Monday, October 02, 2023

Ruszyło!

 

 

Zaczęła się jesień a ja jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zaczęłam mieć spore problemy z wczesnym wstawaniem... Jeszcze tydzień temu, kiedy budzik zaczynał dzwonić o 6:30 od razu go wyłączałam, siadałam na łóżku, wsadzałam stopy w kapcie i leciałam zaczynać dzień. A teraz, chociaż cały czas kładę się spać około 23:00 (a nawet zdarza mi się o 22:00), rano wyłączam długo już krzyczący budzik i po prostu z powrotem zakopuję się w pościeli, i zasypiam na dodatkową godzinę... Albo, jeśli już się wybudzę, to leżę i leżę, i wcale nie mam ochoty wyjść z łóżka. Za to zrobiło się chłodniej i bardziej wietrznie, i to z kolei mi wcale nie przeszkadza, a ja zazwyczaj nie znoszę wiatru!...



Upiekłam trzy bezglutenowe chleby, jeden nawet na zakwasie, który sama robiłam przez tydzień, i... nie! Nie wychodzi mi to i nie smakuje. Upiekłam trzy super-zakalce, więc jakbyście potrzebowały super-zakalca na konkurs zakalców, to proszę się do mnie odezwać, służę pomocą... >0< Jednak w pszenicy i życie jest magia, która pozwala chlebom mieć gąbczastą strukturę, pyszny smak i chrupiącą skórkę. Wiem, wiem, ta magia nazywa się GLUTEN... Dałam sobie trzy miesiące na dietę bezglutenową i wytrwam w tym postanowieniu, ale nie będę już próbowała upiec bezglutenowego chleba, wolę jeść ryżowe wafle i chrupki jaglane, a ryżowe bułki i chleb owsiany z Putki daje radę. Za to, co ciekawe, w ogóle nie mam ochoty na nabiał! Owszem, kiedy Robert kupił nowy ser dojrzewający, którego jeszcze nie próbowaliśmy, to miałam ochotę go spróbować, ale tego nie zrobiłam i nie było dramy. Całe lato jadłam biały ser każdego ranka - a teraz kiedy zrobiło się chłodniej to nie mam na niego ochoty! Czyli z nabiałem spoko. ^^*~~

 


 

REMONTOWO - udało się ruszyć z miejsca!!! *^V^*

 

 

W zeszły czwartek spotkaliśmy się z panią z firmy remontowej, podpisaliśmy umowę na realizację projektu i na zaprojektowanie kuchni - jest w kilku miejscach nietypowa i w sumie będę szczęśliwa, jeśli ktoś wymyśli i zrobi mi meble na wymiar według potrzeb, bo nie kupię gotowych mebli kuchennych w takich kształtach i wymiarach, a sama nie zamierzam przycinać szafek, frontów czy kawałków blatu (i mówię też w imieniu męża). Najfajniejsza sprawa - obejrzeliśmy na żywo próbki kafli, podłóg, blatów, frontów, wybraliśmy wstępnie piękne podłogi ceramiczne i drewniane, fronty szafek kuchennych, niesamowitą glazurę do łazienki, zdecydowaliśmy się na konkretny pakiet wykończeniowy. Teraz kolejnym krokiem jest przekazanie kluczy do inwentaryzacji i spotkanie z panią architekt, żeby zrobiła konkretny projekt. Na razie ze współpracy jestem zadowolona pół na pół - pierwszy pan, z którym się kontaktowaliśmy okazał się nieprofesjonalny i zawalał robotę na wiele sposobów..., druga pani była szybka, konkretna i profesjonalna. Mamy już podpisaną umowę, która nakłada na nas obowiązki finansowe, ale też na firmę remontową obowiązki dotrzymania harmonogramu i jakości, więc moją opinię o niej wyrażę za kilka miesięcy, i wtedy będę mogła ją polecić albo nie.

 


 

***

 


 

Kupiłam kolejną w mojej kolekcji książkę Jamiego Olivera - "Razem". Miałam jej nie kupować, ale obejrzeliśmy serię sześciu programów towarzyszących tej książce i są w niej naprawdę świetne nowe pomysły i całe zestawy posiłków dla większej liczby osób, bo pokazuje ona jak nakarmić grupę naszych bliskich kompletnym obiadem, przyjęciem lub piknikiem, z przystawką, daniem głównym, deserem i napojami. 

 


 

Pierwsza naprawdę zimna noc zastała mnie samą w łóżku, bo mąż wyjechał na weekend na coroczną ucztę swojej grupy historycznej... W poniedziałek rano od razu pobiegłam do pralni z zimową kołdrą, bo wciąż śpimy pod cienką kołderką letnią, która raczej wygląda jak prześcieradło i nie daje za dużo ciepła! Czy też tak macie, że kołdra powinna mieć swoją wagę? Nie lubię chodzić spać latem, kiedy używamy cieniutkiej jak mgiełka kołdry, bo muszę czuć na sobie ciężar przykrycia. Może nie aż taki jak kołdry obciążeniowe, ale jednak, dlatego m.in. lubię jesień, bo wraca porządna ciężka kołdra! ^^*~~

 

 

No i taka sytuacja wczesnojesienna. *^v^* 

Wkroczyliśmy właśnie w miesiąc moich urodzin i być może wydarzy się niespodziewana podróż, ale o tym napiszę później, jeśli uda się już coś załatwić. A tymczasem cudownego tygodnia Wam i sobie życzę, i do usłyszenia następnym razem!



