Showing posts with label wakacje. Show all posts
Showing posts with label wakacje. Show all posts

Thursday, August 21, 2014

Lecimy!

Walizki prawie spakowane, klucze do mieszkania przekazane, Rysiek wytulony na cały miesiąc naprzód, pozostało odpowiedzieć sobie na najważniejsze pytanie - które szminki mam zabrać ze sobą na wakacje?!....... *^0^*
(Mam na imię Joanna i jestem szminkomaniaczką. Jeśli nie wiesz, co mi kupić na prezent, kup mi szminkę w intensywnym kolorze! *^v^*)
Suitcases almost packed, apartment's keys given to our friend, we hugged Rysiek a lot, so I only need to address the last most important issue - which lipsticks should I take with me on holidays?!........ *^0^*
(My name is Joanna and I am a lipstick-maniac. If you don't know what present to buy for me, give me a lipstick in a brave juicy colour! *^v^*)  

Ostatnie zdjęcia moich bentou na cały miesiąc. *^o^*
The last of my obentou for a month! *^o^*




Zaraz wyruszamy na lotnisko, a Was zapraszam na regularne wpisy na blogu wakacyjnym Fumy Turystyczne. 
(wiem, przypominałam o tym już kilka razy, ale poprzednim razem jedna biedna duszyczka przegapiła przekierowanie na bloga wakacyjnego, i zaglądała na Gromadnik dziwiąc się, że wciąż i wciąż nic się tu nie pojawiało... *^v^*)
Tutaj być może też coś się przez ten miesiąc pojawi, ale na pewno rzadziej niż normalnie. Postaram się też czytać Wasze blogi na bieżąco, chociaż z komentowaniem może być gorzej.
We are leaving for the airport now so see you soon on my holiday blog Fumy Turystyczne for regular updates.
(I know, I've kept reminding about this blog but last time one poor soul missed my announcement and kept visiting this blog, being unhappy with no updates... *^v^*)
I'll try to put here some posts too, but not as often as usually. I'll be also reading your blogs although I may not have time to comment.



Mam wrażenie, że nie spakowałam wszystkich potrzebnych rzeczy i, że kompletnie zapomniałam cały japoński, którego się przez trzy lata uczyłam, i nie będę w stanie wydukać nawet kilku słów... (A Zuzia, która czeka na nas w Tokio obiecała konwersacje z swoimi japońskimi psiapsiółkami, jejku!!!....). Do zobaczenia niebawem! Trzymajcie kciuki, bo ja się strasznie boję latać! (boję się startować...)
I have a feeling that I haven't packed all the importants things and that I totally forgot all the Japanese I've learnt for three years.... (And Zuzia, who is waiting for us in Tokyo, promised me the chit chats with her Japanese friends, oh boy!!!.....) See you soon! Keep your fingers crossed, I'm so scared of flying! (or rather of planes taking off...)

Sunday, June 12, 2011

Wspomnienia z powrotu

Pomyślałam, że napiszę jeszcze kilka słów na temat naszego powrotu, ale już nie na Fumach, bo pojawią się komentarze, będę na nie odpowiadać i tamten blog podróżniczy nigdy nie zrobi sobie przerwy a ja będę pisać dwa blogi jednocześnie. *^v^* Uprzedzam, że będzie trochę narzekania.

W noc poprzedzającą wyjazd nie mogłam spać, przewracałam się z boku na bok, siedziałam przed komputerem, w końcu zasnęłam około 4 rano a o 6:00 obudził nas budzik. Pierwszym etapem podróży był Narita Express ze stacji Shinjuku na lotnisko Narita.


Odprawa poszła sprawnie (nikt z nas nie miał nadbagażu, hurra! ^^) i zaraz startowaliśmy. W samolocie niestety natychmiast dostałam okropnego kataru, który nie opuścił mnie wcale aż do dzisiaj.




