardzo ułatwiłoby życie podróżnym. Było to tym bardziej bolesne, że w okolicy mojego domu również nie ma sklepu nocnego i po coś do picia musielibyśmy jechać na jakąś stację benzynową, oddaloną o kilka przystanków autobusowych.
Wkurzenie nr 3 - oczywiście nie ma gdzie kupić biletów autobusowych, automat z biletami na przystanku przed Przylotami akurat nie działał, Robert znalazł inny na oddalonym przystanku, w którym kupił ostatnie dwa bilety tuż przed tym, jak automat właśnie zrobił sobie reset... Wkurzenie nr 4 - bezmyślna panienka w autobusie pełnym ludzi z lotniska z walizkami musiała stać przy drzwiach zamiast wejść głębiej i pozwolić wygodnie wysiąść z bagażami... Uprzedzałam, że będzie narzekanie.
W tamtą stronę nie miałam żadnych objawów jetlaga ani aklimatyzacji. Po przylocie do Polski pierwszą noc przespałam normalnie, za to w sobotę około 18:00 położyłam się na krótką drzemkę, obudził mnie telefon po 20:00, porozmawiałam chwilę, znowu się położyłam, po 23:00 Robert obudził mnie po to, żeby mnie wypchnąć do mycia i kazał mi po prostu iść spać, co też uczyniłam. Pobudkę około 7 rano spowodował koszmarny ból głowy, który przyćmiony tabletką nie opuszczał mnie jeszcze przez cały dzień. Wciąż jestem śpiąca i wciąż leci mi z nosa.
Przyznaję, że nie mogę się odnaleźć we własnym mieszkaniu. Walizki prawie rozpakowane, chociaż kiedy wyjmę z nich ostatnią rzecz i odłożę na swoje miejsce, zniknie namacalny dowód naszej podróży, a ten moment chcę przeciągnąć jak najdłużej. Kiedy siedzieliśmy na walizkach na Naricie nie czułam, że wracam do domu, czułam się jakbym jechała w dalszą podróż do nowego miejsca. Na razie przechodzę szok uwstecznienia, jakby ktoś założył mi w pasie gumkę, którą rozciągnęłam na maksymalną długość a teraz ona ciągnie mnie z powrotem. Przez ten miesiąc zadomowiłam się w miejscu, które dla mnie było pod wieloma względami idealne, i na razie czuję się, jakby mi ktoś zabrał kolorową zabawkę.
***
Żeby nie kończyć takim depresyjnym akcentem, pochwalę się materiałami na lalkowe sukienki, jakie kupiłam w Tokio. Pluję sobie w brodę, że zdecydowałam się na nie dopiero ostatniego dnia, i że kupiłam tak mało, ale na więcej nie miałam już miejsca w bagażu. Wszystko to drukowana bawełna.

Jutro postaram się zmobilizować i ruszyć do przodu z różnymi rzeczami, bo jeśli chcę do Japonii wrócić (a taki jest plan), to muszę na nią zarobić. Poza tym, muszę czymś zająć ręce i głowę.
PS.: Rysiek schudł i bardzo się tuli. *^v^* Poza tym pierwszego poranka obudził nas... bardzo mocnym walnięciem czołem w nasze czoła, widocznie na Wojtka, który się nim opiekował przez ten miesiąc, nie działało mruczenie do ucha i biedny kot musiał stosować bardziej radykalne metody!... ~^^~