 

Monday, September 25, 2023

No więc, jesień...


 

Wiem, wiem, jeszcze są upalne dni, ale ta kalendarzowa już się rozpoczęła, zresztą powietrze o poranku i wieczorem już rześkie, zrobiło się bardziej wietrznie co mi w tym roku bardzo odpowiada, to bardzo dziwne bo ja zazwyczaj nie lubię wiatru... Dogadzamy sobie jesiennymi potrawkami, np.: ugotowałam kitchari (zwane ajurwedyjskim risotto), 



 

a Robert wyszukał przepis na wegańską potrawkę z jackfruita i mnóstwa warzyw, gotujemy, zjadamy i pakujemy resztę w słoiki na później. Kupujemy kolejne dynie, jabłka, śliwki. W tym roku jak nigdy wcześniej czuję zmianę sezonu i dostosowuję się do tej zmiany. Na przykład, z końcem lata odechciało mi się jeść surowych pomidorów, czekam na sosy i zupy. Poza tym, cały czas smaruję ręce kremem, bo strasznie mi wysychają, mam zapas maseł do ciała i balsamuję się jak szalona!... *^W^* Od tygodnia piję gorące kakao a lada dzień zacznę palić pachnące świece - coś, czego nie robię przez całą wiosnę i lato. 

 


Kupiłam spirulinę i spożywam wedle zaleceń mojej fizjoterapeutki. Zapisuję sobie przepis na spirulinowy shake dla pamięci proporcji:




1 czubata łyżeczka spiruliny

1 banan

1 figa

1 szkl. mleka roślinnego

(składniki w kolejności dodawania do miksera, jeśli nasypiemy spirulinę na wierzch, to nie zmiesza się dokładnie bo się rozpyli pod samą pokrywkę, a kiedy będzie pierwsza na samym dnie, to się ładnie wymiesza) 

Można dodać też inne owoce, np.: 0,5 szkl. jagód powoduje, że kolor zmienia się w bakłażanowo fioletowy.


Poza tym, przekonałam się, jaka jestem wybredna jedzeniowo! Wiedziałam, że uwielbiam kukurydzę - z kolby, ziarna z puszki albo w formie zupy-kremu, ale NIE ZNOSZĘ tortilli kukurydzianych!... Coś takiego dzieje się z mąką kukurydzianą w trakcie smażenia, że wydaje mi się okropna w smaku i zapachu, a teraz tylko takie tortille mogę jeść (więc nie jem żadnych). Za to nie mam problemu z makaronem kukurydzianym, nie jest to pszenica ale smak i tekstura są w porządku. Za to mimo, iż kocham ryż nad życie, to wciąż nie lubię makaronów ryżowych!... Na szczęście są makarony kukurydziane, jaglane i z konnyaku (te dodatkowo prawie nie mają kalorii). Chleby kukurydziane są takie sobie, ale odkryłam bułki z mąki ryżowej z Putki i duże nadzieje wiążę z ich bezglutenowym chlebem owsianym. *^V^* Nastawiłam też bezglutenowy zakwas i chcę spróbować sama upiec chleb na tym zakwasie.


W zeszłym tygodniu spotkałam się z przyjaciółkami na plotki w barze Sombremesa na Koszykach. Bardzo polecam to miejsce, to hiszpański tapas bar i karmią tam naprawdę przepysznie!!! (Za to drinki jakoś dziwnie cienkie...)



 

A w niedzielę poszliśmy do klubu niedaleko naszego domu, gdzie nasz przyjaciel grał szanty. ^^*~~


REMONTOWO - po falstarcie z jednym panem z firmy remontowej, który nie przykładał się do swojej pracy zaczynam jeszcze raz z inną panią. W czwartek idziemy na spotkanie na którym mamy już podpisać umowę i wybrać pakiety wykończeniowe, to jest ten fajny ekscytujący moment w trakcie remontu! ^^*~~ Trzymajcie kciuki, żebym znowu nie musiała robić awantury, bo wcale tego nie lubię, a mamy już dwa miesiące opóźnienia... Niby nam się jakoś strasznie nie spieszy, ale wiadomo, że skoro mieliśmy już ruszyć z pracami to chciałoby się zobaczyć pierwsze postępy!