BA uraczyło nas trzema kiepskimi posiłkami oraz pełnym dostępem do barku z napojami, z czego Robert nie omieszkał skorzystać. ~^^~

Na szczęście 11 godzin lotu minęło błyskawicznie i jeszcze czekała nas przesiadka w Londynie, gdzie dla poprawy humorów i zatarcia okropnego wrażenia po samolotowych posiłkach (są naprawdę paskudne! niestety zostaliśmy "zepsuci" japońskim jedzeniem i długo mrożona krewetka już nam nie będzie tak smakować jak krewetka świeża, ech...) poszliśmy do restauracji Plane Food Gordona Ramsaya na Heathrow. I to był strzał w dziesiątkę! *^v^* Trójka z nas zamówiła polecanego tego dnia cheeseburgera, natomiast ja wzięłam zupę cebulową z rozmarynowymi grzankami i sałatkę z kaczki, i wszystko było przepyszne!



Po długim oczekiwaniu na połączenie z Warszawą okazało się, że z powodu burz mamy opóźnienie. Najpierw czekaliśmy na lotnisku, ale w końcu wpuszczono nas na pokład samolotu, gdzie oznajmiono nam, że... opóźnienie się przedłuży. Czekaliśmy tak jeszcze około pół godziny, samolot nabity zmęczonymi i głodnymi ludźmi, niektórzy tak jak my lecieli do Polski po wielogodzinnych lotach skądinąd i oczekiwaniu na lotnisku. Tu nastąpiło moje wkurzenie nr 1, bo oczywiście na pokładzie był jeden pan biznesmen biurowy w typie "jaki to ja jestem zabawny i dowcipny, wszyscy dookoła się o tym zaraz dowiedzą". Przez miesiąc w środkach komunikacji miejskiej codziennie miałam do czynienia z ludźmi, którzy zachowują się cicho, żeby nie przeszkadzać innym, szczególnie ważne w przypadku zatłoczonego pociągu, i nie było żadnych pajaców rzucających "zabawne" tekściki i oczekujących na poklask współtowarzyszy. Na szczęście pan zabawny szybko się zmęczył i zasnął a potem zapchał kanapką.



Po wylądowaniu w Warszawie pół samolotu biło brawo, skąd się wziął u Polaków ten obciachowy zwyczaj?... Ciekawe, czy ci ludzie tak samo oklaskują motorniczego pociągu, kiedy dojedzie na wyznaczoną stację?...



Po wyjściu z bagażami do hali przylotów zaliczyłam wkurzenie nr 2 - nie ma tam ani żadnego kiosku ani automatu z napojami, a mnie bardzo chciało się pić. Ciekawe, czemu akurat tam nie można by ustawić automatu z wodą i colą? Przecież samoloty lądują całą dobę i to bardzo ułatwiłoby życie podróżnym. Było to tym bardziej bolesne, że w okolicy mojego domu również nie ma sklepu nocnego i po coś do picia musielibyśmy jechać na jakąś stację benzynową, oddaloną o kilka przystanków autobusowych.



Wkurzenie nr 3 - oczywiście nie ma gdzie kupić biletów autobusowych, automat z biletami na przystanku przed Przylotami akurat nie działał, Robert znalazł inny na oddalonym przystanku, w którym kupił ostatnie dwa bilety tuż przed tym, jak automat właśnie zrobił sobie reset... Wkurzenie nr 4 - bezmyślna panienka w autobusie pełnym ludzi z lotniska z walizkami musiała stać przy drzwiach zamiast wejść głębiej i pozwolić wygodnie wysiąść z bagażami... Uprzedzałam, że będzie narzekanie.



W tamtą stronę nie miałam żadnych objawów jetlaga ani aklimatyzacji. Po przylocie do Polski pierwszą noc przespałam normalnie, za to w sobotę około 18:00 położyłam się na krótką drzemkę, obudził mnie telefon po 20:00, porozmawiałam chwilę, znowu się położyłam, po 23:00 Robert obudził mnie po to, żeby mnie wypchnąć do mycia i kazał mi po prostu iść spać, co też uczyniłam. Pobudkę około 7 rano spowodował koszmarny ból głowy, który przyćmiony tabletką nie opuszczał mnie jeszcze przez cały dzień. Wciąż jestem śpiąca i wciąż leci mi z nosa.