Na koniec zostawiamy jeszcze zdjęcia pierwszej jesiennej sukienki testowej (złapane na szybko w drodze na szanty! ^^*~~). Muszę dopracować wykrój bo coś mi się nie podoba w rękawach i na górze korpusu, ale po to właśnie uszyłam ten egzemplarz, żeby sprawdzić wykrój. Materiał to mieszanka lnu/wiskozy/poliestru z Kameleona (nie ma już w sprzedaży tej wersji kolorystycznej, ale jest granatowa, którą też mam w moich zapasach), dość luźno tkany ale nosi się go bardzo przyjemnie. Materiał na następną wersję jest już uprany i czeka na swoją kolej! *^V^*




Tyle na dzisiaj ode mnie, nowy tydzień przed nami, w którym czekają nas m.in. przygotowania do dorocznej uczty Draconii, grupy historycznej, w której działa mój mąż. I nie mogę się doczekać spotkania w sprawie remontu, wszystkie kciuki mile widziane i życzę Wam cudownego tygodnia! ^^*~

Monday, September 18, 2023

Co ci lekarze, naprawdę?...

Ktoś tu zrobił sobie pierwsze w życiu okulary!... *^V^*

 


 

Z innych spraw nie mniej ważnych - nie chciałabym deprecjonować kompetencji lekarzy, ale... dlaczego tak jest, że większość lekarzy patrzy na człowieka wycinkowo?!... Kiedy w zeszłym roku z powodu blizny po operacji zablokował mi się bark i poszłam z tym bólem do ortopedy, on zadał mi tylko jedno pytanie - czy się uderzyłam lub miałam jakiś inny uraz ręki. I kiedy odpowiedziałam, że nie, to nie drążył, nie dopytał o inne niedawne zmiany w moim stanie zdrowia, tylko siedział za biurkiem kręcąc głową i powtarzał, że nie ma pojęcia do czego mnie boli, i niech idę do fizjoterapeuty.

Teraz mam inne dolegliwości, m.in. bólowe, i wyniki badań krwi wskazują na konkretną diagnozę, ale usg i rtg pokazują, że nie ma nic niepokojącego... I ponownie - specjalista rozkłada ręce i mówi, że nie ma pojęcia co mi jest. Ale poszłam po rozum do głowy i znowu wybrałam się do fizjoterapeutki, tym razem do takiej co również zajmuje się akupunkturą, pinoterapią i medycyną chińską, a przede wszystkim patrzy na człowieka jak na całość - na zmiany jakie zaszły w moim zdrowie na przestrzeni ostatnich lat, na dietę, na wygląd skóry, sposób poruszania się, mówienia, itd. Miałam masaż leczniczy, dostałam wytyczne dotyczące zmiany diety - mam nadzieję, że jest to czasowe, bo musiałam odstawić gluten i nabiał..., co ma mi pomóc w uspokojeniu stanu zapalnego i spowodować, że przestanę być taka napuchnięta (podobno moja nadwaga to zatrzymanie wody i śluzu w organizmie, zresztą mięśniak w macicy też był z tego powodu). Druga wizyta już za mną i naprawdę zaczynam się już czuć lepiej!

 

 

jajka w fasolce (Jamie Oliver)

 

Od tygodnia nie jem pszenicy i nabiału, i wiecie co? Da się tak żyć! Nie powiem, tęsknię za makaronem pszennym, o chlebie już nie wspomnę, bo bezglutenowe pieczywo to raczej ciasto niż chleb, nie ma tej struktury za którą chleb kochamy - dużych przestrzeni gdzie gluten stworzył komory powietrzne. Zrobiłam już jedno podejście do pieczenia chleba bezglutenowego z gotowej mieszanki i poległam, bo czegoś nie doczytałam i źle go przyrządziłam przed pieczeniem. Ale się nie poddaję, mam dwa przepisy do przetestowania "od składników", jeden na chleb a drugi na bułki. Poza tym, Piekarnia Putka sprzedaje duży wybór bezglutenowego pieczywa (i nawet mają drożdżówki i pizzę!) i ich bułki z ziarnami (te pakowane po trzy sztuki) dają radę. Niestety, bezglutenowy chleb rustykalny to raczej ciasto, ale na grzanki do dżemu jest w porządku. 

 


 jajecznica i wędzony łosoś na grzance (Jamie Oliver)

 

Nie narzekam, nie traktuję tego jako karę tylko jako moją drogę do zdrowia. Owszem, muszę się pilnować, żeby odruchowo nie sięgnąć po masło do potrawy albo nie posypać sobie obiadu tartym parmezanem, ale nie wystąpiło u mnie zjawisko "tego mi nie wolno więc oczywiście strasznie mi się tego chce". Całe lato jadłam biały ser jak szalona, a teraz nie mam na niego ochoty, tak samo z kefirem czy maślanką, a do kawy już od dawna używam raczej mleka grochowego albo owsianego. Wiem, że nie mam celiakii więc nie muszę zrezygnować z jedzenia glutenu do końca życia, na razie skupię się na wyleczeniu moich dolegliwości i jeśli pomoże mi w tym tak nieduże wyrzeczenie jak lekka modyfikacja diety na jakiś czas, to jestem gotowa podjąć to wyzwanie! ^^*~~

Da się zrobić carbonarę bez glutenu i nabiału? Da się. Makaron kukurydziany (nawet niezły!), no i dla mnie nie było parmezanu, ech... Ale smak bardzo dobry, bo użyłam włoskiego guanciale obficie obsypanego przyprawami (kupuję na Allegro).





*** 


Coś Wam pokażę - znalazłam w szafie sukienkę, którą się jeszcze nie chwaliłam! *^V^* (okay, mam jeszcze ze dwie takie, uszyte w zeszłym roku).

 


 

Różowy muślin, który jest cudowny w dotyku, miękki, przewiewny ale też nada się na jesień pod cienką kurtkę. Niestety nie pamiętam, z jakiego wykroju korzystałam... To znaczy, to na pewno była Burda i wydaje mi się, że to była bluzka, do której dodałam prostą zmarszczoną spódnicę z rozcięciem na udo.  Znalazłam wykrój, z którego korzystałam!!! To sukienka 110 z Burdy 10/2021. *^V^*

 


 

2 cm nad talią są dwa tunele w które wpuściłam gumkę. I widzę, że nie zrobiłam porządnego zdjęcia rękawom - sięgają do nadgarstków i są zbierane gumką, ale na tyle luźną, że można je swobodnie podwinąć do łokci. Mimo, iż szyłam tę kieckę w czerwcu zeszłego roku to wciąż jest na mnie idealna i wygodna, bardzo się z tego cieszę! ^^*~~



Poza tym, 15-go września był nów w Pannie i odczułam jakiś dziwny przypływ energii, co zaskutkowało posprzątaniem dwóch szaf z ubraniami w niedzielę! Spakowałam letnie i za małe sukienki, to było duże wyzwanie psychiczne przymierzyć niektóre kiecki i uświadomić sobie, że aktualnie się w nie nie mieszczę... Niby powinnam mieć tę wiedzę, bo przecież dokładnie wiem ile ważę teraz a ile ważyłam, kiedy je szyłam, ale wiecie - co innego sucha wiedza, a co innego zobaczenie tego w praktyce. W każdym razie, zostawiłam na wieszaku część jesienną garderoby,  a nowe kiecki już się planują i szyją, a nowe materiały są w drodze!

 

Jesień za rogiem, a my gotujemy potrawki. Był już gulasz z pieczonej dyni i ciecierzycy, było leczo z cebuli, papryk i pomidorów (nic więcej, przysięgam, i jest tego kilka słojów, ale szybko znika zawartość... *^w^*), a ostatnio ugotowaliśmy feijoadę. Miała pójść do słoików, ale jedna porcja została zjedzona tego samego wieczora w czwartek, z salsą i z hamburgerem z grilla (i Robert dostał jogurt, ja nie...), drugą porcję zjedliśmy na obiad w sobotę i został już tylko jeden słoik, który pewnie zniknie na którąś kolację w tym tygodniu, więc na razie stoi w lodówce, okazuje się, że nie było sensu wekować słoików!.... *^O^*~~~

 


 

Miłego tygodnia! Mnie w tym tygodniu czekają dwa fajne wyjścia i szycie nowych sukienek, czego chcieć więcej!... *^V^*~~~

Monday, September 11, 2023

Na górze róże, na dole hortensje!...

 


Ubieracie się sezonowo?

 


 

Oczywiście nie mam na myśli tego, czy nosicie krótki rękaw latem i swetry zimą, to wiadomo! ^^*~~ Ale czy zwracacie uwagę, jakie tkaniny nosicie w poszczególne pory roku? Albo po jakie kolory i wzory na materiałach sięgacie?

 


 

Ja jestem sezonowa. Jesień i zima to dla mnie miękkie wełniane swetry, chusty w które się zawijam i warstwy, kolory ciepłe (czerwienie, fiolety, zielenie) ale też szarości, wojskowa zieleń, biel, szkocka krata. Wiosną wprowadzam więcej żywych kolorów i wzory kwiatowe, wełnę powoli zamieniam na bawełnę i gruby len. Lato to kreton, len, wiskoza a wzory - dużo bieli, błękitu, paseczki cienkie i grubsze, kwiaty niezmiennie (duże, wyraziste, mocne kolory, nie dla mnie blade łączki!). A potem przychodzi jesień i znowu zaczynam myśleć o szkockiej kracie, nasyconej czerwieni, bakłażanie, butelkowej zieleni, granacie, wielkich kwiatach na ciemnym tle, biele i niebieskie paseczki odwieszam do maja.  Jeans noszę cały rok na okrągło, najchętniej też ciemnogranatowy. *^v^* 