Przyznaję, że nie mogę się odnaleźć we własnym mieszkaniu. Walizki prawie rozpakowane, chociaż kiedy wyjmę z nich ostatnią rzecz i odłożę na swoje miejsce, zniknie namacalny dowód naszej podróży, a ten moment chcę przeciągnąć jak najdłużej. Kiedy siedzieliśmy na walizkach na Naricie nie czułam, że wracam do domu, czułam się jakbym jechała w dalszą podróż do nowego miejsca. Na razie przechodzę szok uwstecznienia, jakby ktoś założył mi w pasie gumkę, którą rozciągnęłam na maksymalną długość a teraz ona ciągnie mnie z powrotem. Przez ten miesiąc zadomowiłam się w miejscu, które dla mnie było pod wieloma względami idealne, i na razie czuję się, jakby mi ktoś zabrał kolorową zabawkę.



***



Żeby nie kończyć takim depresyjnym akcentem, pochwalę się materiałami na lalkowe sukienki, jakie kupiłam w Tokio. Pluję sobie w brodę, że zdecydowałam się na nie dopiero ostatniego dnia, i że kupiłam tak mało, ale na więcej nie miałam już miejsca w bagażu. Wszystko to drukowana bawełna.

Jutro postaram się zmobilizować i ruszyć do przodu z różnymi rzeczami, bo jeśli chcę do Japonii wrócić (a taki jest plan), to muszę na nią zarobić. Poza tym, muszę czymś zająć ręce i głowę.



PS.: Rysiek schudł i bardzo się tuli. *^v^* Poza tym pierwszego poranka obudził nas... bardzo mocnym walnięciem czołem w nasze czoła, widocznie na Wojtka, który się nim opiekował przez ten miesiąc, nie działało mruczenie do ucha i biedny kot musiał stosować bardziej radykalne metody!... ~^^~

Saturday, June 11, 2011

Tadaima!

Wróciłam! Tęskniliście? *^v^*
I'm home, did you miss me? *^v^*

Pewnie, że nie, bo każdy miał co robić przez ten miesiąc! Podczytywałam Wasze blogi, chociaż nie zawsze miałam czas na komentarze. Teraz będę próbowała ogarnąć rozpakowanie walizek i zapoznanie się na nowo z własnym mieszkaniem, czuję się, jakbym wyjechała na rok, a nie na miesiąc!...
I'm sure you had enough to do during that month. I tried to keep up with the blogs. Now I'm going to try and unpack the suitcases and get aquainted my own flat again, I feel as if I left for a year, not a month!...

No, i przede wszystkim muszę wytulić Ryśka za cały ten czas, kiedy mnie nie było. ~^^~
And I have to hug Rysiek a lot. ~^^~

Idę tulić, blogowanie powróci tu niebawem. ^^
Okay, I'm leaving now to my duties, blogging will resume here shortly. ^^

Wednesday, June 16, 2010

Powakacyjnie / Post holiday

Dajdo, dla mnie to wcale nie takie oczywiste, jak widać. ^^

***

Ten Rysiek to normalnie jakiś dziwny... Postawić przed nim wiatraczek, który obraca się na boki, to będzie przed nim leżał, i się dziwił: "Powietrze nadchodzi z prawej strony, i znika... a teraz z lewej strony, i znowu znika... I znowu z prawej...". Normalnie tak przez 15 minut! ~^^~
Rysiek is strange... When you place an electric fan in front of him, the one that slides from side to side, he will lay in front and wonder "The air comes from the right, and disappears... then it comes from the left, and disappears again... And then it comes from the right again..." And he can do it for 15 minutes! ~^^~

Siedzę w już posprzątanym po przyjeździe mieszkaniu, pranie i zakupy zrobione, jem niesłodkie truskawki (nie trafiłam jeszcze w tym roku na słodkie, to pewnie przez te deszcze!...) i ogarniam się z powrotem do rzeczywistości codziennej.
I'm sitting in my cleaned flat, laundry and grocery shopping done, I'm eating strawberries that aren't sweet at all (it's probably because of the rains!...) and I'm trying to come back to the post holiday everyday reality.