A w zeszły weekend uszyłam pierwszą jesienną sukienkę na nowy sezon.  Skorzystałam z wykroju z magazynu Moda na szycie, nr 2/2022, znacie już go z sukienek Chaber i Czapla Siwa. Wygrzebałam z zapasów bawełniany interlock wydrukowany w Cotton Bee jakiś czas temu i jak już kiedyś wspominałam ten materiał według mnie nie nadaje się na ubrania dopasowane, obciskające, bo się rozciąga i to rozciągnięcie zostaje (uszyłam z interlocka spodnie, w których wypychały się kolana!...). Ale na luźną sukienkę nadaje się jak najbardziej! *^V^* Pozbyłam się rękawów i przy okazji kombinowania ze zmianą kształtu odkryłam fason idealny dla mojej aktualnej figury czyli dla brzuchatych - podniosłam talię prawie pod biust i jest super! ^^*~~~



 

Mam spory brzuch i nie ma sensu go ukrywać wpychaniem do środka, bo i tak się nie da, a ta sukienka mi go nie uciska, za to ładnie opływa. Nowa figura to nowe wyzwania szyciowe! *^0^* 

 


 

A tak w ogóle, to miałam w planach szycie innej kiecki, bardziej zabudowanej, jesiennej, ale ponieważ lato postanowiło jeszcze trochę pozostać w Warszawie, to nie będę się mu przeciwstawiać i pochodzę w letniej stylówce! Następna sukienka jest świetna, bo również szanuje brzuchatych (chociaż jak ktoś jest szczuplaczkiem i chce to może do niej założyć pasek i też będzie super wyglądał!). Mam na nią mieszankę lnianą w łączkę i jeśli wykrój się sprawdzi, to uszyję sobie więcej takich! A sukienki bez rękawów o kroju empire będę szyła przyszłej wiosny i latem niezależnie od tego jaką będę miała figurę, bo są superwygodne. *^o^*~~~


***

 


 

Pochodziłam sobie ostatnio po lekarzach, porobiłam wiele badań i dowiedziałam się, że diagnoza jest niewiadoma, bo nie ma się do czego przyczepić... Szereg badań pokazał, że mam wiele zdrowych organów w ciele, a jednak jest jakiś stan zapalny i dolegliwości bólowe. Na razie nie wiem co o tym myśleć i w jakim kierunku się udać z diagnozowaniem, ech...
 

Monday, September 04, 2023

Co też te komary, naprawdę!...

(śniadaniowa wariacja na temat tego przepisu Jamiego)

 

Zauważyłam, że ostatnio męczy mnie i wkurza narracja, w której: wszystko jest do niczego, pogoda do luftu, poniedziałek jest do dupy i trzeba jakoś dociągnąć do weekendu, jesień i zima są beznadziejne, wypada narzekać na wszystko - na siebie, na męża, na pracę, na teściową, na wszystko co nam się w życiu przydarza i w zasadzie nie wypada być zadowoloną ze swojego życia. (Mam na myśli ogólnikowe narzekanie, nie konkretne problemy, o których ktoś mówi, to inna sytuacja.) Kiedy trafiam na takie memy i obrazki w Sieci, to szlag mnie trafia i zaczęłam się nad tym zastanawiać - ja wiem, że to takie śmichy chichy, że dla rozładowania stresu, że to tylko takie żartowanie, ale... jeśli cały czas trwasz w takiej narracji, że życie to walka, że wszystko jest do dupy i warto tylko narzekać i marudzić, to przyzwyczajasz swoją głowę, że tak jest. Przyciągamy to, na czym się skupiamy, czemu poświęcamy nasze myśli, więc jeśli cały czas bombardujemy się przypominaniem sobie, jak beznadziejne jest nasze życie, że to ciągła walka, że bez butelki wina i melanżu w weekend nie przetrwamy - to ono właśnie takie będzie. Jest początek września i już widzę w mediach społecznościowych nastawienie, że oho, idzie jesień czyli idzie beznadzieja i nic, tylko się powiesić i jakoś dowisieć do wiosny, która w sumie też na pewno będzie zimna, deszczowa i do kitu... 

 

 

I jak czuję taki wkurw w sobie to wiem, że to jest ten moment, kiedy powinnam dać krok wstecz i zrobić sobie odpoczynek od mediów, odobserwować kilka kont, które mi nie służą i skupić się na celebracji dnia codziennego po mojemu. Polecę Wam osoby, które są mi bliskie światopoglądowo i tworzą wartościowe treści ani bez lukrowania ani obrzydzania rzeczywistości. Po pierwsze, Blimsien czyli Nina Czarnecka - mam jej obydwie książki o życiu zgodnie z ajurwedyjskim cyklem rocznym, byłam na Kobiecym Kręgu przez nią prowadzonym, prowadzi też bloga. Po drugie, Jestem Erill czyli Gabriela Orłowska -  kobieta która ubiera w słowa to, co często dojrzewa gdzieś we mnie i nie umiem tego nazwać, a ona o tym pisze i trafia w punkt. I najnowsze odkrycie - Las Kobietas czyli Ola Sikorska, lepi ceramikę w Oslo i pisze tak dosadnie, że to kłuje ale daje do myślenia.

 


Upiekłam bagietki. Dawno nie bawiłam się z pieczywem i chyba trochę zawiodły mnie składniki, ciasto słabo rosło, no i przy nacinaniu mogłam być odważniejsza. Smak jest świetny a bagietki wyszły treściwe, nie francuskie chmurki tylko takie porządne pieczywo. Przepis jest fajny, na noc nastawia się zaczyn na mące żytniej a rano dodaje mąkę pszenną i pracuje z ciastem, ale uwaga - to nie jest pieczywo typu "wieczorem mieszam wszystko a rano tylko piekę", rano trzeba mu poświęcić kilka godzin na wyrabianie, przebijanie, podwójne wyrastanie, zaczęłam o 7:30 a piekłam bagietki o 11:00. W każdym razie, kupiłam świeżą mąkę i drożdże, i znowu chcę się pobawić z pieczeniem chleba w domu, tym bardziej teraz kiedy wstaję o 6:30 i mam rano czas na pieczenie, są przecież przepisy które pozwolą mi nastawić chleb czy bułki wieczorem a rano tylko je uformować i upiec na śniadanie. Czas odkurzyć stare przepisy! ^^*~~

 


 

***

 

Poniedziałek był szarawy i w okolicach obiadowych deszczowy, więc zrobiłam ciepłą zupę - włoskie minestrone.  Przepis Jamiego, ma on kilka pomysłów na tę zupę, ta jest z książki "Jamie Cooks Italy" i jest bardzo zielona - moja od szpinaku, cukinii, natki pietruszki, do tego ryż arborio, a na koniec pesto z roztartego czosnku, tartego parmezanu, soku i skórki z cytryny, oliwy, to słono-kwaskowe pesto nadaje zupie charakteru.





Kto nie lubi wątróbki? ^^*~~

 


 

Kontrowersyjny składnik. Ja uwielbiam, Robert lubi zapach, ale nie przepada za smakiem, chociaż to danie zajadał z dużą przyjemnością. Pasta z wątróbki i cebuli, z towarzyszeniem jajka na twardo, sałaty/rukoli i szybko marynowanych jabłek, w bajglu. Spróbujcie, bo to kanapka zaskakująco idealna! *^V^*~~~ 

 


 

Szybko się to danie przygotowuje, chociaż jest trochę czekania, żeby pasta wystygła i się związała, można ją przygotować w trakcie dnia i zjeść na kolację. Jabłko marynuje się 30 minut. A bajgiel zawinięty w papier i przekrojony na pół jest wygodny do jedzenia, bo nic nam z kanapki nie wypada.

 

Pierwsze jesienne ciasto - marcepan i śliwki.  

 


 

Na wierzch oprócz śliwek dałam kuleczki z marcepana, bo go uwielbiam i świetnie pasuje do śliwek, podkręcił smak mielonych migdałów w samym cieście. Lekkie jak chmurka, śliwkowe, pyszne. *^v^*

 


Jakby mi było mało, dopadł mnie katar, w piątek mało widziałam na oczy... I pojawiły się komary, u Was też?... Całe lato ich nie widziałam, a 1 września nagle komarowy atak, wróciły z wakacji do szkoły czy jak?... W sobotę miałam pięć ugryzień po nocy! Co te komary, naprawdę!... >< 

Za to kiedy wyciągnęłam pewien materiał kupiony 4 lata temu i go zmierzyłam, to okazało się, że mam miłą niespodziankę - byłam przekonana, że mam go 2 metry, a są 3!... *^O^*~~~ W sam raz na pewną jesienną sukienkę, mam już papierowy wykrój i chcę się za nią zabrać w tym tygodniu, jak mi się uda to następnym razem pokażę Wam nowy uszytek! ^^*~~ 

W tym tygodniu czeka mnie jeszcze trochę chodzenia na różne badania i czas przypomnieć panu z firmy remontowej, że czekamy na kontakt z jego strony w sprawie nowych okien. Pogoda ma być całkiem letnia, to miłe, więc nie chowam jeszcze letnich ciuchów i nie będę na razie za dużo myśleć o jesieni. Miłego tygodnia!

Monday, August 28, 2023

Skubany!...