Idę jutro do lekarza, bo zarówno moja stopa (której się polepszało, ale doszła do pewnego momentu i znowu jest mi gorzej), jak i mój odkręgosłupowy nerwoból nie wyleczyły się samoistnie. Dobrze, że pedał od maszyny do szycia naciskam lewą stopą!
Wrzucę jeszcze garść zdjęć z wakacji i pokażę, co sobie przywieźliśmy. ~^^~

I'm visiting a doctor tomorrow because neither my foot (which got better up to some point and then it got worse again), nor my spine pain went away. It's good I can operate the sewing machine pedal with my left foot!
I'll show you some more photos of things we brought from our holidays. ~^^~

Z Węgier przywiozłam sobie: paprykę oraz przyprawy, jakie udało nam się wypatrzeć w sklepie - wanilię z karmelem do kawy i przyprawy Jamiego Olivera! ^^
From Hungary I brought: sweet paprika and spices - vanilla with caramel for coffee and Jamie Oliver's spices! ^^


Oraz wino prosto z winnic, jak widać chłodzi się w lodówce. (jest jeszcze jedna butla, ale się już nie zmieściła ^^).
And some wine from the country wineries that gets chilled in the fridge. (there is one more bottle but it didn't fit in ^^).


Natomiast z Czech przywieźliśmy: Lentilki! *^v^*
From Czech Rep. we brought: Lentilki! *^v^*


I zapas piwa dla Roberta. ^^
And the beer for Robert. ^^


Mimo, że stęskniłam się za domem, to chętnie znowu bym gdzieś wyjechała za jakiś niedługi czas. *^v^*
I na koniec myśl dnia, pomocna w wyprawach wakacyjnych do naszych południowych sąsiadów: moneta 10-cio forintowa pasuje do koszyków w supermarketach na Słowacji i w Czechach (w Polsce jeszcze nie sprawdzałam). ~^^~
Although I really missed my home at the end of our holiday, I feel that it would be fun to go some nice place in some time. *^v^*

Tuesday, June 15, 2010

... ^^

Agato, tak, informatyk, od serwerów. ^^

Kalino, mąż testował, czy kabel jest działający, czy przepuszcza te wszystkie jednostki, które powinien przepuszczać, dostaliśmy do pokoju kabel do podłączenia do Sieci, ale nie działało, więc postanowił sprawdzić, czy jest w porządku. W końcu łaczyłam się bezprzewodowo w restauracji.

***

Wczorajszy wieczór.
20:45, jesteśmy już w pokoju hotelowym po zjedzeniu kolacji, od 15 minut trwa mecz Włochy:Paragwaj, który oglądamy.
Nagle coś mnie tknęło i pytam:
- Kochanie, Włosi to są ci w paski?... Tak?...

...
...
...

Wzrok mojego męża - bezcenny! *^v^*
- No wiesz, to tekst jak z Dańca!... - odpowiada Robert.
(Włosi byli na niebiesko-biało, Paragwaj był w paski)

Jak do licha miałam się tak szybko zorientować na 14 calowym telewizorku, z siejącą anteną, kiedy wzrok miałam głównie wbity w szydełko i włóczkę!... ~^^~

Saturday, June 12, 2010

Dzień 6 / Day 6

Dziś niewiele mam do zrelacjonowania, był straszny upał, mieliśmy jechać do Budapesztu ale nam się nie chciało. Więc najpierw długo wstawaliśmy, potem długo jedliśmy śniadanie, następnie wybraliśmy się na codzienną kawę/herbatę i porcję Internetu do pensjonatu naprzeciwko.
Today I don't have much to say, the weather was really hot, we were supposed to go to Budapest but we didn't feel like it. So first we slowly got up and slowly had breakfast, then we went for a daily cup of coffee/tea and Internet browsing to the guest house on the opposite side of the street.


Potem było leniuchowanie.
Then we didn't do anything in particular.


A po południu postanowiliśmy iść na spacer i znaleźć Park Wodny, który podobno znajduje się w Siofok, zresztą właściciel pensjonatu dał nam mapkę z zaznaczoną lokalizacją.
And in the afternoon we decided to go for a walk and find the Siofok's WaterPark, the guest house owner gave us the map with a marked location.