 

Kupujecie słonecznika do skubania? Ja kiedyś byłam nałogowcem i całe lato skubałam jak szalona, potem na wiele lat zapomniałam o tym, a w zeszłym tygodniu Robert kupił mi słonecznika i nie mogłam się od niego oderwać!... >0<




Tak sobie pomyślałam o czymś, w związku z moim poprzednim wpisem a propos mojej tuszy - po pierwsze, kiedy ktoś bardzo schudnie żałujemy go bo zakładamy, że pewnie zapadł na jakąś poważną chorobę, natomiast gdy przytyje to jesteśmy przekonani, że się objadał leżąc na kanapie czyli zaniedbał, zapuścił. Choroba nie jest w naszych głowach pierwszym wyborem, a często niestety to jest przyczyna. Oczywiście generalizuję, nie każdy tak myśli, ale wiecie o co mi chodzi. A po drugie, kiedy ktoś schudnie, to albo nic nie mówi albo po prostu mówi że stracił kilogramy, kropka. Przeważnie wtedy zbiera pochwały i zachwyty. A kiedy ktoś przytyje - od razu się tłumaczy, że powodem było to czy tamto, np.: choroba, żeby ktoś nie pomyślał, że to z lenistwa i nas nie oceniał. 

Te dwa spostrzeżenia nie mają nic na celu poza zauważeniem tych faktów, zazwyczaj się nad tym nie zastanawiałam, ale kiedy kwestia przybrania na wadze dotknęła mnie osobiście przyszły mi do głowy.

Poza tym, druga sprawa - kto zdecydował, że zdanie "jaka gruba/chuda osoba" jest pejoratywne? To przecież stwierdzenie faktu, ktoś jest chudy, ktoś jest gruby, ktoś jest średni. Tak samo ktoś jest wysoki, niski, średniego wzrostu. Kiedy to się stało, że zwyczajne stwierdzenie faktu stało się obelgą? Dlaczego nas to obraża? Podobno żadne słowa nie są w stanie nas obrazić, jeśli nie mamy w sobie gotowości na to obrażenie, to my decydujemy jak zareagujemy na cudze słowa, więc dlaczego przeważnie postrzegamy zwykłe stwierdzenie faktu jako atak na naszą osobę? I dlaczego "gruby" jest obraźliwe, a "chudy" jest przesłaniem pozytywnym, jakby szczupła sylwetka była równoznaczna ze zdrowym człowiekiem, dobrze wiemy, że nie zawsze tak jest! I po co w ogóle mówi się do kogoś "ale jesteś gruby/chudy!", przecież ta osoba ma oczy i lustro, i doskonale widzi, jak wygląda, a jednak to zdanie często wyrywa nam się z gardła na widok kogoś, kto zmienił swoją objętość. 

Ot, takie moje zeszłotygodniowe przemyślenia. ^^*~~


 

***

 

Marzena prosiła mnie o kilka słów na temat możliwości żywieniowych dla wegetarian w Japonii i podczas wakacji starałam się zwracać na to uwagę. Nie szukaliśmy specjalnie wegetariańskich miejsc do jedzenia, ale zauważałam je na mapie Tokio częściej niż w poprzednich latach, pojawiały się nawet restauracje wegańskie. 

 


 

Jeśli wegetarianin będzie chciał zaopatrywać się w jedzenie w sklepach - supermarketach albo konbini, będzie miał bardzo dużo dań do wyboru. Sklepy oferują świeże warzywa i owoce, to oczywiste, ale poza tym mamy wybór sałatek, kanapki (z jajkiem albo na słodko z bitą śmietaną i owocami), onigiri (np.: z umeboshi, siekaną kapustą, glonami), tofu, natto (fermentowana soja), dania obiadowe (np.: makaron z warzywami, pierożki), przekąski typu gotowane edamame, warzywa w tempurze, jajka ugotowane na twardo lub na miękko, gorące pieczone słodkie ziemniaki prosto z pieca. Jak widać na poniższych zdjęciach, wszystko jest opisane również po angielsku, więc wiemy po jakie smaki sięgamy. Jest też duży wybór jogurtów (pitnych i gęstych), mleko (krowie, sojowe i migdałowe), krojone owoce, desery galaretkowe, słodkie bułeczki. Tylko twarożku nie znajdziemy... ^^*~~







Jeśli chodzi o jedzenie na mieście - wegetarianie znajdą coś dla siebie w knajpkach ogólnoskładnikowych, ale trzeba brać pod uwagę, że nawet dania nie zawierające mięsa mogą mieć element odzwierzęcy pod postacią bulionu, w którym się gotowały albo sosu opartego na bulionie zwierzęcym, nie dowiemy się tego z opisu w karcie. W barach typu kushikatsu czyli "smażone małe porcje na patyczku" wegetariańskie będą warzywa grillowane lub smażone w tempurze. Możemy zjeść np.: okomomiyaki bez mięsa (smażony placek z siekanej kapusty z dodatkami, zalany ciastem naleśnikowym), ale najpewniej zostanie on polany sosem okonomi (normalny nie jest wegetariański, w sklepach są wegetariańskie wersje) i posypany płatkami suszonej ryby bonito. Koleżanka która chciała odpocząć od mięsa zamawiała frytki, edamame, pierożki z warzywami, zimne silken tofu, ale ona nie jest wegetarianką i nie przeszkadzał jej element odzwierzęcy w daniach. Czyli lepiej poszukać barów wegetariańskich, co aktualnie jest proste, jak się wpisze na mapie Google Tokio "vegan" lub "vegetarian restaurants" to wyskakuje naprawdę dużo do wyboru, wysoko oceniane! Co ciekawe dla wegan, w kawiarniach dostaniemy kawę z mlekiem krowim. Wyjątkiem jest podobno tylko Starbucks, który oferuje mleko sojowe, wiem to od koleżanki mieszkającej w Tokio, napoje ze Starbucksa są dla nas bardzo za słodkie i nie kupujemy tam. 