Przeszliśmy ok. 4 kilometrów, znaleźliśmy wszystkie ulice, które miały być dookoła Parku Wodnego, samego kompleksu basenów nie było, tylko nowo budowane bloki mieszkalne tuż nad jeziorem... (okazało się, że pan się pomylił i źle zaznaczył nam punkt na mapie, Park Wodny był dużo dalej, ale już nie mieliśmy siły iść dalej...).
We walked around 4 kms, we found all the streets that we supposed to circle the WaterPark but we couldn't find the building itself, just some newly being built blocks of flats on the lakeshore... (it turned out that the man made a mistake and marked the WaterPark's location in the wrong spot, it was located much farther...)

W tej sytuacji, ponieważ nogi nam już odpadały, powoli wróciliśmy w okolice naszego noclegu i poszliśmy na kolację do restauracji serwującej steki i tam po wypiciu Mojito posililiśmy się sałatką, stekiem i makaronem z krewetkami, pycha! ~^^~
In this case, because we were very tired, we slowly walked towards our guest house, and had dinner at a SteakHouse restaurant, where after some Mojitos we had a salad, a steak and some pasta with shrimps, delicious! ~^^~


Jeszcze jeden dzień nic nierobienia, kupimy jakieś suweniry dla rodziny a w poniedziałek ruszamy z powrotem! (z noclegiem w Czechach)
One more day of doing nothing, we'll buy some souvenirs for the family and on Monday we are going back home! (via Czech Rep.)

Friday, June 11, 2010

Dzień 5 / Day 5


Jadwigo, ja mam wrażenie, że Rysiek w ogóle ma w nosie, że wyjechaliśmy, a na pewno jest tulony i głaskany ponad miarę, więc pewnie nawet nie zauważy, że nas nie było przez tydzień...

Kalino, piwo z kija to piwo z nalewaka podłączonego do beczki. ~^^~

***

Dzień piąty - moja stopa zaczyna działać, jeszcze ze dwa dni i będzie jak nowa... ^^
Day 5 - my foot has started to work almost properly, a day or two more and it will be back to its normal self... ^^

Na dzień piąty przewidzieliśmy specyficzną wycieczkę. Kiedy powiedzieliśmy właścicielowi naszego pensjonatu, że wybieramy się na ową wycieczkę, najpierw przekonywał nas, że to kiepski pomysł, bo możemy się zgubić, a potem na pytanie o przydatną radę przed wyruszeniem z pensjonatu powiedział: "Nauczcie się węgierskiego, bo po drodze nikt nie mówi po angielsku."
Zabrzmiało to złowrogo, i ja pewnie bym stchórzyła, ale Robert jest odważny, więc postanowiliśmy wziąć byka za rogi.

On day 5 we decided to go on a special trip. When we said to the owner of our guest house's that we were going on that trip, he first tried to convince us that it's a bad idea because we might get lost on the way, and then he just said as a last advice "Learn Hungarian, nobody speaks English there."
It sounded scary and I am a coward so I was ready to stay put, but Robert was always brave so we carried on.

Zaczęliśmy od godzinnej podróży pociągiem, i już podczas kupowania biletów natknęłiśmy się na pierwszy problem językowy, jednak czego nie można zrozumieć ze słów, to można wywnioskować z gestykulacji, a pani na dworcu w kasie była pomysłowa i pewnie przyzwyczajona do niekumatych turystów zagranicznych! *^v^* Bilety na "tam i z powrotem" bardzo łatwo pokazać machając palcem do przodu i z powrotem do siebie. ~^^~
We started with the 1 hour trip by train and the first problem occurred while buying the tickets, but whatever we couldn't understand from Hungarian words, we could easily get from the international language of gestures, and the lady at the railway station office was apparently used to foreign tourists! *^v^* The return tickets are very easy to show when you wave you finger away and back to you. ~^^~


Numer peronu był napisany na rozkładzie jazdy, który wyglądał dokładnie jak u nas, i upewniwszy się jeszcze co do pociągu u kolejarza na peronie (który mówił po angielsku! ^^), pokonaliśmy pierwszy etap podróży do Fonyod.
The number of the platform's was written on the timetable on the wall that looked exactly like ours, and after we made sure we chose the correct one (the railway employee on the platform spoke English! ^^), we boarded the train to Fonyod.