A już pobyt w tradycyjnych japońskich ryokanach z opcją wyżywienia to raczej na pewno uczta mięsno-rybno-warzywna, nigdy nie widziałam podczas robienia rezerwacji żeby był w ogóle wybór kuchni mięsnej/niemięsnej. Jeśli trafimy na hotel w którym posiłki serwowane są na stołówce pod postacią szwedzkiego stołu, to być może damy radę wybrać dania bez mięsa (ale nie będziemy wiedzieć, czy nie ma w nich np.: bulionu na bazie mięsa lub suszonej ryby), jeśli w pakiecie jest kaiseki podawane do naszego stolika, to połowa posiłku będzie się składała z mięsa czerwonego i/lub białego, ryb, owoców morza, będzie zupa na bazie bulionu rybnego, itd.


***

 

Nie mieliśmy chleba na śniadanie i nie chciało mi się iść do piekarni, to upiekłam scones. Szybkie i proste, kilka składników, nie trzeba wyrabiać ani czekać, aż wyrosną, rozwiązanie idealne! Przydadzą się też, jeśli znienacka ktoś do nas wpadnie z wizytą i fajnie by było coś poskubać do herbaty, a nie ma w domu ciastek. 

(Co ja z tym skubaniem?... *^W^*)

 

 

- 200 g mąki

- 1,5 ł proszku do pieczenia

- 50 g zimnego masła pokrojonego w kostkę

- szczypta soli

- 20 g cukru

Szybko zmieszać powyższe składniki, aż będą miały konsystencję kruszonki.

Dodać: 1 jajko plus tyle mleka, żeby z jajkiem dały wspólnie 125 ml płynu.

Szybko uformować zwarte ciasto,  rozklepać na grubość ok. 1,5 cm, foremką z ostrym brzegiem wycinać kółka, posmarować resztką masy jajeczno-mlecznej i piec 15 minut w 220 stopniach.



 

Na naszym stole wylądowała dynia pod postacią gulaszu z pieczonej dynii i ciecierzycy według Jamiego, kolejny jednogarnkowy cud, przepyszny, słodziutki! Jest trochę krojenia, ale danie w zasadzie samo się robi, a potem można je zawekować i sięgać po słoiki, doprawiając wedle uznania np.: pastą curry lub ziołami czy posypane słonym serem, i zajadać z ryżem, kaszą, chlebem. *^v^*

 

 

A w niedzielę zrobiliśmy sobie makaronową przyjemność - Robert zrobił makaron a ja do niego dodałam sos carbonara. *^o^*~~~

 


 

To szybki i prosty przepis, i jeśli ktoś Wam zaproponuje carbonarę z dodatkiem śmietany to pognajcie go kijem za siódmą górę!!! Robimy tak: gotujemy osoloną wodę na makaron, w tym czasie wrzucamy na patelnię ok. 100 g pokrojonego w słupki guanciale z łyżką oliwy, i smażymy przegarniając. Do miseczki wbijamy dwa jajka, 50 g tartego parmezanu, dużą szczyptę pieprzu, lekko mieszamy. Kiedy woda się zagotuje wrzucamy makaron i gotujemy chwilę (taki cienki domowej roboty to w ogóle będzie tylko do wrzucenia i już go wyjmujemy!), wyłączamy gaz pod patelnią z guanciale i dorzucamy makaron plus łyżkę lub dwie wody z gotowania makaronu, mieszamy intensywnie. Po chwili dodajemy jajka z parmezanem i znowu mieszamy, już nie grzejąc, temperatura skwarek i makaronu wystarczy żeby stworzył się gładki sos. W razie potrzeby dolewamy jeszcze chochelkę wody spod makaronu. Podajemy posypane chmurką parmezanu. *^v^*~~~



Koniec sierpnia i wrzesień to dla mnie w tym roku czas ogarnięcia mojego zdrowia, chodzę po różnych lekarzach, robię badania, odpowiadam na różne pytania. Nie pomagam w postawieniu łatwej diagnozy - nie palę, jem mało mięsa, dobrze śpię, nie mam problemów gastrycznych, cukier, serce i tarczyca w normie. Trudno się do czegoś przyczepić i w oczywisty sposób wyjaśnić wyniki niektórych badań! Normalnie, pacjent uparty, bo pozornie zdrowy, a nie do końca... *^w^* No cóż, trzymajcie kciuki za szybką diagnozę, wtedy będzie można się zabrać za naprawienie mojego dobrostanu. Miłego tygodnia! ^^*~~