Tam należało przesiąść się na prom płynący 30 minut na północny brzeg Balatonu, ale kupienie biletu powrotnego tym razem nie sprawiło nam żadnych kłopotów, tym bardziej, że znaliśmy już odpowiednie słowo po węgiersku! ~^^~
In Fonyod we caught the ferry that in 30 minutes took us to the Northern shore of Balaton's. Buying the return tickets was piece of cake now that we knew the Hungarian word for it written on the train tickets! ~^^~


W Badacsony, gdzie wylądowaliśmy, bez trudu udało nam się na końcu molo znaleźć taksówki UAZ, które mają tylko jedną trasę - do połowy wysokości góry, wokół której położone są winnice! *^v^*
In Badacsony, where we ended up, we easily found the UAZ taxis that have only one route - upwards the big mountain, where there are many wineries! *^v^*


Na górze jest restauracja z pięknym widokiem na zbocze pełne winorośli, i w niej zjedliśmy obiad - paprykarza cielęcego i kurczakowego z kluseczkami galuszka.
On the top of the mountain there is a restaurant with a view on the wineries and we had our lunch there - veal and chicken stews with galuszka noodles.



I popiliśmy je butelką wytrawnego Tokaja.
Which we washed down with a bottle of dry Tokaj wine.


A taka pani przywitała nas na wejściu do restauracji! (to wielka lalka-szmacianka) ~^^~
And this lady welcomed us at the entrance to the restaurant! (it's a huge ragdoll) ~^^~


Natomiast po obiedzie przeszliśmy do clou wycieczki - idea owej wyprawy jest taka, że wjeżdża się UAZ-em na górę, a potem schodzi się tą samą trasą, przy okazji odwiedzając kolejne winnice, które dla turystów otworzyły swe piwniczki i za symboliczna opłatę ok. 1 zł (naprawdę!) sprzedają wino w 100 ml szklaneczkach. Degustować można do woli, jednak warto pamiętać, że o kilka kroków poniżej jest kolejna winnica i nowe wina do degustacji. *^v^*
After lunch we started the main part of our trip - the idea is that you go up the mountain by the taxi, and then you slowly walk down along the same route, but stopping by the wineries that have their cellars open and they sell wine they produce for as cheaply as 35 cents per 100 ml (really!). You can try as many types as you like but you have to remember that there is another winery a couple of steps down the hill and more wine to try. *^v^*


My odwiedziliśmy cztery winnice, (na szczęście nie wszystkie były już otwarte ^^), dogadując się z właścicielami na migi, trochę po niemiecku, a trochę po węgiersku (bo zapisaliśmy sobie słowniczek pierwszej potrzeby - wino białe/czerwone, wytrawne, słodkie, półsłodkie ~^^~). Niektóre wina tak nam smakowały, że kupiliśmy je sobie w większych pojemnościach do domu, za bezcen!
We visited four wineries (lucky us not all of them were open yet ^^), talking to the owners with gestures, partly in German and partly in Hungarian (because we wrote down the basic wine vocabulary - white/red wine, dry, sweet, semi sweet ~^^~). Some of the wines were so tasty that we bought them in bigger bottles, cheap as it can be!


Kiedy dotarliśmy na dół, z powrotem do miasta, akurat zdążyliśmy złapać prom powrotny do Fonyod, a tam za 10 minut mieliśmy pociąg do Siofok, czyli wszystko pięknie nam się zgrało w czasie. Wnioskiem z wczorajszego i dzisiejszego dnia jest ten, że znaleźliśmy się w złym miejscu Balatonu! Na południu są głównie kurorty w stylu naszego Sopotu czy Międzyzdrojów, co nas kompletnie nie interesuje, natomiast w północnej części jest dużo do zwiedzania i winnice! Jeśli kiedykolwiek tu wrócimy, to tylko do Badacsony. *^v^*
When we got back to the town at the foot of the mountain, we were just in time for the ferry back to Fonyod, and there in 10 minutes we caught the train to Siofok. The conclusions from the last two days are the following: we are on the wrong side of Balaton's! On the South shore there are only places for tourists who like to party a lot, but on the Northern shore there are historic and natural attractions to visit, and wineries! If we ever come back to Hungary, it will only be Badacsony. *^v^*


Dzień zakończyliśmy kolacją w nadbrzeżnej knajpie Matroz - sałatką, rosołkiem i naleśnikami z mięsem, całkiem przyjemne.
We finished the day with dinner at the Matroz restaurant on the shore - we had a salad, a chicken soup and pancakes with minced meat, very nice.


Piątek 11 czerwca to oficjalny początek sezonu wakacyjnego na Węgrzech i dało się to odczuć - dziś zjechali się nowi goście do naszego pensjonatu i w ogóle przybyło ludzi w miasteczku. Pewnie teraz otworzą się nieczynne do tej pory knajpy, rozhałasuje się wieczorami nabrzeże, jak to dobrze, że za dwa dni wracamy do domu, już bardzo tęsknię za Ryśkiem i lalkami. ~^^~
Friday, 11th June is the official start of the holiday season's in Hungary, and it could be felt - as of this evening we suddenly have several neighbours in our guest house, and there are generally more people in town. I think there will be more bars open and the marina will be louder in the evenings, it's good we are going back home in two days, I miss Rysiek and my dolls. ~^^~

Thursday, June 10, 2010

Dzień 4 / Day 4

Takie koty też tutaj występują. ~^^~
Here you can find such cats too. ~^^~


***

Agato, w samochodzie leciały: Rammstein, Yath-Ka, Beseech, Calmando Qual, XIII-ste Stoleti, Gaba Kulka, Maria Peszek, Lilly Allen, i inne takie. (mąż zabrał za mało mojego j-rocka!) ~^^~

Dajdo, dlaczego nic do picia? Picia tu jest do wyboru do koloru, zarówno alkoholowego, jak i normalnego.

***

Dzień czwarty - stopa boli przy niektórych stąpnięciach.
Zgodnie z planem dzień czwarty spędziliśmy na wycieczce krajoznawczej. Najpierw pojechaliśmy do miejscowości Tapolca, gdzie mieści się jaskinia z podziemnym jeziorem, po którym pływa się łódeczką. Jednak najpierw była króciutka przeprawa promowa.
Day 4 - my foot hurts when I put my steps in some ways.
According to the plan we spent day 4 on a trip. First we went to the Tapolca town, where we visited the cave with the underground lake. But first we had a very short ferry ride.


W Tapolca bez trudu odnaleźliśmy jaskinię, a kiedy wsadzili nas już do łódki (po dwie osoby, Robert na dziobie wiosłował), to okazało się, że jest to miejscami tak bardzo ciasny korytarz, że miałam w nim atak paniki (kto wpuszcza do jaskinii osobę z klaustrofobią?!...).
In Tapolca cave you swim along the lake in a two-person boat (Robert was roving), but it turned out that the tunnel was so tight in some places that I had a panic attack (who lets the person with claustrophobia go into a cave anyway?!...).


Wyszłam z tunelu na miękkich nogach i przyznaję, że były momenty, że chciałam uciekać wpław (co nie byłoby trudne, bo woda tam ma od 70 do 120 cm głębokości), uratowało mnie spokojne miarowe oddychanie.
I left the tunnel barely alive and I must admit that I even wanted to leave the boat and come back on foot (the water is shallow there, from 70 to 120 cm deep), only the steady breathing saved me there.


Takie przeżycia należało ukoić w pobliskiej kawiarni (powinnam była chyba walnąć sobie z 50 gr wódki, ale to był dopiero początek naszej wycieczki i nie chciałam być zawiana ^^).
Such terrible events had to be balanced with some nice dessert in a caffee (although I admit I should have had some vodka to calm my nerves, but it was only the beginning of our day and I didn't want to be sleepy ^^).


W Tapolce okazało się, że nasz bilet uprawnia nas do zniżkowych biletów w jeszcze dwóch z kilku okolicznych miejsc do zwiedzania, więc po drodze zajechaliśmy do Monoszlo, gdzie wdrapaliśmy się na gigantyczną bazaltową górę (najpierw samochodem, a potem na sam szczyt już na piechotę, i sama nie wiem, jak tego dokonałam z moją przetrąconą stopą...).
In Tapolca we found out that our ticket gave us the right to discount tickets to two of several tourists attractions, so we went to Monoszlo, where we climbed the huge basalt mountain (first by car and then the last part on foot, I have no idea how I did it with my sore foot...).


Zobaczcie, włóczka! *^v^*

Look, the yarn dispensers! *^v^*


Tuż przed powrotem promem na naszą stronę Balatonu zatrzymaliśmy się w Tihany, w cukierni Rege, poleconą nam przez właściciela naszego pensjonatu. Tak jak ostrzegał, desery są tam niezbyt smaczne, za to widok z tarasu kawiarni, zawieszonego nad urwiskiem z panoramicznym widokiem na Balaton - przepiękny!
Just before we went back by ferry to our side of Balaton's, we stopped at Tihany's caffee Rege, recommended by our guest house owner. Just as he said the cakes weren't too good but the panoramic view from the cliff overlooking the Balaton - awesome!


W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze i Tesco, gdzie zrobiliśmy zakupy spożywcze, i wybraliśmy się na kolację do restauracji Amigo, rekomendowanej nam przez właścicielkę biura podróży, z którego wybieraliśmy pobyt w Siofok.
On our way back we visited Tesco for some grocery shopping and went to the restaurant Amigo, recommended to us by the owner of the Tour Operator who arranged for us the stay in Siofok.

Niestety, Amigo jest przede wszystkim pizzerią/makaroniarnią, a dopiero potem ma w ofercie jakieś dania wegierskie, więc zarówno mój gulasz (na Węgrzech to zupa, nie gęste danie z duszonego mięsa), jak i kotlet wieprzowy który jadł Robert były zaledwie poprawne.
Unfortunately, Amigo is most of all the pizza/spaghetti house, and the Hungarian dishes are somewhere further on the menu, which meant that both my goulash (in Hungary it's a soup, not a thick stew like we serve it in Poland), and Robert's pork chop were only okay.


Mam jeszcze taką uwagę dla osób wybierających się na Węgry - jeśli liczycie na jakiś język obcy, to nastawcie się na niemiecki, w nim są napisy na wszelakich tablicach i w menu, nim mówią kelnerzy. Znajomość angielskiego i jego występowalność w piśmie też się zdarza, ale zdecydowanie rzadziej. Co nie znaczy, że się nie dogadacie, jeśli nie znacie żadnego z tych dwóch jezyków, bo zawsze pozostaje język gestów, pokazywanie palcem, a węgierskie słowa podparte odpowiednim gestem rękoma mówi sam za siebie (nie ma nic prostszego jak pokazać piwo "z kija", okraszając to wolnym i wyraźnym określeniem po węgiersku, od razu zrozumieliśmy! *^v^*)
I have a linguistic remark about visiting Hungary - if you count on any foreign language, be prepared for the German, there are writings in this language everywhere, there are menus and waiters speak German. The knowledge of English and its existence in the restaurants can be found but not so often. Which doesn't mean that you are completely lost if you don't know any of those two languages, because there is always the internationally recognized language of gestures, and Hungarian words supported by some showing with your hands can be self-explanatory.

Ewangelicki kościół w Siofok. Fajny, prawda? ~^^~
Evangelic church in Siofok. Nice, ha? ~^^~


Acha, pamiętacie moje poszukiwania zwykłej czarnej herbaty w Bułgarii, zakończone kompletną klęską? Tutaj herbaty jest wbród, co nie zmienia faktu, że pomna tamtych doświadczeń zabrałam ze sobą kubeczki, grzałkę i paczkę herbaty. Cóż z tego! Gniazdka elektryczne w pokoju mają jakieś boczne ograniczniki, które uniemożliwiają mi wetknięcie okrągłeś wtyczki od grzałki...
Oh, and do you remember my total failure of finding black tea in Bulgaria? There is plenty of tea here, which doesn't mean I came unprepared - I brought the cups, the tourist water heater and a pack of tea. Alas! The electrical sockets in our room are strangely constructed and I cannot fit the heater's plug into them...

No i oczywiście nie ma tu dobrego chleba! Jest jakaś watowana buła, no, ale nie liczyłam na smaczne pieczywo na południe od naszej granicy. *^v^*
And of course there is no tasty bread here, just some cotton wool type, but I didn't count on good bread southwards of our Polish border. *^v^*